Cześć wszystkim, śledzę sobie Wasze forum od kilku miesięcy, przeczytałam już setki rozmaitych historii, wiele z nich dramatycznych i bardzo smutnych, więc może mój problem na ich tle będzie wydawał się żenująco błahy, ale mimo wszystko zdecydowałam się napisać, chyba bardziej z poczucia pustki, niż prośby o porady, bo przecież nikt nie zmieni mojego życia za mnie. Będzie długo, więc z góry przepraszam.
Jestem młodą kobietą, przed 30-tką, która jeszcze do niedawna miała głowę pełną marzeń, pomysłów na siebie i szła przez życie z podniesioną głową i nadzieją na to, że wszystko będzie się układać „jak należy”. Odkąd pamiętam pilnie się uczyłam, rodzice mogli cieszyć się moimi sukcesami, a i ja czułam się szczęśliwa mogąc wpisać się w szablon „dziecka idealnego”. Miałam talent artystyczny, rozwijany przez rodziców (ku mojej uciesze!), pomimo łatki typowego kujona nie czułam się odrzucona przez otoczenie, wręcz przeciwnie – wprawdzie nie byłam królową parkietu i niechętnie wyłaziłam z domu, ale bliscy znajomi brali mnie z dobrodziejstwem inwentarza i wszystko było ok, dopóki coś nie zaczęło sypać się w mojej głowie i nie zaczęłam czuć, że wewnętrznie po prostu umieram.
Jako, że wybrałam liceum artystyczne, zmuszona byłam opuścić dom jako nastolatka i zamieszkać w internacie. Chociaż było to moje wielkie marzenie i ogromny sukces, początkowo mój proces asymilacji nie przeszedł specjalnie pomyślnie. Byłam daleko od domu, nieśmiała, niepewna siebie i lekko aspołeczna, więc z trudem nawiązywałam relacje i w kółko zadawałam sobie pytanie: „co ja tu robię?”. Po kilku tygodniach, w zupełnie naturalny sposób udało mi się nawiązać przyjaźnie, które z powodzeniem trwają do dzisiaj, weszłam w tryb „pilna nauka”, jednak po 3 latach dopadł mnie pierwszy kryzys pt. „jestem zbyt beznadziejna, żeby tu być” i „do niczego się nie nadaję”. Gdybym powiedziała wtedy komukolwiek co myślę o sobie samej, nikt by mi nie uwierzył. Chodziłam uśmiechnięta, chętnie pomagałam, wspierałam i pocieszałam innych, zbudowałam więc w ich oczach maskę opanowanej dziewczyny, doskonale wiedzącej, czego chce od życia. Nie. Nie miałam pojęcia czego chcę.
Przyszła matura, końcowe egzaminy zawodowe, obrona dyplomu i moment wyboru studiów. Nie zdawałam w ogóle na akademię, bo wmówiłam sobie, że się do tego nie nadaję, że żadna ze mnie artystka i w sumie nie wiem po co miałam tam iść, więc dokumenty wylądowały gdzie indziej, zwłaszcza, że rodzina stwierdziła, że skoro „tak ładnie piszę” byłaby ze mnie świetna dziennikarka. Trochę z przypadku i trochę szczęśliwie dostałam się na filologię, zatem ku uciesze wszystkich rychło zaczęłam dalszą edukację. Nowy etap, nowe miasto i nowe otoczenie – aklimatyzacja przebiegła bez większych problemów, błyskawicznie zaprzyjaźniłam się nowymi ludźmi, studia bardzo mi się spodobały i wszystko było ok.
