Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens. - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 32 ]

Temat: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Cześć wszystkim, śledzę sobie Wasze forum od kilku miesięcy, przeczytałam już setki rozmaitych historii, wiele z nich dramatycznych i bardzo smutnych, więc może mój problem na ich tle będzie wydawał się żenująco błahy, ale mimo wszystko zdecydowałam się napisać, chyba bardziej z poczucia pustki, niż prośby o porady, bo przecież nikt nie zmieni mojego życia za mnie. Będzie długo, więc z góry przepraszam.

Jestem młodą kobietą, przed 30-tką, która jeszcze do niedawna miała głowę pełną marzeń, pomysłów na siebie i szła przez życie z podniesioną głową i nadzieją na to, że wszystko będzie się układać „jak należy”. Odkąd pamiętam pilnie się uczyłam, rodzice mogli cieszyć się moimi sukcesami, a i ja czułam się szczęśliwa mogąc wpisać się w szablon „dziecka idealnego”. Miałam talent artystyczny, rozwijany przez rodziców (ku mojej uciesze!), pomimo łatki typowego kujona nie czułam się odrzucona przez otoczenie, wręcz przeciwnie – wprawdzie nie byłam królową parkietu i niechętnie wyłaziłam z domu, ale bliscy znajomi brali mnie z dobrodziejstwem inwentarza i wszystko było ok, dopóki coś nie zaczęło sypać się w mojej głowie i nie zaczęłam czuć, że wewnętrznie po prostu umieram.

Jako, że wybrałam liceum artystyczne, zmuszona byłam opuścić dom jako nastolatka i zamieszkać w internacie. Chociaż było to moje wielkie marzenie i ogromny sukces, początkowo mój proces asymilacji nie przeszedł specjalnie pomyślnie. Byłam daleko od domu, nieśmiała, niepewna siebie i lekko aspołeczna, więc z trudem nawiązywałam relacje i w kółko zadawałam sobie pytanie: „co ja tu robię?”. Po kilku tygodniach, w zupełnie naturalny sposób udało mi się nawiązać przyjaźnie, które z powodzeniem trwają do dzisiaj, weszłam w tryb „pilna nauka”, jednak po 3 latach dopadł mnie pierwszy kryzys pt. „jestem zbyt beznadziejna, żeby tu być” i „do niczego się nie nadaję”. Gdybym powiedziała wtedy komukolwiek co myślę o sobie samej, nikt by mi nie uwierzył. Chodziłam uśmiechnięta, chętnie pomagałam, wspierałam i pocieszałam innych, zbudowałam więc w ich oczach maskę opanowanej dziewczyny, doskonale wiedzącej, czego chce od życia. Nie. Nie miałam pojęcia czego chcę.

Przyszła matura, końcowe egzaminy zawodowe, obrona dyplomu i moment wyboru studiów. Nie zdawałam w ogóle na akademię, bo wmówiłam sobie, że się do tego nie nadaję, że żadna ze mnie artystka i w sumie nie wiem po co miałam tam iść, więc dokumenty wylądowały gdzie indziej, zwłaszcza, że rodzina stwierdziła, że skoro „tak ładnie piszę” byłaby ze mnie świetna dziennikarka. Trochę z przypadku i trochę szczęśliwie dostałam się na filologię, zatem ku uciesze wszystkich rychło zaczęłam dalszą edukację. Nowy etap, nowe miasto i nowe otoczenie – aklimatyzacja przebiegła bez większych problemów, błyskawicznie zaprzyjaźniłam się nowymi ludźmi, studia bardzo mi się spodobały i wszystko było ok.

Niestety zbiegło się to w czasie pierwszymi miłosnym rozczarowaniem, bo na chłopaka wybrałam sobie człowieka, który – jak szczerze podkreślał – był ze mną tylko dlatego, że nie miał akurat innej opcji, doszły do tego poprawki z egzaminów, dużo nauki i szczypta emocji, więc moja wątła konstrukcja wewnętrzna posypała się jak domek z kart. Na zewnątrz wszystko było dobrze – z facetem zerwałam (choć nie było łatwo), zmieniłam mieszkanie, zdecydowałam dać sobie trochę więcej luzu (im mniej się starałam, tym lepiej szło mi na studiach), koleżanka wkręciła mnie w fajną pracę, aktywnie działałam w kole zainteresowań, chodziłam do teatru, spotykałam się ze znajomymi i czułam, że świat stoi przede mną otworem. Wieczorami jednak czułam do siebie maksymalne obrzydzenie, winiłam siebie za każde drobne potknięcie, kiedy nikt nie widział ryczałam w poduszkę  i miałam ochotę zniknąć z życia. Przestałam sypiać i choć bardzo starałam się, żeby nikt tego nie widział, moja psychika padła jak długa. Po długich miesiącach walki ze sobą podjęłam prawie 3-letnią terapię, zakończoną może nie tyle spektakularnym sukcesem, co rozsądną stabilizacją. Było mi bardzo ciężko, ale poukładałam sobie pewne sprawy, cieszyłam się, że o moich problemach wiedział tylko terapeuta, że wywaliłam z siebie żal i z osoby dającej się wykorzystywać stałam się asertywna. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Obroniłam magisterkę, odebrałam dyplom i...zamarzyłam o powrocie na kreatywną ścieżkę. Rodzina wpadła w popłoch i mimo że przyjęła do wiadomości, że jestem już duża i chciałabym teraz żyć tak jak jak chcę, czułam (i czuję do dzisiaj), że dla nich taki wybór był od początku totalną porażką i przegraniem życia. Jako absolwentka nie mogłam liczyć już na studenckie przywileje, sama nie chciałam zresztą pracować o dzieło za 1000zł, bo koszty utrzymania w dużym mieście zdecydowanie przekraczały moje zarobki, zatem pożegnałam się z dotychczasowym szefem i pełna nadziei zaczęłam DOROSŁE ŻYCIE. Przez kolejny rok wysyłałam CV, ale trafiałam w próżnię, więc z podkulonym ogonem i poczuciem skrajnej żenady, po prawie 10 latach bycia poza domem, wróciłam w rodzinne strony. Rodzice przyjęli mnie ciepło, może nawet zbyt ciepło, bo poczułam się jak ofiara losu. Wszyscy – wiedząc co jest dla mnie najlepsze – rozpoczęli poszukiwania pracy i udzielanie złotych rad. Po prawie pół roku rozpoczęłam więc karierę kelnerki, powtarzając sobie w duchu, że to tylko kilka miesięcy i celem jest uzbieranie pieniędzy na dalszą edukację. Jak pomyślałam tak zrobiłam.

