Hmm.. związek mój i mojego K. nigdy nie należał do najłatwiejszych.
Poznaliśmy się jak miałam etap dzikiego imprezowania (19 lat, a teraz mam 23), ale od tamtej pory bardzo się oboje zmieniliśmy i po prostu nie wiem, czy zostało cokolwiek z dawnego uczucia czy jesteśmy razem, bo się do tego przyzwyczailiśmy. Widujemy się w weekendy.. to wszystko jest takie sztywne.. takie ustalone, takie przewidywalne. Owszem, jest fajnie ale TYLKO WTEDY kiedy widzimy się przez te dwa dni w tygodniu. Nie ma jakiejś tęsknoty, gdy nie widzimy się dłużej, a są wieczne pretensje o nic. Od samego początku trwania naszego związku okresy dobroci przeplatają się z karkołomnymi awanturami. Jednak dwa miesiące temu zaczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki. Poszło to o tyle daleko, że sprawa nie dotyczy już tylko nas, ale również naszych rodzin. Za każdym razem godzimy się w łóżku, obiecujemy sobie złote góry. Ja - że utemperuję mój choleryczny charakter, on - że zacznie być prawdziwym facetem, a nie 'pipką' w spodniach. Jednak.. ile można słuchać notorycznie o tym samym i wiecznie łudzić się, że w końcu dojdziemy ze sobą do ładu? Skoro tyle lat jesteśmy razem i do tej pory nie okiełznaliśmy siebie to.. czy jest sens dalej w tym tkwić? W życiu nie byłam tak stanowcza tego, że to koniec jak w sylwestra. Fajerwerki, atmosfera miłości i życzeń, a ja.. odwracam się i mówię, że to koniec, że mam dosyć, że nie stworzymy nie wspólnie. Widzę jego łzy, jego błagania.. Jestem nieugięta. Przez parę dni. Później daję się przekonać.. DLACZEGO? Bo go kocham? Czy boję się zmian!? Nie wiem.
Na dodatek ON planuje wyjechać do Niemiec. JA mam jechać z nim. Jako ŻONA. Nie pytajcie, ze względów prawnych żeby wyjechać musimy wziąć ślub.. I.. czy gdybym wiedziała, że to ten właściwy facet miałabym aż TAKIE WĄTPLIWOŚCI co do ślubu? To nawet nie są wątpliwości.. to jest paniczny, paraliżujący strach. A jak zaczynam sobie analizować wspomniane dwa miesiące to już w ogóle mam ochotę uciekać jak najdalej. Nie wiem sama co zrobić.. Miała któraś z Was podobną sytuację? Takie wahania?
Podobne tematy
2 2014-02-03 22:18:11 Ostatnio edytowany przez Merkantylia (2014-02-03 22:18:52)
Raz, że nie wbija się komuś noża w takiej sytuacji. Tak samo urodziny itp. Trzeba zawsze subtelnie kogoś przygotować, dać mu czas na oswojenie się. No jak można w Sylwestra. To zostawia uraz przecież.
Również teraz. Jak nie jesteś pewna i ciągle się kłócicie to czemu masz wychodzić za mąż? Fakt, że chyba po prostu macie taki styl bycia.. Mam takich znajomych, co przez 10 lat związku chyba 1000 razy się rozchodzili, no ale jeszcze sie nie hajtnęli. Daj sobie trochę czasu. Jak będzie Wam dalej na sobie zależeć to i tak będziecie razem. Np. on poczeka i wyjedzie później, albo po powrocie spokojnie weźmiecie ślub.
Nie zmuszaj się do ślubu jeśli nie jesteś pewna że to ten jedyny. Potem będziesz żałowała.
Masz skłonności masochistyczne chyba... Zostaw go raz a porządnie i tyle.
Raz, że nie wbija się komuś noża w takiej sytuacji. Tak samo urodziny itp. Trzeba zawsze subtelnie kogoś przygotować, dać mu czas na oswojenie się. No jak można w Sylwestra. To zostawia uraz przecież.
Również teraz. Jak nie jesteś pewna i ciągle się kłócicie to czemu masz wychodzić za mąż? Fakt, że chyba po prostu macie taki styl bycia.. Mam takich znajomych, co przez 10 lat związku chyba 1000 razy się rozchodzili, no ale jeszcze sie nie hajtnęli. Daj sobie trochę czasu. Jak będzie Wam dalej na sobie zależeć to i tak będziecie razem. Np. on poczeka i wyjedzie później, albo po powrocie spokojnie weźmiecie ślub.
Dałam mu czas do koca roku na ustalenie pewnych szczegółów dotyczących naszej przyszłości w tych NIEMCZECH. I nie tylko tam, ogółem naszej przyszłości. On kończy pracę w tym samym czasie, kiedy ja będę kończyć studia, więc czas najwyższy się jakoś określić, prawda? Czas mijał, a on dalej nic nie wiedział. Chociaż wierci mi dziurę w brzuchu o ten wyjazd od xxx czasu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam - koniec roku to konie roku, mógł się tego spodziewać. To tak dla sprostowania, żeby nie było, że jestem sadystką ![]()
Teo.. no tak, myślę od tym już długo. I już chyba za długo. Z jednej strony szkoda tylu wspólnych fajnych chwil a z drugiej.. czuję, że sama siebie oszukuję. I jego. A z trzeciej... yy.. może po prostu wymyślam, co? ![]()
Merkantylia napisał/a:Raz, że nie wbija się komuś noża w takiej sytuacji. Tak samo urodziny itp. Trzeba zawsze subtelnie kogoś przygotować, dać mu czas na oswojenie się. No jak można w Sylwestra. To zostawia uraz przecież.
