Zjawisko homoseksualizmu w kontekście tego co lekarze, psychiatrzy i psychologowie POWINNI uważać za normę jest doprawdy wyjątkowe.
Jak wiadomo, jedynym powodem dla którego obecnie w ramach wymienionych nauk (medycyna w tym psychiatria, psychologia) nie podejmuje się leczenia homoseksualizmu jest CONSENSUS czyli istnienie opartej o głosowanie zgody ciał eksperckich. Ustalono że homoseksualizm jest właściwością, której nie można przypisać znaczenia "choroba" :-)
Niestety nie ma najmniejszego uzasadnienia merytorycznego dla takiej postawy. Dlaczego?
Wiąże się to z dwoma problemami.
(1) Prawdy nie da się ustalić przez głosowanie
(2) Nie ma sensu decydować o prawdzie naukowej na podstawie WARTOŚCI wyznawanych przez ogół populacji. Pogląd uzasadniany systemem wartości NIE JEST POGLĄDEM NAUKOWYM. Prawda naukowa bowiem z definicji, nie powinna PODLEGAĆ sądom normatywnym i NIE powinna generować takich sądów. Bo WARTOŚCI nie mają charakteru POZNAWCZEGO. Nie mają nic wspólnego z poznaniem prawdy. Innymi słowy, nauka służy poznaniu PRAWDY a sądy normatywne NIE są prawdą naukową. To po prostu co innego.
Regulacje normatywne to zadanie dla ludzi zastanawiających się nad systemami wartości- etyków, przywódców religijnych, przywódców ruchów społecznych itp. To sprawa - właśnie - CONSENSUSU - pomiędzy nimi.
Na tej podstawie, uważam, że popełniono błąd wypowiadając się w ogóle w sprawie "normalności" homoseksualizmu i pieczętując sprawę stemplem "naukowości". Ocena normalności - w tym rozumieniu i dokonana w taki sposób (poprzez głosowanie) - NIE JEST KOMPETENCJĄ NAUKI. Ludzie TAK myślący, z poprawnym rozumieniem nauki nie mają nic wspólnego.
A jednak warto zastanowić się - właśnie z perspektwy zjawiska jakim jest homoseksualizm nad pojęciem "zdrowia" i "choroby".
Kryterium "zerowe" niekiedy wystarczające to :
(0) Szkodliwość dla jednostki
Czy kryterium "Braku szkodliwości dla jednostki" jest wystarczające? Bo w istocie, choć wśród osób homoseksualnych stwierdza się generalnie wyższy poziom różnego rodzaju psychopatologii, nie jest to jednoznaczne z udowodnieniem wpływu homoseksualizmu na tą patologię, z tym że homoseksualizm jest skutkiem tej psychopatologii. Co więcej może być właśnie sygnałem obniżonej tolerancji społeczeństwa na inność, skutkującą rozwojem towarzyszących często homoseksualizmowi zaburzeń nerwicowych, uzależnień czy innych zaburzń seksualnych, które traktujemy już jako chorobę. Wreszcie psychopatologia nie występuje u wszystkich osób homoseksualnych.
Są jednak zaburzenia, które NIE SZKODZĄC jednostce, uznawane są za szkodliwe dla społeczeństwa (czytaj gatunku). Przykładowo - podejmowanie współżycia przez osobę zakażoną HIV-em nie jest dla niej szkodliwe ale szkodzi innym. Zachowanie osoby z paranoją, grożącej śmiercią rzekomo prześladującym ją ludziom jest szkodliwe dla innych. Tak więc - poszukując naukowego i uniwersalnego kryterium "zdrowia" i "choroby" musimy, odwoływać się do jakiegoś szerszego kryterium.
Czy jest jakieś INTUICYJNE, przyjmowane przez większość kryterium? Dające się jednocześnie uzasadnić np. wiedzą biologiczną?
Gdy jakiś czas temu zastanawiałem się nad tym, zauważylem, że takie kryterium istnieje, funkcjonuje w społeczeństwie, nie jest nigdzie spisane i ma charakter "biologiczno/genetyczny" czy też "ewolucyjny". Oto ono:
Dowolna właściwość lub cecha (czytaj: dysfunkcja genetyczna, zakażenie gronkowcem, choroba psychiczna itp.) uznawana jest za "chorobliwą" jeśli spełnia DWA warunki:
(1) Jej zniknięcie z populacji, nie zagrozi całej populacji
(2) Wystąpienie jej w _100%_NATĘŻENIU_ w całej populacji, znacząco tej populacji zagrozi (zmniejszy drastycznie liczebność, ograniczy przetrwanie)
Innymi słowy, musimy zastanowić się zarówno nad tym co będzie, jeśli jakąś genetyczną właściwość STRACIMY z puli genów gatunku jak i nad tym czy opanowanie nas wszystkich przez daną cechę/właściwość realnie nam(gatunkowi) zagraża.