Niestety zbiegło się to w czasie pierwszymi miłosnym rozczarowaniem, bo na chłopaka wybrałam sobie człowieka, który – jak szczerze podkreślał – był ze mną tylko dlatego, że nie miał akurat innej opcji, doszły do tego poprawki z egzaminów, dużo nauki i szczypta emocji, więc moja wątła konstrukcja wewnętrzna posypała się jak domek z kart. Na zewnątrz wszystko było dobrze – z facetem zerwałam (choć nie było łatwo), zmieniłam mieszkanie, zdecydowałam dać sobie trochę więcej luzu (im mniej się starałam, tym lepiej szło mi na studiach), koleżanka wkręciła mnie w fajną pracę, aktywnie działałam w kole zainteresowań, chodziłam do teatru, spotykałam się ze znajomymi i czułam, że świat stoi przede mną otworem. Wieczorami jednak czułam do siebie maksymalne obrzydzenie, winiłam siebie za każde drobne potknięcie, kiedy nikt nie widział ryczałam w poduszkę i miałam ochotę zniknąć z życia. Przestałam sypiać i choć bardzo starałam się, żeby nikt tego nie widział, moja psychika padła jak długa. Po długich miesiącach walki ze sobą podjęłam prawie 3-letnią terapię, zakończoną może nie tyle spektakularnym sukcesem, co rozsądną stabilizacją. Było mi bardzo ciężko, ale poukładałam sobie pewne sprawy, cieszyłam się, że o moich problemach wiedział tylko terapeuta, że wywaliłam z siebie żal i z osoby dającej się wykorzystywać stałam się asertywna. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Obroniłam magisterkę, odebrałam dyplom i...zamarzyłam o powrocie na kreatywną ścieżkę. Rodzina wpadła w popłoch i mimo że przyjęła do wiadomości, że jestem już duża i chciałabym teraz żyć tak jak jak chcę, czułam (i czuję do dzisiaj), że dla nich taki wybór był od początku totalną porażką i przegraniem życia. Jako absolwentka nie mogłam liczyć już na studenckie przywileje, sama nie chciałam zresztą pracować o dzieło za 1000zł, bo koszty utrzymania w dużym mieście zdecydowanie przekraczały moje zarobki, zatem pożegnałam się z dotychczasowym szefem i pełna nadziei zaczęłam DOROSŁE ŻYCIE. Przez kolejny rok wysyłałam CV, ale trafiałam w próżnię, więc z podkulonym ogonem i poczuciem skrajnej żenady, po prawie 10 latach bycia poza domem, wróciłam w rodzinne strony. Rodzice przyjęli mnie ciepło, może nawet zbyt ciepło, bo poczułam się jak ofiara losu. Wszyscy – wiedząc co jest dla mnie najlepsze – rozpoczęli poszukiwania pracy i udzielanie złotych rad. Po prawie pół roku rozpoczęłam więc karierę kelnerki, powtarzając sobie w duchu, że to tylko kilka miesięcy i celem jest uzbieranie pieniędzy na dalszą edukację. Jak pomyślałam tak zrobiłam.
Odłożyłam pieniądze, wyjechałam do kolejnego dużego miasta. Wiedziałam, że czeka mnie sporo wyrzeczeń, poza tym decyzja była w pełni moja, pretensje mogłam mieć więc tylko do siebie. Studia były zaoczne, więc znajomych miałam tylko w weekendy, praca też była dorywcza i za stawkę poniżej najniższej krajowej. Wstydziłam się przyznać komukolwiek, że totalnie sobie nie radzę, oszczędzałam więc na wszystkim, rezygnując z jedzenia na rzecz niezbędnych materiałów plastycznych. Studia miałam kończyć za kilka tygodni, więc podjęłam decyzję, że nie będę już szukać kolejnej byle jakiej roboty, tylko przemęczę się w tej, którą mam, po czym opuszczę znienawidzone przeze mnie miasto i ruszę dalej.
Oczywiście nie ruszyłam, ponieważ wysyłane przeze mnie projekty i CV nie doczekały się informacji zwrotnej. Wróciłam za to do rodzinnego domu, z walizkami, fatalnymi wynikami badań, poczuciem żenady oraz braku godności. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że TAK WYBRAŁAM. Że mam to, na co sobie zasłużyłam. Że w życiu nie jest łatwo. Że marzeniami niczego nie osiągnę. Że inni mają gorzej. Że przecież nie chodzę głodna i mam gdzie spać. Wiem też, że jeżeli nie wyjadę z domu nic w moim życiu się nie zmieni i że będę ciężarem dla swoich rodziców. Wszystko to wiem. Ale pomimo tego, że WIEM, nie jestem w stanie nic zrobić.
Unikam znajomych jak ognia, bo wstydzę się siebie i tego, że nie mam pracy. Nie mam ochoty się żalić i tłumaczyć dlaczego ciągle nie mam faceta i dlaczego nie szukam sobie byle jakiej pracy, żeby tylko była. Nie chce mi się już wysyłać CV, bo w moim przekonaniu nie spełniam nawet podstawowych kryteriów i nie nadaję się nawet na najprostsze stanowisko. Całymi dniami siedzę przed komputerem i bezrefleksyjnie przeglądam strony internetowe, a wieczorem czuję się, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Czuję się tak, jakbym obserwowała świat zza szklanej szyby. Niby wszystko jest na wyciągnięcie ręki, ale jakby nie dla mnie. Niby wszystko jest oczywiste, ale coś trzyma mnie w środku i nie pozwala ruszyć się z miejsca. Czuję się jakbym dreptała w miejscu, albo kręciła się w kółko. Znajomi rodzą dzieci, pobierają się i czerpią z życia pełnymi garściami. Ja czuję się jak małe dziecko, które nigdzie nie potrafi znaleźć sobie miejsca i na wszystkie pytania odpowiada „nie wiem”. Nie wiem czy chcę wyjechać, nie wiem gdzie, nie wiem kim chcę być, gdzie mam pracować, po co żyję i czy koło fortuny odwróci się w końcu na moją korzyść. Niby podejmuję jakąś aktywność, ale to tylko zagłuszanie moich wewnętrznych potrzeb. Wysyłam swoje prace, tam gdzie powinnam ale robię to już bez entuzjazmu i bez poczucia, że się uda. Nie wiem co się ze mną stało. Mam w głowie chaos. Czy przegrałam swoje życie?