Również teraz. Jak nie jesteś pewna i ciągle się kłócicie to czemu masz wychodzić za mąż? Fakt, że chyba po prostu macie taki styl bycia.. Mam takich znajomych, co przez 10 lat związku chyba 1000 razy się rozchodzili, no ale jeszcze sie nie hajtnęli. Daj sobie trochę czasu. Jak będzie Wam dalej na sobie zależeć to i tak będziecie razem. Np. on poczeka i wyjedzie później, albo po powrocie spokojnie weźmiecie ślub.Dałam mu czas do koca roku na ustalenie pewnych szczegółów dotyczących naszej przyszłości w tych NIEMCZECH. I nie tylko tam, ogółem naszej przyszłości. On kończy pracę w tym samym czasie, kiedy ja będę kończyć studia, więc czas najwyższy się jakoś określić, prawda? Czas mijał, a on dalej nic nie wiedział. Chociaż wierci mi dziurę w brzuchu o ten wyjazd od xxx czasu. Jak powiedziałam, tak zrobiłam - koniec roku to konie roku, mógł się tego spodziewać. To tak dla sprostowania, żeby nie było, że jestem sadystką
Teo.. no tak, myślę od tym już długo. I już chyba za długo. Z jednej strony szkoda tylu wspólnych fajnych chwil a z drugiej.. czuję, że sama siebie oszukuję. I jego. A z trzeciej... yy.. może po prostu wymyślam, co?
Tak wymyślasz dziwne wymówki, żeby przy nim zostać niewiadomo dlaczego. Nie pasujecie do siebie, nie odpowiada Ci ten związek, wszystko jest na "nie", to po co się męczyć? Chyba że jesteś masochistką, to się męcz.
PROWOKACJA DLA TEO!!!!!!!
Ej.. jesteś tak bezpośrednia i tak walisz prawdę prosto z mostu (po Twojej odpowiedzi do mojego postu ciekawa byłam jka odpisujesz na inne tematy), że jeszcze bardziej mi wpój, że mam odejść od niego! Dobitnie, prooszę! ![]()
jesteś w moim wieku. Ja wychodzę za mąż za pół roku. Czy jesteśmy za młode na ślub? nie, ja czuję się w pełni dojrzała. Ale najważniejsze jest to że do szaleństwa KOCHAM swojego faceta. Ok, ma coś tam za uszami, ja też, kłócimy się niejednokrotnie tak że ojj.. ale przecież miłość jest ważniejsza. Więc teraz usiądź sobie z kubkiem czegoś gorącego do picia, weź kartkę, długopis i napisz na górze "ZA CO KOCHAM X?" i wypisz, za co go kochasz. Nie wierzę że w ciągu tylu lat Twoje uczucie do niego się zmieniło ot tak i jesteś z nim tylko z przyzwyczajenia. Może warto też coś zmienić w waszym związku - spotykacie się dokładnie tak jak my (tylko w weekendy) ale to nie znaczy że w ciągu tygodnia mamy siebie gdzieś. Zdarzają się nam też takie dni w których nawet nie mamy czasu odczytać czy napisać do siebie smsa. Ale w te weekendy spędzamy czas bardzo miło (nie tylko w łóżku).
I najważniejsze.. kłótnia - kłótnią.. ale nie gódźcie się w łóżku.. my kilka razy tak zrobiliśmy i na dobre nam to nie wyszło. A uwierz mi, nasze kłótnie czasem są potworne wręcz i zapewne gdybyśmy coś mieli w zasięgu ręki to jedno w drugie by tym czymś rzuciło. Ale staramy się zawsze później o tej kłótni rozmawiać i godzić się na zasadzie słownej. Nawet nie obiecankowej, bo bardziej staramy się zmienić wobec siebie niż obiecywać że tak więcej nie będzie.
Ja w was wierzę! ale najważniejsze byście wy uwierzyli w swój związek.
jesteś w moim wieku. Ja wychodzę za mąż za pół roku. Czy jesteśmy za młode na ślub? nie, ja czuję się w pełni dojrzała. Ale najważniejsze jest to że do szaleństwa KOCHAM swojego faceta. Ok, ma coś tam za uszami, ja też, kłócimy się niejednokrotnie tak że ojj.. ale przecież miłość jest ważniejsza. Więc teraz usiądź sobie z kubkiem czegoś gorącego do picia, weź kartkę, długopis i napisz na górze "ZA CO KOCHAM X?" i wypisz, za co go kochasz. Nie wierzę że w ciągu tylu lat Twoje uczucie do niego się zmieniło ot tak i jesteś z nim tylko z przyzwyczajenia. Może warto też coś zmienić w waszym związku - spotykacie się dokładnie tak jak my (tylko w weekendy) ale to nie znaczy że w ciągu tygodnia mamy siebie gdzieś. Zdarzają się nam też takie dni w których nawet nie mamy czasu odczytać czy napisać do siebie smsa. Ale w te weekendy spędzamy czas bardzo miło (nie tylko w łóżku).
I najważniejsze.. kłótnia - kłótnią.. ale nie gódźcie się w łóżku.. my kilka razy tak zrobiliśmy i na dobre nam to nie wyszło. A uwierz mi, nasze kłótnie czasem są potworne wręcz i zapewne gdybyśmy coś mieli w zasięgu ręki to jedno w drugie by tym czymś rzuciło. Ale staramy się zawsze później o tej kłótni rozmawiać i godzić się na zasadzie słownej. Nawet nie obiecankowej, bo bardziej staramy się zmienić wobec siebie niż obiecywać że tak więcej nie będzie.
