Witam wszystkich,
nie bardzo wiem jak wyjść z załamania które sciąga mnie coraz bardziej do dna, może ktoś poradzi mi w rzetelny sposób.
Mam 25 lat, poważne problemy na całej lini mojego życia skumulowały się w tamtym roku. Zaczeło się od tego że u taty zdiagnozowano raka - cios, nie mogłam uwieżyć i ból, od razu myśli że za chwilę odejdzie bo stan zaawansowania spory. Ciągle przed oczami mam sytuację jak odwozi mnie do pracy i oboje ryczymy... Do tego tata to chyba jedyna osoba w mojej rodzinie która się ze mną liczyła
może jeszcze brat, też dobry i mogę na niego liczyć, starszy o 13 lat, ale mieszka dalej no i nie o wszystkim możemy gadać. Sytuacja ta spowodowała we mnie ogromne poczucie straty, mój dom przestał istnieć. Z moją matką nie mogę się dogadać, dla niej jestem chyba nikim, choć nie wiem dlaczego, zawsze traktowała mnie jak 5 koło u wozu, zawsze jakieś ale... ale moją o 2 lata starszą siostrę wspaniale, ona zawsze była lepsza ode mnie wg mojej matki. Przez całe życie czułam więc jedynie wsparcie taty a ze strony matki ból, płakałam stale z jej powodu. Nie rozumiałam i do tej poey nie rozumiem dlaczego ma do mnie takie nastawienie, a ja zawsze pragnęłam jej ciepła. Nigdy go jednak nie dostałam, teraz nadal z nią mieszkam i jako 25-letnia dziewczyna muszę znosić jej dogryzki albo przykre na prawdę przykre słowa...żal. w związku z tym świadomość że tata odejdzie pogrążyła mnie bardzo, kolejnym wydarzeniem była utrata pracy z widzi mi się mojego szefa i to w bardzo nie fer sposób, ale to już pominę, istotny jest fakt że nie mam pracy. w tym samym mniej więcej czasie kończyłam studia, ale nie zdołałam oddać pracy i się obronić, nie miałam sił ze względu na sytuację z tatą i ogólne zmęczenie materiału na studiach bo studia miałam ciężkie. Tata w tym czasie przechodził kolejne etapy ratowania tego co jeszce można uratować.. załamanie wzrastało. Przyszło lato, ja straciłam prawie wszystko... Jeszcze jedną trudną sprawą jest mój związek z mężczyzną którego pokochałam,a nie powinnam chyba... ale nasz związek trwa. Kocham go nad życie on mnie też( co czasem wydaje mi się dziwne, ale to się czuje) On jest żonaty ma 2 dzieci, znamy się od 4 lat. Ja na początku nie traktowałam go poważnie, tzn jako kogoś z kim miałabym się związać. Wiedziałam o jego stanie rodzinnym a tak w ogóle nie podobał mi się z wyglądu, a z charakteru był mi obojętny a w tym czasie też wspólnie spotykaliśmy się z innym mężczyzną z którym ja i on skłanialiśmy się ku sobie, ale nam przeszkodził. Z perspektywy czasu wiem że on od początku dążył do bliższych relacji ze mną, no i tak też się stało. Poznaliśmy się na stopie zawodowej, pzrez moją koleżankę a jego kuzynkę. Przez te 4 lata przeżyliśmy więcej niż nie jedno stare małżeństwo. Przeżyliśmy duży wypadek, dużo sobie na co dzień pomagamy, wspieramy, jesteśmy sobie przyjacielami. Ale jest też druga strona, ja też dużo przez niego wypłakałam bo jak tu żyć w takim czymś??? ale nie umiemy i nie chcemy z siebie zrezygnować. Jego związek z żoną jest zachwiany, ale nie chce odejść i stracić dzieci. ŻAŁOSNE pewnie że jestem przy nim, wielu tak powie, hm dla mnie czasem też, ale jestem bo pokochałam go, i wydaje mi się że nie tylko dla dzieci trwa w tym związku bo przecież stale jakoś z tą żoną żyje i nie chce by dowiedziała się o mnie...masakra! ktoś pewnie powie że jestem naiwna, w pewnym stopniu na pewno, ale pewna jestem jego miłośći do mnie. Czasem dostaję rozdwojenia jaźni...
mogałbym jeszcxze wiele o naszych relacjach napisać ale wracając do toku sprawy po wakacjach przyszła jesień, tata wyglądał jak wrak człowieka... mega trudne jest patreznie na to jak kogoś ubywa.. Zdawałam sobie sprawę z tego że chcę od mojego mężczyzny więcej może niż zwykle, chciałam żeby przy mnie był, dużo płakałam, więcej niż kiedykolwiek, kłóciliśmy się często bo on uważał ze nie może poświęcać mi tyle czasu... a ja teraz w zasadzie tylko jego mam... napięta atmosfera trwała, czasem jeździłam z nim na podróże służbowe, zeby pobyć z nim i zrobić coś z czasem, ale zawsze przychodził moment że wracał do domu i tam poścwięcał więcej czasu... wiem, że musi, ale prosiłam go aby nie zmieniał z dnia na dzień tak drastycznie naszych relacji... samotność to coś czego nie życzę nikomu, do tego bół że ktoś kogo kochasz poświęca czas innej, a ty cierpisz... w październiku nastąpiła kłótnia po której niby się rozstaliśmy na zawsze! nie chciałam żyć!!!
wiedziałam ze nie mamy szans wrócenia do siebie bo on zawsze powtarzał że jest dumny i nawet jak on by chciał to tego nie zrobi i już nigdy się nie odezwie, a że robił tak ze swoimi pracownikami nie raz więc byłam tego pewna.