Odłożyłam pieniądze, wyjechałam do kolejnego dużego miasta. Wiedziałam, że czeka mnie sporo wyrzeczeń, poza tym decyzja była w pełni moja, pretensje mogłam mieć więc tylko do siebie. Studia były zaoczne, więc znajomych miałam tylko w weekendy, praca też była dorywcza i za stawkę poniżej najniższej krajowej. Wstydziłam się przyznać komukolwiek, że totalnie sobie nie radzę, oszczędzałam więc na wszystkim, rezygnując z jedzenia na rzecz niezbędnych materiałów plastycznych. Studia miałam kończyć za kilka tygodni, więc podjęłam decyzję, że nie będę już szukać kolejnej byle jakiej roboty, tylko przemęczę się w tej, którą mam, po czym opuszczę znienawidzone przeze mnie miasto i ruszę dalej.

Oczywiście nie ruszyłam, ponieważ wysyłane przeze mnie projekty i CV nie doczekały się informacji zwrotnej. Wróciłam za to do rodzinnego domu, z walizkami, fatalnymi wynikami badań, poczuciem żenady oraz braku godności. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że TAK WYBRAŁAM. Że mam to, na co sobie zasłużyłam. Że w życiu nie jest łatwo. Że marzeniami niczego nie osiągnę. Że inni mają gorzej. Że przecież nie chodzę głodna i mam gdzie spać. Wiem też, że jeżeli nie wyjadę z domu nic w moim życiu się nie zmieni i że będę ciężarem dla swoich rodziców. Wszystko to wiem. Ale pomimo tego, że WIEM, nie jestem w stanie nic zrobić.

Unikam znajomych jak ognia, bo wstydzę się siebie i tego, że nie mam pracy. Nie mam ochoty się żalić i tłumaczyć dlaczego ciągle nie mam faceta i dlaczego nie szukam sobie byle jakiej pracy, żeby tylko była. Nie chce mi się już wysyłać CV, bo w moim przekonaniu nie spełniam nawet podstawowych kryteriów i nie nadaję się nawet na najprostsze stanowisko. Całymi dniami siedzę przed komputerem i bezrefleksyjnie przeglądam strony internetowe, a wieczorem czuję się, jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze. Czuję się tak, jakbym obserwowała świat zza szklanej szyby. Niby wszystko jest na wyciągnięcie ręki, ale jakby nie dla mnie. Niby wszystko jest oczywiste, ale coś trzyma mnie w środku i nie pozwala ruszyć się z miejsca. Czuję się jakbym dreptała w miejscu, albo kręciła się w kółko. Znajomi rodzą dzieci, pobierają się i czerpią z życia pełnymi garściami. Ja czuję się jak małe dziecko, które nigdzie nie potrafi znaleźć sobie miejsca i na wszystkie pytania odpowiada „nie wiem”. Nie wiem czy chcę wyjechać, nie wiem gdzie, nie wiem kim chcę być, gdzie mam pracować, po co żyję i czy koło fortuny odwróci się w końcu na moją korzyść. Niby podejmuję jakąś aktywność, ale to tylko zagłuszanie moich wewnętrznych potrzeb. Wysyłam swoje prace, tam gdzie powinnam ale robię to już bez entuzjazmu i bez poczucia, że się uda. Nie wiem co się ze mną stało. Mam w głowie chaos. Czy przegrałam swoje życie?

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Według mnie jesteś bardzo zdolna i wiele osób może Ci pozazdrościć przedsiębiorczości i samozaparcia.
Żaden problem nie jest błahy! Każdy inaczej postrzega świat i jego problemy są ważne.
Z pracą.. wiesz różnie bywa, w tej chwili znam osoby, które bez wykształcenia wkręciły się na fajne stanowiska, ale znam też osoby, które X lat swojego życia poświęciły na ciężkie medyczne studia i poza darmowymi stażami to niewiele mogą wskórać...

Redaktor działu uroda na http://Lova.pl

3

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Zaakceptuj że rzeczy nie idą dokładnie tak, jakbyś chciała. Weź gorszą prace a z chłopakami możesz się spotykać tylko od razu podaj im że interesują ciebie spotkania na zasadzie koleżeńskiej, bez dotykania siebie.

4

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Dziękuję, że chciało Wam się przebrnąć przez moje wypociny. Wiem, że w życiu układa się różnie i że nie zawsze jest tak, jakbyśmy tego chcieli (co czasami wychodzi nam na dobre), ale czuję się jakbym wpadła w jakąś próżnię, przez co nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. Nie mam pojęcia co się stało przez te wszystkie lata w mojej głowie, że czuję się jak ofiara losu.

5

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Hej, nie jesteś żadną ofiarą losu! Pogubiłaś się i straciłaś wyjście na odpowiednią ścieżkę.
A co, gdybyś zrobiła sobie urlop i gdzieś wyjechała? Masz jakieś oszczędności albo kogoś kto pojechałby z tobą?

6

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Cześć. Tak już bywa, że niektórzy nie potrafią znaleźć sobie miejsca w życiu, ale pomyśl o tym, że inni mają wymarzoną pracę, rodzinę, podziw wśród ludzi, a jednak też czują się puści w środku... Myślę, że nie ma na to reguły, może błędem było to, że miałaś jakieś wyobrażenia o przyszłości? Na pewno nie możesz rezygnować z tego, co lubisz robić, a jeżeli już wysyłasz swoje prace, nie rób tego z poczuciem, że od tego, czy się komuś spodobają, czy nie (rzecz subiektywna), będzie zależało Twoje przyszłe życie... Nie napiszę "myśl pozytywnie", bo sam od kilku lat zmagam się z depresją i wiem, że taka rada przynosi więcej szkody niż pożytku, dlatego zaproponuję Ci coś konkretnego... Potrafiłabyś narysować coś, hmmm... na zamówienie?

7

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.
krisniejaki napisał/a:

pomyśl o tym, że inni mają wymarzoną pracę, rodzinę, podziw wśród ludzi, a jednak też czują się puści w środku...

Oczywiście, mogę to sobie wyobrazić, ale trudno zdystansować mi się względem własnej sytuacji i dowartościowywać kosztem innych. Rozumiem, że dzieci w Afryce głodują, że w każdej minucie ktoś traci bliską sobie osobę, że ktoś w mieszkaniu obok też czuje się samotny, że inni mają gorzej, jednak nie pomaga mi to w poprawie mojego własnego nastroju, bo to - jakby nie patrzeć - CZYJAŚ historia smile

krisniejaki napisał/a:

Potrafiłabyś narysować coś, hmmm... na zamówienie?