Ja w was wierzę! ale najważniejsze byście wy uwierzyli w swój związek.
Pozwoliłam sobie przewertować archiwum Twoich wpisów i wyczytałam:
"A teraz jestem naprawdę szczęśliwą kobietą która za pół roku będzie przeszczęśliwą żoną
"
"Ale najważniejsze jest to że do szaleństwa KOCHAM swojego faceta."
"I absolutnie nie wynika ona [niechęć] z tego że coś się między nami popsuło czy wypaliło (powiedziałabym wręcz że jest idealnie!)"
"ja jestem w 5-cio letnim związku, za kilka miesięcy bierzemy ślub i powiem Ci że przynajmniej raz na 2-3 miesiące mam właśnie taki okres, w którym mam go dość, najlepiej jakby nie dzwonił, nie pisał, nie kontaktował się - po prostu mnie zostawił w spokoju. Ale jak już mi przejdzie (a przechodzi zazwyczaj samo i to po 2-3 dniach) to nie potrafię się od niego oderwać! chcę aby ciągle przy mnie był, ciągle z nim chcę rozmawiać."
Też chciałabym wierzyć w mój związek (bardzo Ci dziękuję za trzymanie kciuków), jednak obawiam się, że to już naprawdę się wypaliło. Nie odczuwam tego, co Ty. Nie wypowiadam się o nim dobrze (chociaż mam z tego powodu wyrzuty sumienia, bo to jednak naprawdę dobry chłopak), w żaden sposób mi nie imponuje - a wręcz czasem odrzuca. Nic nie załatwi, nigdzie nie pojedzie, liczy każdy grosz (on zarabia, ja utrzymuję się ze stypendium naukowego), jest wiecznie zmęczony, żyje już chyba tym całym wyjazdem do tych cholernych Niemiec. Nie widzieliśmy się teraz dwa tygodnie, bo byłam u rodziców. Teraz przyjechałam znów do miasta, w którym studiuję i naprawdę z musu go o tym poinformowałam, bo średnio chciałam, żeby przyjechał. Jednak przyjeżdża. Jutro. A ja co? Jakby miał przyjechać do mnie zwykły kolega, zero wyższych uczuć..
Kurczę, przeczytałam raz jeszcze to, co sama przed chwilą napisałam i.. chyba mam odpowiedź. MIMO TO ciężko odejść, bo.. co dalej?
Chryste, jaki człowiek jest jednak interesowny.. gorzej niż pies ogrodnika -.-
Ja mam podobne odczucia co do mojego związku. Co prawda nie planujemy ślubu, ale On czasem coś przebąkuje o małżeństwie. Jakbym miała wypisać na kartce za co kocham X, to ekhm chyba nie miałabym czego napisać. Jeszcze niedawno wymieniłabym pewnie poczucie humoru, ale obecnie jego żarty bardziej mnie irytują niż śmieszą. Kiedyś czekałam na każde spotkanie, a teraz - czekam na każdy dzień, kiedy wiem, że się nie spotkamy i nie będę musiała znów siedzieć z nim w domu, nudzić się i mechanicznie iść do łóżka. I tak jak dla Ciebie, mógłyby być dla mnie zwykłym kolegą.
Wiesz co? Jak słucham koleżanek, jak pięknie się wypowiadają o swoich facetach, jak zachwalają związki, widać tą radość w oczach, to dochodzę do wniosku, że tak powinien wyglądać związek a nie unikanie spotkań, krytykowanie w obecności innych itp...Nawet na forum jak się poczyta wypowiedzi zadowolonych, zakochanych osób, to widać różnicę w myśleniu, w postrzeganiu partnera...
Ja mam podobne odczucia co do mojego związku. Co prawda nie planujemy ślubu, ale On czasem coś przebąkuje o małżeństwie. Jakbym miała wypisać na kartce za co kocham X, to ekhm chyba nie miałabym czego napisać. Jeszcze niedawno wymieniłabym pewnie poczucie humoru, ale obecnie jego żarty bardziej mnie irytują niż śmieszą. Kiedyś czekałam na każde spotkanie, a teraz - czekam na każdy dzień, kiedy wiem, że się nie spotkamy i nie będę musiała znów siedzieć z nim w domu, nudzić się i mechanicznie iść do łóżka. I tak jak dla Ciebie, mógłyby być dla mnie zwykłym kolegą.
Wiesz co? Jak słucham koleżanek, jak pięknie się wypowiadają o swoich facetach, jak zachwalają związki, widać tą radość w oczach, to dochodzę do wniosku, że tak powinien wyglądać związek a nie unikanie spotkań, krytykowanie w obecności innych itp...Nawet na forum jak się poczyta wypowiedzi zadowolonych, zakochanych osób, to widać różnicę w myśleniu, w postrzeganiu partnera...
Mam IDENTYCZNIE. Słucham moich koleżanek / obcych kobiet / rozmów rozemocjonowanych dziewczyn w autobusie i w głowę zachodzę. Czy ja nie mam wyższych uczuć czy naprawdę to nie jest ten człowiek? Zauważyłam, że bardziej wszystko polega na delikatnym wbijaniu sobie nawzajem szpilek.. Hmm.. jakby to określić... Zamiast troski o drugą osobę jest jakaś taka.. irracjonalna potrzeba postawienia na swoim. On mi zabroni jechać na imprezę nie dlatego, że się martwi jak wrócę czy coś mi się stanie, ale dlatego, że NIE. Tak samo ze mną.. NIE, bo NIE, a nie dlatego, że mi zależy. Chore.