Wyobraźmy sobie schizofrenię prostą w koncowym stadium - pacjent bez kontaktu - żyjący w swoim świecie stereotypowych zachowań. Zniknięcie tej cechy z populacji jej nie zaszkodzi, lub też zaszkodzi niewiele: zdrowe dzieci schizofreników są często niezwykle, ponadnormatywnie obdarzone różnymi twórczymi talentami (są na to badania). Zapewne z tego powodu cechy sprzyjające schizofrenii utrzymują się w puli genów, choć sami schizofrenicy "średnio" są mniej płodni niż reszta populacji. Spełniliśmy pierwszy warunek.
Wyobraźmy sobie, że wszyscy mamy schizofrenie prostą - przerąbane. Spełniono drugi warunek.
Schizofrenia spełnia więc OBA KRYTERIA, dlatego ją się leczy, jeśli to możliwe. Niezależnie od tego czy da się wyleczyć uważamy ją za CHOROBĘ. Ciężką chorobe.
Ktoś ma np. brązowe oczy.
Jeśli cecha zniknie z populacji - przetrwamy.
Jeśli wszyscy będą tak mieli - przetrwamy.
Jedno kryterium nie jest spełnione -to nie choroba.
Sprawdźmy co się da pod kątem spełniania kryterium (1) i (2):
Pedofilia? Spełnia oba kryteria. To choroba. Zapalenie płuc? Spełnia oba. Guz mózgu? Jak najbardziej. Traktujemy je jak choroby, uważamy że trzeba je LECZYĆ. Depresja: choćby ryzyko samobójstwa - lepiej abyśmy wszyscy nie byli 100% depresyjni. Spełnia oba.
Proszę poszukać przykładów. Biseksualizm? Ok. Nie spełnia drugiego kryterium - to nie choroba.
Czy przypadkiem homoseksualizm, który w 100% natężeniu spełnia OBA kryteria nie jest JEDYNĄ właściwością człowieka którą "naukowcy" przegłosowali jako "normę" choć w świetle ukazanych - jak sądzę uniwersalnych kryteriów - jest chorobą?
------------------
Jakie są konsekwencje tego rozumowania? Czy oznaczają jakiś problemy dla osób homoseksualnych?
Prawie żadne. Po pierwsze, oznaczaja, że w świetle kryterium ewolucyjnego homoseksualizm JEST CHOROBĄ - mimo że - jak w przypadku schizofrenii - utrzymywanie się w populacji puli genów dających podatność na homoseksualizm jest zapewne dla niej korzystne, bo inaczej cecha zniknęła by z firnamentu miliony lat temu.
Uznanie czegoś za chorobę może w opinii części osób chorych dawać efekty STYGMATYZACJI - ale nie powinno się z tego zmieniać kryterów choroby mających cechę uniwersalności! Raczej, powinno się pracować nad odwróceniem skutków stygmatyzacji - nad tolerancją dla ludzi chorych z jednej strony, i postawami w których ludzie swojej choroby się nie wstydzą. Jeśli się nie wstydzą mogą z nią żyć lub chcieć ją leczyć - JEŚLI TO MOŻLIWE, i z całą pewnością NIE przymusowo i z automatu.
To już zależy od definicji samego homoseksualizmu -tego, jaki jest stopień natężenia (czy odwracalności) potrzebujemy do spełnienia kryterium uznania osoby za homoseksualną.
Jeśli definicja homoseksualizmu oparta będzie wyłącznie o częstość zachowań homoseksualnych a nie o stopień "utrwalenia" cechy, można wyobrazić sobie osoby, którym odpowiednimi technikami można zmienić preferencje. Przykładowo - jeśli pragną życia rodzinie heteroseksualnej (np. z powodów religijnych, czy z powodu chęci życia "jak wszyscy" bo ważne są dla nich jakieś utrwalone społecznie modele czy wizje własnej rodziny)
Nawiasem - obecnie - wskutek wspomnianego "głosowania" naukowców nie są oficjalnie rozwijane żadne metody zmiany preferencji seksualnych dokonywane w celach leczniczych. To nie jest tak, że "leczyć się nie da" - po prostu prawie nikt na poważnie tym się nie zajmuje i nie bada jak to robić ("na poważnie" - tzn. nie chodzi mi o próby różnych "katolickich terapeutów" bo to nie NAUKA tylko oszołomstwo)
Najprawdopodobniej jednak, przyjęcie tego rozumowania oznaczałoby, że bardziej ostrożnie i bez hurraoptymizmu podchodzono by do zalewu kultury homoseksualnej - Np. do akcji w których młodzi ludzie szukający swoich preferencji zapraszani są na darmowe "obozy szkoleniowe" prowadzące przez osoby homoseksualne przekonynuące ich do wartości tkwiących w homoseksualiźmie...