Oczywiście, że tak, jednak napisałam tu przede wszystkim po to, żeby wywalić z siebie to, co mnie dręczy, bo wkurza mnie już sztuczne uśmiechanie się i udawanie, że wszystko jest ok i ze wszystkim tak świetnie sobie radzę. Nie chcę litości smile Tylko tyle i aż tyle smile

8

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Ale to nie litość z mojej strony. Nie uśmiecham się, że wszystko jest OK, bo po tym, co napisałaś widzę, że nie radzisz sobie w życiu... Chodziło mi o to, żebyś zrobiła jakiś krok, nawet taki, który wydaje Ci się z początku bezsensowny, żebyś podjęła jakieś działanie wobec tej rzeczywistości, od której się tak odbijasz jak od muru... Chodzi mi o pewną interakcję, rozumiesz? A to moje pytanie nie było podyktowane litością, szukam po prostu ilustratorów komiksów... Tylko tyle... Pozdrawiam, trzymaj się smile

9

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.
krisniejaki napisał/a:

szukam po prostu ilustratorów komiksów.

O, to nawet branżowo smile

10

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Ja oferuję tylko zawartość dymków smile

11

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Żenada. Socjopata robi badania

12

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.
na.anula napisał/a:

Żenada. Socjopata robi badania

?

13

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Ja to bym sobie zadał pytanie a po co to wszystko robisz , w jakim celu ?
Robisz bo inni maja/robia czy czujesz z tego jakas satysfakcje  ?
To mniej wiecej bedzie wiadomo  czy wiesz czego w zyciu chcesz czy tylko Ci sie wydaje.

Z praca to jest tak ze mozna byc specjalista w czyms niszowym i zarobic tyle ze da sie z tego wykarmic 2 muchy.
Wiec rzadko chyba kiedy to co sie naprawde lubi to praca.
Praca = znajomosci , układy , umiejetnosci , szczescie albo zlecenie.
To to co ja mysle.

Jedną z nielicznych zalet głupoty jest to , że nie można nią się zarazić.

14

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Studia często robimy dla własnej satysfakcji, ponieważ z powodów od nas niezależnych nie da się dostać pracy po studiach. Mój znajomy skończył studia chemiczne z wyróżnieniem i  całe życie pracował jaki właściciel sklepu z meblami.

Zaakceptuj to, że nie układa się dokładnie tak jak chcesz, wtedy staniesz się pogodną osobą i poznasz chłopaka. Chłopak nie zwiąże się z przymuloną dziewczyną, która narzeka.

15

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Nigdzie nie napisałam, że szukam/nie mogę znaleźć chłopaka i że jestem "przymuloną dziewczyną, która narzeka", więc nie wiem skąd ten wniosek smile Opisałam swoje wewnętrzne rozterki, z którymi się nie obnoszę publicznie i których nie roztrząsam w kontaktach ze znajomymi, bo zwykle to ja jestem tą, która pociesza innych smile

Ot, pomyślałam po prostu, że znajdę tu osoby, które też zmagały się w pewnym momencie z jakimiś momentami przełomowymi, zatraciły gdzieś sens życia, nie wiedziały co ze sobą zrobić i bały się podejmowania pewnych decyzji, istotnych z perspektywy przyszłości. Stąd ten wątek.

16

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Na pewno są takie osoby...

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Czesc pop-corn,

z gory przepraszam za brak polskich znakow, dysfunckja laptopa. No dobra, moja dysfunkcja w rozumieniu dzialania laptopow wink
Przeczytalam Twoja historie, jednym tchem. Przeczytalam ja drugi raz i trzeci, zeby wylapac jak najwiecej.
To co piszesz, nie wydaje mi sie blahe. To w koncu Twoje zycie.
Mam wrazenie, ze sama troche sie w swojej szklanej kuli rozgoscilas. Znalazlas swoja strefe (dys)komforu, wzglednie stabilnego, choc uwierajacego.
Od Twojej wypowiedzi wieje chlodem, ktorego nie zalujesz i sobie. Ten chlod to tez duma, nie prosisz nikogo o pomoc. Dukaj napisal, ze czlowiekiem rzadzi poczucie wstydu. Cos w tym chyba jest.
Co do marzen vs rzeczywistosc... Czy masz jakis plan dzialania? Czy czekasz az fortuna zakreci swoim kolem? Jak oceniasz przydatnosc swoich umiejtnosci na rynku miasta, w ktorym mieszkasz? Jak oceniasz ich przydatonosc w innych miejscach i w (uwaga) alternatywnym ich wykorzystaniu? Czasami sukces to usmiech losu... Nie da sie tego zmierzyc, ale w glowie mam Jane Rawling, ktora Harrego Pottera pisala na serwerkach. Albo Robert Lewandowski, ktory jako mlody chlopak zostal zniechecany przez lakarza do dalszej gry. Dorga do spelnienia nie jest latwa. Pomijajac fakt, ze duzym sukcesem jest okreslenie, co w ogle nim bedzie.

A teraz czas na dobrego policjanta. Gratuluje odwagi, przy podejmowaniu poprzednich decyzji, walki o siebie, o prawdziwa siebie.
Wydajesz sie byc osoba szanowana przez otoczenie, empatyczna, dostrzegajaca detale, inteligentna.
Masz trzezwy oglad rzeczywitosci. Potrafisz zrozumiec drugiego czlowieka. Ciekawe polaczenie, jak na artystyczna dusze.
Zaryzykowalabym stwierdzenie, ze posiadasz umiejetnosci kierowania ludzmi wink Ciezko uwierzyc, ze sobie nie radzisz i nie doceniasz siebie.

Czy bylam w podobenej sytuacji do Ciebie - nie. Po prostu za wczasu "sprzedalam dusze" i skonczylam studia wybitnie nakierunkowne na "kariere". Co nie znaczy, ze rozterek zyciowych nie ma. Byly, sa i beda. Musze za czyms gonic wink

Slyszalas o Marie Kondo? Dziewczyna napisala ksiazke o ...sprzataniu, ktora stala sie mega hitem smile Sama nie moglam w to uwierzyc, wystarczylo okraszyc nudne czynnosci odrobina filozofii!

Polecam tez ciekawy artykul, choc byc moze juz na niego gdzies trafilas, przegrzebujac internet: /nie moge wstawic linka - "wojciech-eichelberger-moge-byc-kim-chce " - artykul w zwierciadle/


Mam nadzieje, ze moze cos wnioslam tym postem smile Nie jestes sama, chcialoby sie zaspiewac!