Martka88.
A tak btw.. co zamierzasz z tym fantem zrobić? Dalej chcesz tkwić w takim maraźmie czy jednak zaczniesz działać? Jakiś pomysł?
Też chciałabym wierzyć w mój związek (bardzo Ci dziękuję za trzymanie kciuków), jednak obawiam się, że to już naprawdę się wypaliło. Nie odczuwam tego, co Ty. Nie wypowiadam się o nim dobrze (chociaż mam z tego powodu wyrzuty sumienia, bo to jednak naprawdę dobry chłopak), w żaden sposób mi nie imponuje - a wręcz czasem odrzuca. Nic nie załatwi, nigdzie nie pojedzie, liczy każdy grosz (on zarabia, ja utrzymuję się ze stypendium naukowego), jest wiecznie zmęczony, żyje już chyba tym całym wyjazdem do tych cholernych Niemiec. Nie widzieliśmy się teraz dwa tygodnie, bo byłam u rodziców. Teraz przyjechałam znów do miasta, w którym studiuję i naprawdę z musu go o tym poinformowałam, bo średnio chciałam, żeby przyjechał. Jednak przyjeżdża. Jutro. A ja co? Jakby miał przyjechać do mnie zwykły kolega, zero wyższych uczuć..
Kurczę, przeczytałam raz jeszcze to, co sama przed chwilą napisałam i.. chyba mam odpowiedź. MIMO TO ciężko odejść, bo.. co dalej?
Chryste, jaki człowiek jest jednak interesowny.. gorzej niż pies ogrodnika -.-
to wszystko, co jest między wami, nie zależy TYLKO od Ciebie i nie TYLKO od niego. Musicie obydwoje jakoś dojść do kompromisu. Zmuście się kiedyś do takiej naprawdę szczerej rozmowy. Powiedzcie sobie co was boli, co wam się nie podoba. Może ten wyjazd do Niemiec nie jest dla Ciebie idealny i go nie chcesz - więc powiedz mu o tym. I poproś jednocześnie, żeby nie brał Cię na litość i złość (że on nie da sobie rady bez Ciebie, że jesteś dla niego wszystkim i musisz z nim wyjechać, że robisz mu na złość, że to Ty wszystko psujesz). Po prostu niech to będzie najpierw jednego, a potem drugiego z was monolog do tej drugiej osoby. Bo inaczej nic nie załatwicie. Jeśli macie się rozstać to to zrobicie, ale najpierw wyjaśnijcie sobie to wszystko bo w was to siedzi.
Napisałaś że Ci nie imponuje a wręcz odrzuca - wiesz, prawda jest taka że mnie po 5 latach też mój facet jakoś super nie imponuje. Czasem oczywiście są momenty w których gdzieś tam w głowie mi zaświta że "właśnie za to cię kocham!". Ale tak naprawdę prócz miłości to przez te 5 lat jakoś tak wpadliśmy w trans w którym nie staramy się aż tak bardzo jak na początku wywierać na siebie wzajemnie jakiegoś super wrażenia.
Jeśli chodzi o załatwianie - prawda jest taka że ja załatwianie czegokolwiek zrzucam na mojego faceta. On jest bardziej doświadczony w załatwianiu spraw urzędowych (i nie tylko). A jeżeli mówisz o skąpstwie (bo z Twojej wypowiedzi to wynika) to wydaje mi się że jemu jest tak wygodnie - nigdzie nie pójdziecie to i on nie wyda kasy. Ale nie można sobie wszystkiego odmawiać
a jak długo to w ogóle trwa? tzn. ten stan w którym obecnie jesteście?
introspect napisał/a:Też chciałabym wierzyć w mój związek (bardzo Ci dziękuję za trzymanie kciuków), jednak obawiam się, że to już naprawdę się wypaliło. Nie odczuwam tego, co Ty. Nie wypowiadam się o nim dobrze (chociaż mam z tego powodu wyrzuty sumienia, bo to jednak naprawdę dobry chłopak), w żaden sposób mi nie imponuje - a wręcz czasem odrzuca. Nic nie załatwi, nigdzie nie pojedzie, liczy każdy grosz (on zarabia, ja utrzymuję się ze stypendium naukowego), jest wiecznie zmęczony, żyje już chyba tym całym wyjazdem do tych cholernych Niemiec. Nie widzieliśmy się teraz dwa tygodnie, bo byłam u rodziców. Teraz przyjechałam znów do miasta, w którym studiuję i naprawdę z musu go o tym poinformowałam, bo średnio chciałam, żeby przyjechał. Jednak przyjeżdża. Jutro. A ja co? Jakby miał przyjechać do mnie zwykły kolega, zero wyższych uczuć..
Kurczę, przeczytałam raz jeszcze to, co sama przed chwilą napisałam i.. chyba mam odpowiedź. MIMO TO ciężko odejść, bo.. co dalej?
