Busiu wciąż nie doczytujesz tego co piszę. Myślisz że nie pogodziłem się z tym że BYĆ MOŻE mnie nie chce? Dopuszczam taką możliwość i jestem na nią przygotowany. Ale gdzie to jest powiedziane/napisane, że tak jest na pewno? Skąd wiadomo że ostatnim etapem będzie właśnie to co napisałaś a nie to, że znów bedziemy razem? Jak wspominałem nie liczę na to, że znów będziemy razem ale chcę się ostatecznie przekonać. Chcę spróbować wszystkiego na co mnie stać i jeśli to nie pomoże to, coż, poddam się. Ale szczęsliwy i zadowolony z siebie, że spróbowałem. I jestem pewny przynajmniej jednego. Jeśli nie bedziemy znów razem to dzieki mojej walce (walce i powtarzam jeszcze raz - walce, nie "walce"), pożegnamy się jak kochający się niegdyś (i może wciąż) ludzie. Nie jak znajomi z czata czy z pieca. Może zostaniemy przyjaciółmi, nie wiem a może pójdziemy każdy w swoją stronę i nie spotkamy się nigdy więcej. Nie wiem jak to bedzie. Ale do końca życie będę żałować jeśli teraz się poddam i powiem "nie, mam to gdzieś, nie będę walczyć o taką kupę". Miłość nigdy nie była łatwa czy trudna. Jest i taka i taka. Są piękne chwile i są te trudniejsze. Uniesienia i upadki (kryzysy). Niektórzy podczas takich kryzysów się rozstają, ale potem do siebie wracają itp, itd. Miłość to jedna z największych zagadek życia. Nikt nie potrafi powiedzieć o miłości niczego pewnego. "Ona Cię nie kocha, daj sobie spokój" "skoro to zrobiła, to na pewno Cię kocha" itp. Możesz mnie pod pewnymi względami wrzucić do worka co pozostałych rzuconych bez ostrzeżenia. Ale Naszej miłości nie możesz do jednego worka wrzucić. Taka jak żadnej innej. Nie wiesz czy się wypaliło, a nawet jeśli coś zawaliłem lub Ona, to istnieje coś takiego jak wybaczenie, a kochający człowiek wybacza. Czy się wypaliło czy nie, na dobrą sprawę to nawet Ona sama może nie wiedziec dopóki się nie spotkamy. Może Jej uczucie zapłonie gdy tylko mnie zobaczy, może mnie zobaczy i pomyśli sobie "tak, miałam rację, to już nie to", ale Ty tego nie wiesz. A starasz się udowodnić, że każdy przypadek jest taki sam, tak samo się kończy mimo iż masz przed sobą, na tym forum przykład w osobie Cassie.
Poza tym moim postępowaniem nie kierują niedowierzanie, wściekłość, żal, głód, pragnienie, nie wiem ból głowy czy coś tylko po prostu miłość. Te uczucia mam już za sobą. Na początku były, teraz ich nie ma. Teraz pozostaje jedynie zastanawianie się nad tym co Nią kierowało że tak postąpiła, chęć zrozumienia. Czasem też sobie myślę "jak to fajnie byłoby znów do przytulić się do Niej i rozmawiać przez całą noc o planach, muzyce i tych innych wspaniałych pierdołach". Ale jestem świadomy że być może już to utraciłem i nie wróci, ale tylko "być może". Nic nie jest pewne. I niczego sie nie dowiem dopóki nie spróbuję. Wymagam szacunku do samego siebie, ale na razie dumę chowam do pieca. Nie potrzebuję jej. Po co mi ona? Co dzięki niej osiągnę? To że na zawsze stracę ukochaną, bezpowrotnie - to pewne. Po co mi duma, skoro mogę dać Jej szansę w przyszłości gdy bedziemy razem? Jeśli wciąż będzie to samo, nie będzie się starać, odejdę. Inne związki i tak mnie nie interesują, poza tym żadna dziewczyna czy chłopak by ze mną nie wytrzymali. Byłbym strasznie nieufny i nie potrafiłbym się zaangażować. Więc co mi szkodzi ostatni raz spróbowac tego co było i jest dla mnie najlepsze? Nie mam nic do stracenia, a na dumę i szacunek do samego siebie przyjdzie jeszcze czas. Dopóki potrafię kochać, chcę się o Nią starać. To jest moja pierwsza i ostatnia miłość. Nie mam na tyle wielkiego serca by dać to komuś jeszcze.
Dzięki Cassie za miłe słowa.