18 Ostatnio edytowany przez pop_corn (2016-01-02 13:17:16)

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Jesienna, dziękuję za ten wpis smile Sama nie wiem co się ze mną stało. To takie dziwne poczucie, że wszystko co mogłam w życiu osiągnąć już osiągnęłam, a teraz pozostaje mi już tylko bezproduktywne bujanie się z dnia na dzień. Z racjonalnego poziomu wiem, że tak nie jest, bo Ziemia kręci się dalej, że ludzie mają gorzej, że życie nie jest łatwe i że "wszystko jeszcze przede mną", ale z emocjonalnego nie potrafię myśleć o sobie inaczej jak o porażce natury. I tak - to prawda, że rozgościłam się w swojej szklanej kuli, że jest mi tu bezpiecznie, chociaż nie czuję się szczęśliwa w takim stanie rzeczy, ale tak naprawdę...boję się z niej wyjść smile

JesiennaDziewczyna napisał/a:

Co do marzen vs rzeczywistosc... Czy masz jakis plan dzialania? Czy czekasz az fortuna zakreci swoim kolem? Jak oceniasz przydatnosc swoich umiejtnosci na rynku miasta, w ktorym mieszkasz? Jak oceniasz ich przydatonosc w innych miejscach i w (uwaga) alternatywnym ich wykorzystaniu? Czasami sukces to usmiech losu... Nie da sie tego zmierzyc

Wiem. Niestety los nie chce się do mnie uśmiechnąć wink Wydawało mi się, że miałam idealny plan działania i w jego realizację włożyłam mnóstwo zaangażowania, ale działam w pojedynkę i nie mam nikogo, kto by mnie dopingował w boju, co - nie ukrywam - wysysa ze mnie dobrą energię i nie ułatwia rozwoju. Jak robi się wszystko metodą prób i błędów i zdaje tylko na własną intuicję nietrudno kręcić się w kółko. Wiem, że czasami trzeba poczekać na dobry moment, w którym wszystko idealnie się zgra i że "sukces" nie zawsze zależy tylko od nas, ale sytuacje, w których pojawia się realna szansa na pracę czy współpracę i na szansie się kończy, odbierają mi wiarę w siebie i sprawiają, że wyłączam się z życia, "bo przecież do niczego się nie nadaję". W ten sposób moje koło nie-fortuny się zamyka. Staram się uśmiechać i słuchać wewnętrznego głosu, że "warto uzbroić się w cierpliwość i dać sobie szansę" ale nie jest mi łatwo. Wracają koszmarki sprzed terapii, choć wydawało mi się, że psychicznie stanęłam już na nogi.

19 Ostatnio edytowany przez Naprędce (2016-01-02 23:46:36)

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Apropo porażek...znalazłem to dzisiaj w necie, można się sprzeczać czy artykuł z którego pochodzi cytat poniżej to "zdrowa" semantyka, sztuczki semantyczne czy banały ale może Tobie pomoże:

[Edison przeprowadził ponad 10 000 prób, zanim znalazł właściwe włókno do żarówki. Po pięciotysięcznej próbie złośliwy dziennikarz w wywiadzie z Edisonem stwierdził, że pięć tysięcy porażek powinno wystarczyć, by potwierdzić to, co wszyscy uważali za niemożliwe. Edison mu odpowiedział, że to nie było pięć tysięcy porażek, – to było pomyślne odkrycie pięciu tysięcy sposobów, w jaki nie należy budować żarówki. Dobrze, że nie nazwał siebie “nieudacznikiem” i nie zaniechał dalszych prób, w przeciwnym razie możliwe, że czytałbyś ten artykuł przy świecach. By osiągnąć pożądany rezultat, Edison nie powtarzał ciągle tego samego eksperymentu. Tak samo ty, jak chcesz osiągać inne, bardziej pożądane rezultaty, nie możesz wszystkiego robić tak, jak dotychczas. Edison powiedział: „Tak nazywane porażki są niczym innym jak wskazówkami właściwego kierunku tym, którzy chcą się uczyć.”]
w necie pod: Mariusz Wirga, Licz się ze słowami"

Wybacz jeśli to takie podejście z mojej strony wyda Ci się naiwne/powierzchowne. Ale może powinnaś wziąść pod uwagę, że jesteś artystką? Kimś trochę na jakby innym planie niż reszta społeczeństwa. Kimś, po którym presja społeczeństwa i rodziny (w kwestii stylu życia i drogi artystycznej) powinna spływać jak woda po kaczce? Jak Jackson Pollack czy Hendrix z tego kawałka:
https://www.youtube.com/watch?v=DLIkM4wvcC8

Mogę zapytać czym konkretnie się zajmujesz? Jesteś taką klasyczną malarką, grafikiem (graficzką?) itp.
Czy coś bardziej skomplikowanego i abstrakcyjnego dla takiego robola jak ja? smile

20 Ostatnio edytowany przez pop_corn (2016-01-03 14:25:57)

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Podziwiam naukowców za upór w dążeniu do celu i ciekawość świata, więc przykład z żarówką można uznać za ładną metaforę życia wink

Naprędce napisał/a:

może powinnaś wziąść pod uwagę, że jesteś artystką? Kimś trochę na jakby innym planie niż reszta społeczeństwa. Kimś, po którym presja społeczeństwa i rodziny (w kwestii stylu życia i drogi artystycznej) powinna spływać jak woda po kaczce?)

No właśnie mój problem polega na tym, że jestem trochę "schizofreniczna" jeżeli chodzi o zainteresowania czy osobowość. Brzmi to trochę enigmatycznie czy wręcz głupawo, ale mentalnie nie czuję się ani "artystką", ani "nie-artystką". Takim kimś pomiędzy smile Może to też jest część składowa mojego problemu ze sobą. Nikt nigdy nie pozwalał mi za bardzo szarżować w życiu czy łamać ustalonych zasad. Byłam wychowywana na grzeczną dziewczynkę, która w wolnym czasie sobie po prostu rysuje, ale nie jest to coś, co jest ważną częścią tego, kim jest. Miałam się dobrze uczyć, a później spełniać się jako ktoś społecznie przydatny, np. prawnik czy dziennikarz, więc chociaż wewnątrz wszystko się we mnie kotłowało nie mogłam sobie pozwolić na eksplorowanie świata, malowanie po ścianach i wychodzenie przed szereg. Mama nie chciała w domu artystki wink