Nie zabiłam się, choć na prawdę poważnie do tego podchodziłam.
Przez tydzień chodziłam sparaliżowana, nie mogłam nawet płakać, choć chciałam...
On zadzwonił do mojego brata by ze mną porozmawiał bo widzi że się ze mną coś dzieje, miał zdać mu relację. Akurat jak rozmawiałam z bratem dzwonił, ale poprosiłam brata by nie odbierał bo ..nie wiem co miał by mu powiedzieć, w ogóle nie chciałam tego słyszeć. Brat nie wie o naszej relacji, nikt z mojego kręgu nie wie. Tylko tyle że jesteśmy znajomymi
Po weekendzie zapytałam brata czy jeszcze dzwonił i czy coś powiedział, ale nie... więc ostatecznie poprosiłam żeby do niego zadzwonił i jakoś staną po ojej stronie.
Dało to efekt taki że odezwał się do mnie.
Teraz płakałam ze szczęścia...
On nie chciał mnie stracić, usłyszałam to czego byłam pewna. Nasza więź zacieśniła się jeszcze bardziej.
Nie ukrywam ze pomogła mi ta sytuacja w jakimś stopniu. Od tego czasu czułam się spokojniejsza, mogłam na kogoś liczyć, nie błam sama, czułam jego wsparcie, czułam spokój po prostu. Uwieżyłam w siebie, zaczęłam brać się do zrobienia pracy dyplomowej, tata odzyskiwał wiarę w siebie. Uwieżyłam w to że będzie lepiej, z pewnymi faktami się pogodziłam.
Od początku roku przeżyłam z moim mężczyzną dużo chwil, wyjeżżaliśmy dużo w jego sprawach służbowych, a z uwagi na to że nie trawił żony wyjeżdżaliśmy też dużo dla siebie, spędzaliśmy czas wspólnie z jego synem itp. w zasadzie on bardzo poważnie (po raz kolejny) myślał o rozwodzie i wyprowadzce, oglądaliśmy mieszkania, zdecydowaliśmy się na wynajem.
Ale jednak pozostał w domu... znowu to się na mnie odbiło, znowu. Jako że to nie ppierwszy raz prosze go by przynajmniej nauczył się postępować tak, aby to jakoś łagodnie przeszło, ale to się nigdy nie udaje...
Teraz jest kwiecień, wiosna, ludzie cieszą się ciepłem, dni są coraz dłuższe, a ja..? czuję ze znowu zmierzam do kolejnego załamania nerwowego...
dom się rozsypał, nie mam z kim rozmawiać, mój ukochany z radością poświęca czas rodzinie, mi mniej.. siedzę w domu, nie mogę patrzeć na tą ładną pogodę... płacze nie mogę powstrzymać łez...
każdego prawie dnia staje się coś co mnie pogrąża
nie mam siły nic robić, nawet wydawałoby się przyjemnego - włączyć film, po 1 min muszę wyłączyć bo mnie denerwuje... nie jestem w stanie za nic się zabrać
Polegam w zasadzie tylko na nim, a on... pomagam mu w prowadzeniu firmy, jego żona nie kiwnie palcem by mu pomóc zarobić choć złotówkę za to wyciąga ile wlezie i to oczywiście zawsze na dzieci!
I co? on kupuje jej samochód...
To mnie dotknęło, moja pomoc jest bezinteresowna ale mimo wszystko w takich momentach można poczuć brak wdzięczności chyba. I dalej: juz 2 tydzień wypady na weekend - mi jest miło przecież nie?! a co będzie dalej? jeszce to wszytsko miałoby może sens - jakiś moment rozstania, ale jak zawsze on przychodzi do mnie a ja go nie odrzucę i tak w koło...
MASAKRA...
Nie wiem jak mam dalej żyć! jestem w miejscu z którego nie potrafię wyjść, wieżyłam ze uda mi się wrócić do normalności, ale znowu czuję się źle... fatalnie! Nie potrafię sobie pomóc, nie wiem jak, co robić?
Chciałabym odzyskać jakąś równowagę psychiczną, bo chyba od tego trzeba w ogóle zacząć żeby jakoś coś robić dalej... przynajmniej tak mi się wydaje po ostatnim razie.
W tym momencie chyba tylko on może mi pomóc ( mi się tak wydaje) bo tylko on daje mi radość jeśli jest przy mnie, mnie wspiera
Jesli ktoś zdoła w ogóle doczytać to wszystko to może coś poradzi z perspektywy osoby z zewnątrz.
Proszę