Chryste, jaki człowiek jest jednak interesowny.. gorzej niż pies ogrodnika -.-to wszystko, co jest między wami, nie zależy TYLKO od Ciebie i nie TYLKO od niego. Musicie obydwoje jakoś dojść do kompromisu. Zmuście się kiedyś do takiej naprawdę szczerej rozmowy. Powiedzcie sobie co was boli, co wam się nie podoba. Może ten wyjazd do Niemiec nie jest dla Ciebie idealny i go nie chcesz - więc powiedz mu o tym. I poproś jednocześnie, żeby nie brał Cię na litość i złość (że on nie da sobie rady bez Ciebie, że jesteś dla niego wszystkim i musisz z nim wyjechać, że robisz mu na złość, że to Ty wszystko psujesz). Po prostu niech to będzie najpierw jednego, a potem drugiego z was monolog do tej drugiej osoby. Bo inaczej nic nie załatwicie. Jeśli macie się rozstać to to zrobicie, ale najpierw wyjaśnijcie sobie to wszystko bo w was to siedzi.
Napisałaś że Ci nie imponuje a wręcz odrzuca - wiesz, prawda jest taka że mnie po 5 latach też mój facet jakoś super nie imponuje. Czasem oczywiście są momenty w których gdzieś tam w głowie mi zaświta że "właśnie za to cię kocham!". Ale tak naprawdę prócz miłości to przez te 5 lat jakoś tak wpadliśmy w trans w którym nie staramy się aż tak bardzo jak na początku wywierać na siebie wzajemnie jakiegoś super wrażenia.
Jeśli chodzi o załatwianie - prawda jest taka że ja załatwianie czegokolwiek zrzucam na mojego faceta. On jest bardziej doświadczony w załatwianiu spraw urzędowych (i nie tylko). A jeżeli mówisz o skąpstwie (bo z Twojej wypowiedzi to wynika) to wydaje mi się że jemu jest tak wygodnie - nigdzie nie pójdziecie to i on nie wyda kasy. Ale nie można sobie wszystkiego odmawiać
a jak długo to w ogóle trwa? tzn. ten stan w którym obecnie jesteście?
Powiem tak... jestem ogólnie bardzo szczerą osobą i zwykle to, co mi leży na wątrobie to zostaje zwerbalizowane. Tryliony razy zasiadaliśmy do rozmowy. To nie jest tak, że dusimy wszystko w sobie i czekamy, aż wszystko się skumuluje i obydwoje wybuchniemy. Tylko że to ja jestem inicjatorką tych rozmów, on - nigdy. On chce wyjechać z tego względu, że ma obywatelstwo, jego rodzina będzie tam z nim. A ja? Ja mam jechać, bo to jest dla mnie szansa. Owszem, byłam gotowa pojechać, bo może lepsze życie, może wtedy się dogadamy itp., itd. Jednak jak widzę, że on opiera się tylko na informacjach powielanych przez osoby trzecie - nic od siebie, sam o niczym się nie dowie jak rzeczywiście tam realia wyglądają i co mnie tam czeka - to automatycznie odechciewa mi się wszystkiego. To ja muszę węszyć, dzwonić do urzędów i dowiadywać się szczegółów. On ma obywatelstwo, więc jemu jest łatwiej. W ogóle nie bierze pod uwagę tego jakie jest moje miejsce w tym wszystkim. Czy tak zachowuje się człowiek, który pragnie dobra swojej kobiety? Poza tym boli mnie to, że w kwestiach jakichkolwiek wyjazdów, spędzania urlopów, wakacji czy w ogóle wyjść to JA jestem mózgiem wszystkiego. On czeka biernie na mannę z nieba i na moje działania. Będzie to będzie, nie - to spoko, posiedzimy w domu. Gdzie jest zaangażowanie w cokolwiek!? Mówi, że kocha, ryczał jak bóbr, kiedy mu oznajmiłam, że mam dość i najlepiej byłoby się rozstać, widać jak na mnie patrzy tuląc mnie do snu... To wszystko? A jeśli chodzi o finanse.. skoro teraz jest dusigroszem to co będzie, gdy jednak zdecyduję się na wyjazd z nim za granicę? W niczym mnie nie wesprze? Nie wiem nic już..
Taki stan trwa od.. hmm.. pół roku?
Rozmowy pomagają na chwilę. Mam dość.
ehh.. trudna sprawa..
a Ty tak naprawdę jesteś w stanie zostawić tutaj wszystko (rodzinę, przyjaciół, całe dotychczasowe życie) i wyjechać? Bo jeśli twierdzisz że coś się między wami wypaliło, to musisz teraz bardziej z perspektywy tego patrzeć, czy jesteś gotowa na całkowitą zmianę swojego życia przy boku człowieka który od jakiegoś czasu nie jest taki, jakim chciałabyś by był. Jest to bardzo trudna decyzja. Absolutnie nie rozpatruj tego wyjazdu pod względem "a może nam się uda dogadać" bo co jeśli tak nie będzie? co jeśli po 2-3 tygodniach będzie jeszcze gorzej niż teraz jest?
To że jest "leniwy" to akurat większość facetów tak ma. Jak ja zaproponuję spacer to oczywiście pada pytanie "Kochanie gdzie jedziemy?" także spokojnie, nie tylko ten Twój mężczyzna jest taki.
A próbowałaś mu wjeżdżać na ambicję? głupia sprawa - spacer. Niedziela, fajna pogoda, proponujesz spacer. A on "gdzie?" a Ty że to on jest facetem i ma wymyślić. Może oczywiście powiedzieć że nie wie gdzie i może zostaniecie w domu, wtedy możesz powiedzieć że skoro on nie chce być facetem w tym związku to Ty nim będziesz i idziemy do parku. Jest to w pewien sposób wjechanie na ambicje tylko nie wiem czy skuteczne. Na mojego to działa ale bardziej gdy mu się czegoś nie chce, to wtedy specjalnie ja to robię a on jakoś szybciuteńko to coś robi by nie wyjść na gorszego.