Efekt jest taki, że chociaż dzisiaj chciałabym sobie czasami poszaleć - także artystycznie - od razu pojawia się we mnie jakaś blokada. Nawet jak maluję to pilnuję, żeby się nie wybrudzić, co kiedyś nauczycieli doprowadzało do szału, bo próbowali mnie na wszystkie sposoby "otworzyć", ale bez powodzenia wink Jestem więc taką sobie artystką-sztywniarą, co to nie wyjdzie za linię i jak ubrudzi kartkę kleksem z farby, zaczyna malować od nowa. To bywa męczące, bo mam wrażenie, że jestem zbyt "artystyczna" na towarzystwo ludzi twardo stąpających po ziemi i jednocześnie zbyt zwyczajna na aspirowanie do bycia członkiem jakiejś wesołej bohemy smile smile smile Niestety, zdaję sobie sprawę, że to specyficzne środowisko, wyjątkowo hermetyczne i żeby móc działać na większą skalę trzeba być "jakimś". Mieć charyzmę, pewność siebie, ekstrawertyczność i szczyptę narcyzmu. A mi moja osobowość bardzo przeszkadza w przepychaniu się łokciami i machaniu komuś przed nosem pracami z okrzykiem: "ej, patrz jakie fajne rzeczy zrobiłam!" big_smile Zazdroszczę kolegom, którzy potrafią wziąć ołówek i kartkę, usiąść w pociągu czy na środku miasta i po prostu szkicować, bo taki mają akurat kaprys. Ja się w takich sytuacjach spinam, krępuję i czuję jak ofiara losu. Jak ktoś, kto próbuje być kimś, kim nie jest.

W konsekwencji jestem wycofana i stoję obok tego wszystkiego, a moja "artystyczność" objawia się wyłącznie poprzez sceptycyzm, czarny humor, płacz w poduszkę i powtarzanie sobie jak bardzo nieszczęśliwą, samotną i odrzuconą przez świat jednostką jestem big_smile Mam nadzieję, że za kilka lat nie dopadnie mnie kryzys wieku średniego i ani nie przefarbuję włosów na zielono, ani nie będę leżała pijana pod płotem z żalu za utraconą młodością wink

Naprędce napisał/a:

Mogę zapytać czym konkretnie się zajmujesz? Jesteś taką klasyczną malarką, grafikiem (graficzką?) itp.
Czy coś bardziej skomplikowanego i abstrakcyjnego dla takiego robola jak ja? smile

Jestem rysownikiem-ilustratorem, ale bardzo klasycznym, bo takim od ołówka, kartki i farb, a nie tabletu i Photoshopa. Więc znowu jestem "ani taka, ani taka".

Jestem męcząca. Wiem wink

21 Ostatnio edytowany przez Naprędce (2016-01-03 22:37:19)

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Nie jesteś męcząca. Jesteś inteligentna, masz poczucie humoru, umiejętność samooceny i potrafisz sugestywnie, plastycznie opowiadać (Jesienna zdaje się to potwierdzać).

Może nawet zbyt plastycznie... bo z niektórymi zwrotami automatycznie się utożsamiłem. Wiele osób potrafi wzbudzić taką reakcję jeśli chodzi o całość wypowiedzi, ale tylko nieliczni potrafią przekazać coś tak zwięźle i trafnie, niemal w formie sentencji, jak Ty w niektórych miejscach.
Na wszelki wypadek uspokoję Cię, że ta fraza- "może nawet zbyt plastycznie" nie oznacza że wywołałaś we mnie jakiegoś natężenia negatywnych emocji, niczego nie nakręcasz w tym kierunku itp. Bo to co dla Ciebie jest problemem dla mnie nim nie jest.

W każdym razie być może powinnaś spojrzeć na siebie właśnie pod kątem? Tzn. znaleźć w sobie te emocje, cechy, dodatkowe umiejętności które nie mają bezpośredniego związku z Twoim zajęciem i spróbować je z nim skrzyżować, jakoś połączyć? Tak by Twoja twórczość nabrała jakiegoś bardziej osobistego, wyrazistszego, pełniejszego szlifu? Być może to wprowadziłoby jakąś nową jakość i wyróżniło spośród innych?
Może być to umiejętność opowiadania o której wspomniałem, coś innego mi nieznanego, a nawet samo poczucie zagubienia lub osamotnienia (w kontekście tego bycia "pomiędzy"). Nawet swoje negatywy możesz zaprząc do tego wozu. Być może dadzą się przy okazji oswoić? smile

Nie wiem czy dobrze przekazałem co chciałem, więc podam Ci przykład:
Mój brat zajął się fotografią. Jest amatorem, samoukiem i pstryka od niedawna ale przeskoczył etap, na którym większośc amatorów się zatrzymuje, tzn. zaczyna wystawiać swoje zdjęcia w róznych miejscach, jest zachęcany do tego, zauważany na konkursach itp.
Jeden z zestawów zdjęć (głównie owady) opisał ... tytułami filmów(jest też kinomaniakiem), które mu się skojarzyły (często zaskakująco i/lub trafnie) z danymi zdjęciami. Niby nic takiego, w sumie prosta sztuczka, ale wskutek tego to już nie były kolejne, jedne z tysięcy dostępnych np. w necie zdjęć. Zatrzymywały wzrok na dłużej i zmuszały do przekroczenia tej bariery bezrefleksyjnego, mechanicznego oglądania. To nazywam "nową jakościa". Taką tyci smile ale jednak.

22

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.
Naprędce napisał/a:

Tzn. znaleźć w sobie te emocje, cechy, dodatkowe umiejętności które nie mają bezpośredniego związku z Twoim zajęciem i spróbować je z nim skrzyżować, jakoś połączyć? Tak by Twoja twórczość nabrała jakiegoś bardziej osobistego, wyrazistszego, pełniejszego szlifu? Być może to wprowadziłoby jakąś nową jakość i wyróżniło spośród innych?
Może być to umiejętność opowiadania o której wspomniałem, coś innego mi nieznanego, a nawet samo poczucie zagubienia lub osamotnienia (w kontekście tego bycia "pomiędzy"). Nawet swoje negatywy możesz zaprząc do tego wozu. Być może dadzą się przy okazji oswoić? smile

Nie wiem czy dobrze przekazałem co chciałem, więc podam Ci przykład:
Mój brat zajął się fotografią. Jest amatorem, samoukiem i pstryka od niedawna ale przeskoczył etap, na którym większośc amatorów się zatrzymuje, tzn. zaczyna wystawiać swoje zdjęcia w róznych miejscach, jest zachęcany do tego, zauważany na konkursach itp.
(...) To nazywam "nową jakościa". Taką tyci smile ale jednak.

