Cześć, nigdy nie sądziłam, że tak gorączkowo będę szukać takiego miejsca jak to.
Byłam zawsze otwartą i energiczną osobą, bezproblemową - twarda sztuka, mówili.
Prawda jest taka, że od wielu lat żyję, czy żyłam, chroniąc wrażliwe, połamane wnętrze przed całym światem.
Dziś, i choć człowiek z wiekiem podobno uspokaja się, nie potrafię już dłużej trzymać w ryzach tego co rozpada się we mnie od długiego czasu.
Samotność ściąga złe myśli, samotność pozbawia szansy na spokój, wciąż nie potrafię się otworzyć - więcej, zupełnie nie mam przed kim.
Dom, który był domem do śmierci jednego z rodziców przestał zapewniać opiekę od czasów wczesnodziecięcych.
Przez lata wyuczona zostałam poddańczości i utonęłam w poczuciu własnej nieprzydatności - "kompletnie do niczego", co odbiło się na moich dwóch relacjach pełnych przemocy.
Długie lata też chorowałam somatycznie, obdzierana z godności, walcząc o każdą możliwość słowa o samej sobie.
Dziś nie ma śladu po chorobie - fizycznie, w środku jednak i przez to pozostaje świadomość kogoś, kto nie nadrobi straconych lat.
Została nerwica lękowa i depresja.
W ostatnim czasie wiele się dzieje, każdy maleńki fundament na którym próbuję zbudować swoje życie kruszy się, a mnie już tak bardzo brakuje siły.
Wycofuję się z życia.
Jeśli ktokolwiek byłby chętny, podzielić się słowem, dać o sobie znać - "jestem", bardzo proszę.
Nie oczekuję rad, rozwiązań, wystarczy "cześć".
Chętnie napiszę o sobie, w ten sposób podniosę choć odrobinę wyżej ramiona.
Chętnie przeczytam.
Jak lekarstwo - przeczytam.