Dręczy mnie ta myśl już od pewnego czasu.
Wiosną 2011 rozstałam się z chłopakiem po prawie trzyletnim związku. Nie zdradziłam go, nie poznałam nikogo nowego, po prostu nic do niego nie czułam. On mnie strasznie kochał i na pewno bardzo to przeżył, ale wydaje mi się, że byłam wobec niego fair. Nie zostawiłam uchylonej furtki, nie mówiłam, że może kiedyś, zamknęłam sprawę. Wtedy babcia mi powiedziała, że już nikogo sobie znajdę albo trafię na kogoś, przez kogo będę całe życie płakać (bo przecież ex był dla mnie taki dobry).
No i zaczęło się. Jakieś dwa miesiące po rozstaniu (2011r.) spotkałam chłopaka, którego znałam wcześniej, kiedyś nawet się w nim podkochiwałam. Dużo pisaliśmy, zaczęliśmy się spotykać. I co? Po kilku tygodniach sielanki wyjechał z kraju razem ze swoją byłą bez słowa wyjaśnienia. Pół roku lizałam rany, w końcu się jakoś ogarnęłam.
Rok 2012 - wakacje. Poznałam kolejnego chłopaka. Najpierw sielanka, wręcz bajka, a potem co? Okazało się, że ma dziewczynę, a ja (jak i pewnie kilka innych dziewczyn) jestem tylko rozrywką. Łudziłam się do wiosny 2013, że może coś z tego będzie, aż w końcu wzięłam się w garść i zamknęłam tę znajomość, mimo że bolało jak diabli.
Rok 2013 - wakacje. Poznałam fajnego chłopaka, który chyba nie chce się wiązać. Nasza znajomość pozostaje na płaszczyźnie smsowo-facebookowej, trwa do dzisiaj. Jednak to chyba tylko kolega.
Powiedzcie mi, czy te wszystkie niepowodzenia to rzeczywiście kara za to, że zostawiłam faceta? Czy może jakaś klątwa babci (nie wierzę w takie rzeczy)? Czy jakiś cholerny zbieg okoliczności?