O to to...ta "nowa jakość", o której piszesz to jest właśnie sedno całej zabawy w artystę smile Może mi też - tak jak Twojemu bratu - uda się za jakiś czas otworzyć na tyle, żeby poluzować gorset i po prostu bawić się formą zamiast zastanawiać co powinnam, a czego nie powinnam robić smile

23

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Daj znać, jak tylko Ci się uda :)

24

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

hej od jakiegoś czasu wszystko mnie denerwuję w domu się z wszystkimi kuce sama nie wiem kim już jestem .Mam dwoje dzieci .Jestem po rozwodzie już 3 lata
sama już z sobą nie wytrzymuje i nachodzą mnie złe myśli .już nie wiem co mam robić nie chcę nikogo pomocy .Wszystko zostaje na mojej głowie .Nikt mnie nie rozumie Może lepiej będzie jak mnie już nie    będzie jak już mnie zabraknie tylko boje się co  wtedy z moimi dziećmi nie  chcę żeby ich tata ich wychowywał bo jest nie odpowiedzialny i nie ma do nich cierpliwości mój tata już nie żyje 10 lat tak bardzo z nim tęsknie tylko on mnie rozumiał wszystko jest nie tak .

25

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Hej blaneczka01. Od dawna masz takie stany?

26

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Minęły 3 lata od mojego pierwszego wpisu na tym forum (wzięło mnie chyba na wspominki), a że trochę się u mnie przez ten czas zmieniło, postanowiłam napisać raz jeszcze. Tym razem z nieco lepszym nastawieniem i słowem otuchy dla wszystkich, którzy w życiu "stanęli w miejscu" i panicznie szukają odpowiedzi na pytanie: "co dalej?". Może zmiany w moim życiu nie są spektakularne, ale w porównaniu do stanu, w którym się jeszcze kilkanaście miesięcy temu znajdowałam, chyba nie mogło być lepiej smile

Przeczytałam raz jeszcze swój długi wpis i po raz pierwszy w życiu zrobiło mi się szczerze żal samej siebie, bo z perspektywy czasu widzę, jak ciężki emocjonalnie miałam czas. To miła odmiana po wieloletnim katowaniu się w nieudolnym byciu idealnym obywatelem tego świata smile Jestem bardzo wdzięczna wszystkim osobom, które wtedy na mój wpis zareagowały i które wykazały się wobec mnie niesamowitą empatią - bez negatywnego oceniania i bez pouczania. Nie macie pojęcia ile wsparcia dało mi takie zwyczajne "jesteś ok", "gratuluję odwagi" czy "każdy inaczej postrzega świat i jego problemy też są ważne".

Mam za sobą okres totalnej pustki. Stania w miejscu. Robienia różnych, z pozoru bezsensownych, rzeczy. Przeprowadzek z miejsca na miejsce i tego słynnego "szukania siebie". Czy znalazłam w końcu to, czego w życiu szukałam? Wierzę, że jeszcze nie. Czy jest lepiej, niż było? Jak dla mnie zdecydowanie tak smile

Dwa miesiące po moim pierwszym wpisie odezwali się do mnie znajomi rozpoczynający swój własny biznes. Szukali kogoś, kto pomógłby im przy projektach i w ewentualnej pracy biurowej, a wiedzieli, że lekko mi nie jest. Jak później sami przyznali zrobili to z czystej litości, ale teraz mogę być im za to bardzo wdzięczna wink Jeszcze wtedy nie był to etat, ale w sumie było mi wszystko jedno, więc chętnie się zgodziłam. Nie będę opisywać tego, co działo się po drodze, bo były tam oczywiście wszystkie możliwe wzloty i upadki (tak już chyba po prostu mam). W ogóle nie było łatwo, bo przedsięwzięcie wiązało się z kolejną przeprowadzką, poza tym zaczynałam od zera, gnieździłam się w ciasnym pokoju w mieszkaniu studenckim, a w pracy - łącznie z dojazdami - spędzałam praktycznie cały dzień i nie miałam żadnego życia poza nią. Ale stwierdzam, że było warto, bo wszystko to, czego się nauczyłam i co robiłam "bez sensu" w czasie życiowego przestoju, bardzo mi się przydało.

Na początku tego roku postanowiłam zmienić pracę, bo ta obecna nie dawała mi już satysfakcji i możliwości utrzymania się. Była to w pełni świadoma, obarczona ryzykiem "dorosła" decyzja, co jest spektakularnym osiągnięciem dla kogoś, kto jeszcze do niedawna pytał o zdanie wszystkich, tylko nie siebie i dostosowywał się do rzeczywistości, zamiast kreować własną. Nie wiem co się tak naprawdę wtedy stało, czy przeskoczyło mi coś w głowie, czy Wszechświat postanowił odpowiedzieć na moje wołanie, ale chwilę po moim wewnętrznym "to już. Czas na zmianę", po prostu wytypowałam sobie ofertę pracy (nie, nie spełniałam większości kryteriów z długiej listy wymagań, więc nie wiem dlaczego wybrałam właśnie ją), wysłałam CV i wyłączyłam komputer z poczuciem: "ok, zaczęłam właśnie etap zmiany, więc będę teraz przez rok wysyłać dokumenty w miliony miejsc, wysłuchując regularnie sakramentalnego 'oddzwonimy do pani'". Ale nie. Nie minęło nawet 20 minut, a zadzwonił telefon. Jeszcze tego samego dnia zostałam zaproszona na rozmowę i jeszcze tego samego dnia dostałam nową, dużo lepszą pracę. Dzięki niej osiągnęłam względną stabilizację i wynajęłam w końcu upragnione mieszkanie. Sama! Sama! smile Teraz uczę się kolejnych rzeczy, zaczynam się specjalizować i oczywiście nadal czasami panikuję, że czegoś nie potrafię i że przecież "na pewno zaraz mnie zwolnią", ale jestem dla siebie trochę łagodniejsza. W kryzysowym momencie pozwalam sobie na chwilę paniki (bo kto mi zabroni? big_smile ), ale potem wstaję z podłogi, wydmuchuję nos i wracam na pole bitwy smile

Mam świadomość tego, że to dopiero początek, że ten syzyfowy kamień trzeba toczyć dalej, i że jeszcze nie raz spotkają mnie lepsze lub gorsze chwile, ale może z każdą kolejną taką sytuacją będzie mi już trochę łatwiej to wszystko przetrwać? smile Teraz przede mną czas przepracowywania wszystkich relacji, ale wierzę, że i tu pojawią się jakieś małe sukcesy smile