Czy on jest człowiekiem, który pragnie dobra swojej kobiety? Prawda jest taka że jeśli tak by nie było to on by w nosie miał to że go rzuciłaś, zostawiłby Cię i nie przejmował się w ogóle Tobą. A jednak widać że przechodzicie teraz taki okres "niestarania się o siebie". On swoje, Ty swoje. Jesteście dojrzałym związkiem i chyba to co teraz jest, wynika z takiej hmm... monotonii? on przywiązał się do swoich przyzwyczajeń na które mu pozwoliłaś przez te kilka lat, teraz Tobie one zaczęły przeszkadzać bo stałaś się dojrzalsza, patrzysz inaczej na świat - i macie konflikt.
Ale powtórzę to co napisałam post wcześniej - musicie to sobie wyjaśnić wszystko. A potem postanowić co dalej. I nie w emocjach - płaczu, krzyku, rozpaczy. Na spokojnie porozmawiać i WSPÓLNIE zdecydować co dalej. Powiedz mu o Twoich wszystkich negatywnych odczuciach co do wyjazdu.
16 2014-02-07 11:19:21 Ostatnio edytowany przez martka88 (2014-02-07 11:22:08)
martka88 napisał/a:Ja mam podobne odczucia co do mojego związku. Co prawda nie planujemy ślubu, ale On czasem coś przebąkuje o małżeństwie. Jakbym miała wypisać na kartce za co kocham X, to ekhm chyba nie miałabym czego napisać. Jeszcze niedawno wymieniłabym pewnie poczucie humoru, ale obecnie jego żarty bardziej mnie irytują niż śmieszą. Kiedyś czekałam na każde spotkanie, a teraz - czekam na każdy dzień, kiedy wiem, że się nie spotkamy i nie będę musiała znów siedzieć z nim w domu, nudzić się i mechanicznie iść do łóżka. I tak jak dla Ciebie, mógłyby być dla mnie zwykłym kolegą.
Wiesz co? Jak słucham koleżanek, jak pięknie się wypowiadają o swoich facetach, jak zachwalają związki, widać tą radość w oczach, to dochodzę do wniosku, że tak powinien wyglądać związek a nie unikanie spotkań, krytykowanie w obecności innych itp...Nawet na forum jak się poczyta wypowiedzi zadowolonych, zakochanych osób, to widać różnicę w myśleniu, w postrzeganiu partnera...
Mam IDENTYCZNIE. Słucham moich koleżanek / obcych kobiet / rozmów rozemocjonowanych dziewczyn w autobusie i w głowę zachodzę. Czy ja nie mam wyższych uczuć czy naprawdę to nie jest ten człowiek? Zauważyłam, że bardziej wszystko polega na delikatnym wbijaniu sobie nawzajem szpilek.. Hmm.. jakby to określić... Zamiast troski o drugą osobę jest jakaś taka.. irracjonalna potrzeba postawienia na swoim. On mi zabroni jechać na imprezę nie dlatego, że się martwi jak wrócę czy coś mi się stanie, ale dlatego, że NIE. Tak samo ze mną.. NIE, bo NIE, a nie dlatego, że mi zależy. Chore.
Hahah tych szpilek to już też sobie nawbijaliśmy duuużo
Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ten związek polega na robieniu sobie takich mini złośliwości, co podejrzewam jest walką o przewagę. Nie ma już partnerstwa, a o to chyba chodzi w związku? Z tymi imprezami mam podobnie, ale bardziej wynika to z jego zazdrości o mnie. Chorej zazdrości.
Co zamierzam z tym zrobić? Od dłuższego czasu planuję się rozstać, czasem jestem już naprawdę blisko, ale wtedy on zawsze coś wywęszy albo zaczynam mu mówić o swoich wątpliwościach i zmienia się! Zmienia się nagle we wspaniały, milutki ideał! Oczywiści tylko na chwilę:) Kiedyś były to dłuższe okresy, teraz się skróciły nawet do jednego dnia. Dlatego też coraz rzadziej podejmuję takie rozmowy, bo wg mnie nic nie dają. Osobiście uważam, że to nie ma sensu, generalnie to dłuższa historia, może toksyczny związek i uzależnienie, ogólnie mówiąc - myślę, że czas na to, aby każdy poszedł w swoją stronę.
Jeśli mam wyrazić swoje zdanie - nigdzie nie jedź, bo wrócisz z płaczem z tych Niemiec.
witam... nie wiem czy mam dalej walczyc o swoje maluzenstwo czy sie poddac i odejsc zlozyc pozew o rozwod tylko ze mamy 2 wspanialych dzieciaczkow ktore na tym wszystkim tylko cierpia czeste klutnie i wg brak szacunku do mnie zawsze ja przychodzie pierwsza wyciagam reke do zgody pisalam juz pozew o rozwod ale nie odwazylam sie do zlozyc nie pracuje jestem na utrzymaniu meza tak jak mnie taktuje pod czas klutnie doprowadza mnie do szalu placzu jestem z malej miejscowosci i rowniez mysle o tym co ludzie powiedza wiem ze to glupie ale.... jak mozecie to doradzcie prosze to wszystko jest w skrucie bardzo malym pisane
dodam ze juz nawet nie mamy o czym rozmawic ze soba nie jest tak jaki przed slubem a jestesmy po slubie prawie 6 lat o milosc powinno sie dbac a nawet nie uslyszalm przepraszam nigdy za wyzwiska itd.nie wiem czy jest o co juz walczyc hmmm:(
Martka88..
"Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ten związek polega na robieniu sobie takich mini złośliwości, co podejrzewam jest walką o przewagę. Nie ma już partnerstwa, a o to chyba chodzi w związku?" Właśnie.
Tak w ogóle to.. przed chwilą pojechał. Było dobrze, bo był. Jednak.. znów jesteśmy po kłótni. Ostrej. Powiedział, że jak będzie gotowy to kiedyś jeszcze się zobaczymy..
Czy tego właśnie chciałam?
Teraz nie wiem..
Agniesia..
Nie jestem dobrym doradcą. Jestem w nieformalnym związku, a już się nabawiłam nerwicy, a co dopiero doradzać w sprawach małżeństwa.
Jednak uważam, że zostanie z kimś 'bo dzieci' jest czystym przejawem masochizmu.
Hmm.. związek mój i mojego K. nigdy nie należał do najłatwiejszych.
Poznaliśmy się jak miałam etap dzikiego imprezowania (19 lat, a teraz mam 23), ale od tamtej pory bardzo się oboje zmieniliśmy i po prostu nie wiem, czy zostało cokolwiek z dawnego uczucia czy jesteśmy razem, bo się do tego przyzwyczailiśmy. Widujemy się w weekendy.. to wszystko jest takie sztywne.. takie ustalone, takie przewidywalne. Owszem, jest fajnie ale TYLKO WTEDY kiedy widzimy się przez te dwa dni w tygodniu. Nie ma jakiejś tęsknoty, gdy nie widzimy się dłużej, a są wieczne pretensje o nic. Od samego początku trwania naszego związku okresy dobroci przeplatają się z karkołomnymi awanturami. Jednak dwa miesiące temu zaczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki. Poszło to o tyle daleko, że sprawa nie dotyczy już tylko nas, ale również naszych rodzin. Za każdym razem godzimy się w łóżku, obiecujemy sobie złote góry. Ja - że utemperuję mój choleryczny charakter, on - że zacznie być prawdziwym facetem, a nie 'pipką' w spodniach. Jednak.. ile można słuchać notorycznie o tym samym i wiecznie łudzić się, że w końcu dojdziemy ze sobą do ładu? Skoro tyle lat jesteśmy razem i do tej pory nie okiełznaliśmy siebie to.. czy jest sens dalej w tym tkwić? W życiu nie byłam tak stanowcza tego, że to koniec jak w sylwestra. Fajerwerki, atmosfera miłości i życzeń, a ja.. odwracam się i mówię, że to koniec, że mam dosyć, że nie stworzymy nie wspólnie. Widzę jego łzy, jego błagania.. Jestem nieugięta. Przez parę dni. Później daję się przekonać.. DLACZEGO? Bo go kocham? Czy boję się zmian!? Nie wiem.
Na dodatek ON planuje wyjechać do Niemiec. JA mam jechać z nim. Jako ŻONA. Nie pytajcie, ze względów prawnych żeby wyjechać musimy wziąć ślub.. I.. czy gdybym wiedziała, że to ten właściwy facet miałabym aż TAKIE WĄTPLIWOŚCI co do ślubu? To nawet nie są wątpliwości.. to jest paniczny, paraliżujący strach. A jak zaczynam sobie analizować wspomniane dwa miesiące to już w ogóle mam ochotę uciekać jak najdalej. Nie wiem sama co zrobić.. Miała któraś z Was podobną sytuację? Takie wahania?
W dzisiejszych czasach,aby razem wyjechać na Zachód,nie trzeba mieć ślubu.Wystarczy się spakować i wyjeżdża się. Ale skoro tutaj nie możecie dojść do porozumienia,to wcale lepiej na Zachodzie,przed ślubem,czy też po ślubie - nie będzie. A to, że on płacze i przyrzeka poprawę, zresztą też coś obiecujesz - to wcale nie oznacza,że tak się stanie.Po co się więc gnębić,wspólnie męczyć, kiedy można żyć jako tako oddzielnie i bez żadnych zgrzytów.A jeśli wreszcie zatęsknicie za sobą,to będzie znak, że jednak jesteście sobie pisani. A jego wyjazd w pojedynkę - może okazać się najlepszym sprawdzianem.Może więc warto spróbować? W każdej chwili będziesz mogła do niego dojechać,bo przecież to nie Ameryka. ![]()
Tak w ogóle to.. przed chwilą pojechał. Było dobrze, bo był. Jednak.. znów jesteśmy po kłótni. Ostrej. Powiedział, że jak będzie gotowy to kiedyś jeszcze się zobaczymy..
Czy tego właśnie chciałam?
Teraz nie wiem..
Tak, jest dobrze - w miarę dobrze, bo on po prostu jest. Tylko, że teraz właściwie za każdym razem jak się widujemy o coś się pokłócimy. Kiedyś tak nie było, poza tym z tego co słyszę to w innych, szczęśliwych związkach tak się nie dzieje.
Czyli teraz już on się wkurzył i rozważa rozstanie, a ty wcale nie czujesz ulgi tak jak myślałaś wcześniej? Jak już wiesz, że on też jest w stanie odejść to jednak ci przykro (co nie oznacza, że zmieniłaś zdanie, ale jednak jakoś tak źle)?
Skąd ja to znam...Jeśli masz tak, to masz tak samo jak ja. Uważam, że to chora sytuacja i coś jest z nami nie tak ![]()
Podsumowanie miesiąca - 'coś z nami jest nie tak'.
