Witajcie,
jestem to nowy, a zauważyłem, że (mimo iż to forum niby dla kobiet) jest tu wielu facetów - więc postanowiłem i ja się zarejestrować, podzielić się co mnie się przytrafiło i może jakoś dzięki Wam, Waszym komentarzom, opiniom poukładać myśli...
Kilka dni temu zerwaliśmy z narzeczoną, albo raczej w sumie to ona mnie zostawiła... i tak jakoś świat mi się zawalił... Byliśmy ze sobą prawie 7 lat, od niecałego roku zaręczeni, wydawało mi się, że szczęśliwi... Kochaliśmy się i była dla mnie całym światem. Snuliśmy plany na przyszłość, dzieliliśmy przyszłe obowiązki w przyszłym wspólnym domu (nie mieszkaliśmy razem, warunki za bardzo na to nie pozwalały, a wynajmować nie chcieliśmy; zresztą nie mieszkamy daleko od siebie). Zaczęliśmy odkładać na mieszkanie no i wszystko wydawało się w porządku. Rzadko się kłóciliśmy w większości spraw się zgadzaliśmy albo szukaliśmy wspólnych rozwiązań lub szliśmy na kompromis...
Aż tu nagle ona wyskakuje, że ona się do tego nie nadaje, że chce być sama, że nie zasługuje na kogoś takiego jak ja - a mnie zamurowało...
Zaczęliśmy rozmawiać, płakaliśmy razem, ona mówi, że jej zależy, ale to nie ma sensu bo chce być sama. Chciała oddać mi pierścionek... Zaproponowałem, żeby jeszcze to przemyślała, dała sobie (nam) trochę czasu... mówiła, że to i tak nic nie zmieni, że ostatnio czuje, że wszyscy mają do niej o coś pretensje i że to nie ma sensu... że przeprasza że zmarnowała mi tyle czasu...
Całość zakończyła się na tym, że praktycznie wymusiłem, że się jeszcze zastanowi.
Co teraz robić, co począć ze sobą?? Wszystko straciło sens. Łudzić się jeszcze, że "ten czas na zastanowienie" coś da? Przyjąć z powrotem ten pierścionek? Próbować ją namawiać na zmianę decyzji? Czuję się zagubione w wielkim lesie dziecko... Cały czas o niej myślę, wszystko dookoła przypomina mi ją, to co razem przeżyliśmy i że wszystkie plany o których marzyłem (dom, rodzina, wspólne szczęście) się po prostu już nie zdarzy...
Co o tym myślicie???