Chciałabym prosić wszystkich, którzy w siebie wątpią, którzy myślą, że już nic dobrego ich w życiu nie spotka, że ich problemy są bezsensowne, że są ze wszystkim sami, że kręcą się w kółko i z ich działań w zasadzie nic nie wynika, żeby się nie poddawali i zaufali, że w całym tym chaosie jest jednak jakaś logika. Żeby uwierzyli w to, co zawsze uważałam za totalny banał i absolutną bzdurę - że "po każdej nocy przychodzi dzień" (to było dla mnie naprawdę słabe, serio) smile Czasami ten "ciemny" okres będzie trwał dłużej, czasami krócej, ale przecież w końcu coś zaskoczy. Coś, co będzie tym pierwszym trybikiem, który uruchomi skomplikowaną życiową maszynę smile Pomyślałam sobie ostatnio, że gdybym kilka temu, wbrew temu co naprawdę czułam, dała się namówić osobom z zewnątrz (które przecież miały jak najszczersze intencje) na robienie tego, co uważali dla mnie za najlepsze, nie byłabym tu, gdzie jestem teraz. Gdybym nie utknęła w poprzedniej pracy (a próbowałam już wcześniej się z niej wyrwać), nie dostałabym tej obecnej, bo jak się później okazało wtedy kiedy ja histeryzowałam, że nic się w moim życiu nie zmienia i na siłę próbowałam coś zrobić, ale ciągle coś mi się nie udawało, "zwalniało się dla mnie" obecne stanowisko.

Wiem, że moja historia nie jest tą w stylu "wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie", ale może da komuś nadzieję na to, że zmiana, nawet ta niewielka, jest możliwa?

Otoczcie się, proszę, maksymalnie życzliwymi ludźmi, którzy pozwolą wam na chwilę zwątpienia, dajcie sobie czas na poużalanie się nad sobą (ale wiadomo, bez przesady! smile ), na przepłakanie trudnego okresu i na spokojne zastanowienie się co dalej ze sobą zrobić. Czasami odpowiedzi nie przychodzą od razu, czasami trzeba je sobie wypracować wykonując dziesiątki dziwnych aktywności, ale się nie poddawajcie. Nie bądźcie dla siebie tacy surowi, posłuchajcie samych siebie. Jeżeli wbrew wszystkiemu i wszystkim czujecie, że to jeszcze nie jest czas na podbijanie świata, to po prostu róbcie spokojnie to, co robicie, poczekajcie na "swój" moment i nie dajcie się popędzać czy straszyć, że jak czegoś nie zrobicie TERAZ, to już nic dobrego się nie wydarzy (słyszałam to regularnie, ale efekt był taki, że ze strachu zamykałam się w sobie jeszcze bardziej) smile

Chciałabym wierzyć, że tych najważniejszych okazji po prostu nie da się nie przegapić i że każdy ma swój własny czas, który jest dla niego TYM WŁAŚCIWYM czasem. I że każdy, komu życie na chwilę zgasiło światło, znajdzie w końcu w sobie wystarczająco dużo siły, żeby wstać i metodą prób i błędów poszukać gdzieś na ścianie tego nieszczęsnego włącznika smile Pozdrawiam!

27

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.
pop_corn napisał/a:

Minęły 3 lata od mojego pierwszego wpisu na tym forum (wzięło mnie chyba na wspominki), a że trochę się u mnie przez ten czas zmieniło, postanowiłam napisać raz jeszcze. Tym razem z nieco lepszym nastawieniem i słowem otuchy dla wszystkich, którzy w życiu "stanęli w miejscu" i panicznie szukają odpowiedzi na pytanie: "co dalej?". Może zmiany w moim życiu nie są spektakularne, ale w porównaniu do stanu, w którym się jeszcze kilkanaście miesięcy temu znajdowałam, chyba nie mogło być lepiej smile

Przeczytałam raz jeszcze swój długi wpis i po raz pierwszy w życiu zrobiło mi się szczerze żal samej siebie, bo z perspektywy czasu widzę, jak ciężki emocjonalnie miałam czas. To miła odmiana po wieloletnim katowaniu się w nieudolnym byciu idealnym obywatelem tego świata smile Jestem bardzo wdzięczna wszystkim osobom, które wtedy na mój wpis zareagowały i które wykazały się wobec mnie niesamowitą empatią - bez negatywnego oceniania i bez pouczania. Nie macie pojęcia ile wsparcia dało mi takie zwyczajne "jesteś ok", "gratuluję odwagi" czy "każdy inaczej postrzega świat i jego problemy też są ważne".

Mam za sobą okres totalnej pustki. Stania w miejscu. Robienia różnych, z pozoru bezsensownych, rzeczy. Przeprowadzek z miejsca na miejsce i tego słynnego "szukania siebie". Czy znalazłam w końcu to, czego w życiu szukałam? Wierzę, że jeszcze nie. Czy jest lepiej, niż było? Jak dla mnie zdecydowanie tak smile

Dwa miesiące po moim pierwszym wpisie odezwali się do mnie znajomi rozpoczynający swój własny biznes. Szukali kogoś, kto pomógłby im przy projektach i w ewentualnej pracy biurowej, a wiedzieli, że lekko mi nie jest. Jak później sami przyznali zrobili to z czystej litości, ale teraz mogę być im za to bardzo wdzięczna wink Jeszcze wtedy nie był to etat, ale w sumie było mi wszystko jedno, więc chętnie się zgodziłam. Nie będę opisywać tego, co działo się po drodze, bo były tam oczywiście wszystkie możliwe wzloty i upadki (tak już chyba po prostu mam). W ogóle nie było łatwo, bo przedsięwzięcie wiązało się z kolejną przeprowadzką, poza tym zaczynałam od zera, gnieździłam się w ciasnym pokoju w mieszkaniu studenckim, a w pracy - łącznie z dojazdami - spędzałam praktycznie cały dzień i nie miałam żadnego życia poza nią. Ale stwierdzam, że było warto, bo wszystko to, czego się nauczyłam i co robiłam "bez sensu" w czasie życiowego przestoju, bardzo mi się przydało.