Hahahaha.. no to chyba nawet nie wymaga komentarza ![]()
Taak.. tak bardzo chce odejść, że wydzwania upewniając się czy aby ja rozpaczam ![]()
Jesteśmy od siebie jakoś nienormalnie, niewytłumaczalnie uzależnieni. Tylko nie wiem czy wytrzymam nerwowo taką sinusoidę.
Jak to mówi moja babcia 'ze sobą źle, bez siebie jeszcze gorzej'.
I teraz nie wiem czy przejść nad tym do porządku dziennego czy iść za ciosem i posłuchać tych, którzy twierdzą, że nie ma sensu się męczyć.
Aaaaaaa dajcie spokój, wyjeżdżam na bezludną wyspę. ![]()
Też ostatnio doszłam do wniosku, że to coś w rodzaju uzależnienia. Ja tam już nie wytrzymuję nerwowo ![]()
kłótnia, kłótnia, kłótnia.. a może odrobina dobrej woli z obu stron i będzie dobrze?
uwierzcie mi, ja już tyle naprawdę ostrych kłótni przeszłam z moim obecnie już narzeczonym, że to aż dziwne jest że jesteśmy jeszcze razem. Ale trzeba tą nic porozumienia znaleźć i jakoś od nitki do kłębka się zebrać. Tylko że to działa w momencie, kiedy obie strony chcą. Jeśli Ty już się wypaliłaś i jesteś w pełni tego świadoma, że nie chcesz dalej w takim związku żyć, to akurat nie ma najmniejszego sensu by się zmuszać do bycia ze sobą. Natomiast jeżeli cokolwiek pozytywnego jeszcze was łączy, to naprawdę dobrze radzę - powalczcie! ale oboje! bo samemu nic się nie zdziała
kłótnia, kłótnia, kłótnia.. a może odrobina dobrej woli z obu stron i będzie dobrze?
uwierzcie mi, ja już tyle naprawdę ostrych kłótni przeszłam z moim obecnie już narzeczonym, że to aż dziwne jest że jesteśmy jeszcze razem. Ale trzeba tą nic porozumienia znaleźć i jakoś od nitki do kłębka się zebrać. Tylko że to działa w momencie, kiedy obie strony chcą. Jeśli Ty już się wypaliłaś i jesteś w pełni tego świadoma, że nie chcesz dalej w takim związku żyć, to akurat nie ma najmniejszego sensu by się zmuszać do bycia ze sobą. Natomiast jeżeli cokolwiek pozytywnego jeszcze was łączy, to naprawdę dobrze radzę - powalczcie! ale oboje! bo samemu nic się nie zdziała
Ostatnie zdanie mi się podoba ![]()
U mnie wszystko zależy od etapu. Jeszcze tydzień temu pisząc posty tutaj dałabym sobie rękę uciąć, że dojrzałam do rozstania. Bo to nie TO.
Teraz? Szkoda mi tego wszystkiego i jak napisałaś, jest jeszcze trochę (ba, nawet całkiem sporo) pozytywnych rzeczy, które trzymają nas ku sobie.
Moi rodzice zawsze mi wpajali, że zamiast wyrzucać, trzeba naprawiać. Naprawiamy tyyyle czasu, że już narzędzi brak. Jednak mam wrażenie, że chyba.. chcę widzieć, że nawet najmniejsza poprawa to sukces dla naszego związku. A wiesz co jest najlepsze?
Niby to my, kobiety, mamy szósty zmysł i wyczuwamy niewerbalne znaki.
A tu masz Ci los.. on sam mi powiedział, że wyczuwa zmianę moich uczuć co do niego i ŚNIŁO mu się, że spotkałam się z moim byłym (a to prawda! jednak zupełnie przypadkiem na mieście!) i widzi, że mam zamiar go kopnąć w dupę..
Szaleństwo na kółkach. Kto ogarnie uczucia?
to może warto serio zawalczyć?
ja też miałam taki bardzo burzliwy okres w związku, nie potrafiliśmy się dogadać, wszystko nam przeszkadzało, ale daliśmy radę. Bo mimo tego że bardzo się kłóciliśmy (i często) to jednak miłość była (i jest!) silniejsza. Ale tego muszą chcieć obydwie strony - i Ty i on. Sama naprawdę nie dasz rady. Tylko że teraz to już nie tylko szczere rozmowy - teraz to trzeba zacząć działać. I nie dawajcie sobie np. miesiąca na poprawę waszych stosunków bo tak naprawdę nie wiesz ile będzie potrzeba. Nie ograniczajcie się czasowo z tą poprawą. Po prostu postanowcie oboje zawalczyć!
to może warto serio zawalczyć?
ja też miałam taki bardzo burzliwy okres w związku, nie potrafiliśmy się dogadać, wszystko nam przeszkadzało, ale daliśmy radę. Bo mimo tego że bardzo się kłóciliśmy (i często) to jednak miłość była (i jest!) silniejsza. Ale tego muszą chcieć obydwie strony - i Ty i on. Sama naprawdę nie dasz rady. Tylko że teraz to już nie tylko szczere rozmowy - teraz to trzeba zacząć działać. I nie dawajcie sobie np. miesiąca na poprawę waszych stosunków bo tak naprawdę nie wiesz ile będzie potrzeba. Nie ograniczajcie się czasowo z tą poprawą. Po prostu postanowcie oboje zawalczyć!
Dziękuję Ci ![]()