Na początku tego roku postanowiłam zmienić pracę, bo ta obecna nie dawała mi już satysfakcji i możliwości utrzymania się. Była to w pełni świadoma, obarczona ryzykiem "dorosła" decyzja, co jest spektakularnym osiągnięciem dla kogoś, kto jeszcze do niedawna pytał o zdanie wszystkich, tylko nie siebie i dostosowywał się do rzeczywistości, zamiast kreować własną. Nie wiem co się tak naprawdę wtedy stało, czy przeskoczyło mi coś w głowie, czy Wszechświat postanowił odpowiedzieć na moje wołanie, ale chwilę po moim wewnętrznym "to już. Czas na zmianę", po prostu wytypowałam sobie ofertę pracy (nie, nie spełniałam większości kryteriów z długiej listy wymagań, więc nie wiem dlaczego wybrałam właśnie ją), wysłałam CV i wyłączyłam komputer z poczuciem: "ok, zaczęłam właśnie etap zmiany, więc będę teraz przez rok wysyłać dokumenty w miliony miejsc, wysłuchując regularnie sakramentalnego 'oddzwonimy do pani'". Ale nie. Nie minęło nawet 20 minut, a zadzwonił telefon. Jeszcze tego samego dnia zostałam zaproszona na rozmowę i jeszcze tego samego dnia dostałam nową, dużo lepszą pracę. Dzięki niej osiągnęłam względną stabilizację i wynajęłam w końcu upragnione mieszkanie. Sama! Sama! smile Teraz uczę się kolejnych rzeczy, zaczynam się specjalizować i oczywiście nadal czasami panikuję, że czegoś nie potrafię i że przecież "na pewno zaraz mnie zwolnią", ale jestem dla siebie trochę łagodniejsza. W kryzysowym momencie pozwalam sobie na chwilę paniki (bo kto mi zabroni? big_smile ), ale potem wstaję z podłogi, wydmuchuję nos i wracam na pole bitwy smile

Mam świadomość tego, że to dopiero początek, że ten syzyfowy kamień trzeba toczyć dalej, i że jeszcze nie raz spotkają mnie lepsze lub gorsze chwile, ale może z każdą kolejną taką sytuacją będzie mi już trochę łatwiej to wszystko przetrwać? smile Teraz przede mną czas przepracowywania wszystkich relacji, ale wierzę, że i tu pojawią się jakieś małe sukcesy smile

Chciałabym prosić wszystkich, którzy w siebie wątpią, którzy myślą, że już nic dobrego ich w życiu nie spotka, że ich problemy są bezsensowne, że są ze wszystkim sami, że kręcą się w kółko i z ich działań w zasadzie nic nie wynika, żeby się nie poddawali i zaufali, że w całym tym chaosie jest jednak jakaś logika. Żeby uwierzyli w to, co zawsze uważałam za totalny banał i absolutną bzdurę - że "po każdej nocy przychodzi dzień" (to było dla mnie naprawdę słabe, serio) smile Czasami ten "ciemny" okres będzie trwał dłużej, czasami krócej, ale przecież w końcu coś zaskoczy. Coś, co będzie tym pierwszym trybikiem, który uruchomi skomplikowaną życiową maszynę smile Pomyślałam sobie ostatnio, że gdybym kilka temu, wbrew temu co naprawdę czułam, dała się namówić osobom z zewnątrz (które przecież miały jak najszczersze intencje) na robienie tego, co uważali dla mnie za najlepsze, nie byłabym tu, gdzie jestem teraz. Gdybym nie utknęła w poprzedniej pracy (a próbowałam już wcześniej się z niej wyrwać), nie dostałabym tej obecnej, bo jak się później okazało wtedy kiedy ja histeryzowałam, że nic się w moim życiu nie zmienia i na siłę próbowałam coś zrobić, ale ciągle coś mi się nie udawało, "zwalniało się dla mnie" obecne stanowisko.

Wiem, że moja historia nie jest tą w stylu "wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie", ale może da komuś nadzieję na to, że zmiana, nawet ta niewielka, jest możliwa?

Otoczcie się, proszę, maksymalnie życzliwymi ludźmi, którzy pozwolą wam na chwilę zwątpienia, dajcie sobie czas na poużalanie się nad sobą (ale wiadomo, bez przesady! smile ), na przepłakanie trudnego okresu i na spokojne zastanowienie się co dalej ze sobą zrobić. Czasami odpowiedzi nie przychodzą od razu, czasami trzeba je sobie wypracować wykonując dziesiątki dziwnych aktywności, ale się nie poddawajcie. Nie bądźcie dla siebie tacy surowi, posłuchajcie samych siebie. Jeżeli wbrew wszystkiemu i wszystkim czujecie, że to jeszcze nie jest czas na podbijanie świata, to po prostu róbcie spokojnie to, co robicie, poczekajcie na "swój" moment i nie dajcie się popędzać czy straszyć, że jak czegoś nie zrobicie TERAZ, to już nic dobrego się nie wydarzy (słyszałam to regularnie, ale efekt był taki, że ze strachu zamykałam się w sobie jeszcze bardziej) smile

Chciałabym wierzyć, że tych najważniejszych okazji po prostu nie da się nie przegapić i że każdy ma swój własny czas, który jest dla niego TYM WŁAŚCIWYM czasem. I że każdy, komu życie na chwilę zgasiło światło, znajdzie w końcu w sobie wystarczająco dużo siły, żeby wstać i metodą prób i błędów poszukać gdzieś na ścianie tego nieszczęsnego włącznika smile Pozdrawiam!

Bardzo ładnie napisane. Ciekawa z Ciebie osóbka.

28

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Fajnie jest czytać, że idzie ku dobremu smile A już miałam pisać, czytając Twoją pierwszą wiadomość, że kiedy masz poznać siebie, swoje potrzeby, to, co chcesz w życiu robić jak nie teraz. Powodzenia! Wszystko się ułoży, tylko trzeba temu pomóc!

29

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Przeczytałam wszystko. Od początku do końca i jestem pod niesamowitym wrażeniem, że ci się udało zdobyć to, na co zasługujesz. Chociaż myślę, że to dopiero początek i będziesz w stanie osiągnąć jeszcze więcej. Trzymam kciuki za ciebie, żeby wszystko było dobrze i jeszcze lepiej. smile

30

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Pop_corn cieszę się, że Ci się układa i dziękuję, że się tym z nami podzieliłaś :)

31 Ostatnio edytowany przez IsaBella77 (2019-04-04 15:06:45)

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Może skorzystaj z olejków z konopii? Firma spam ma teraz promocje

32

Odp: Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Znam kilka osób, które są artystami i wszystkie z czymś się borykają. Artyści są po prostu wrażliwi i biorą na siebie wszystkie problemy otoczenia.

Posty [ 32 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Niby wszystko jest dobrze, a czuję, że moje życie straciło sens.

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018