Muszę się gdzieś wyżalić. Jestem w związku prawie 1,5 roku. Od roku mieliśmy się przeprowadzić na piętro, które przez 10 lat było zamieszkiwane przez lokatorów, którzy od października cały czas przedłużali swój pobyt. Czynsz (a raczej marne grosze za ten metraż) pobierała matka mojego chłopaka. Dostała ten dom po śmierci ojca a teraz my mamy mieszkać na piętrze a na parterze ma mieszkać siostra mojego chłopaka ze swoim chłopakiem. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby ten dom był w dobrym stanie. 1 września weszliśmy (wreszcie!) na górę a tam grzyb na ścianach większości pokoi, grzyb nawet na fugach w łazience. Podłoga do skuwania, w części pokoi parkiet do cyklinowania i czyszczenia, pęknięcia przez cały sufit, pęknięta na pół umywalka, kurz, syf etc. Wzięliśmy się do roboty, żeby to uprzątnąć a potem zastanowić się nad zakresem remontu i finansami. (Pragnę tu zauważyć, że wg matki mojego chłopaka mogliśmy OD RAZU TAM ZAMIESZKAĆ i powoli, etapami - czyt. całymi latami). Moja matka - architekt, jak zobaczyła zdjęcia lokalu to złapała się za głowę i powiedziała, że musimy nieco odświeżyć bo w takim syfie nie można żyć (przy czym widząc ogrom robót do wykonania wsparła mnie finansowo, tak samo moja babcia). Wg mojego chłopaka, ja miałam być odpowiedzialna za cały końcowy wygląd tego miejsca, bo on się na tym nie zna. Była jedna ekipa, nie spodobała się cenowo "teściom" (za drogo, wynaleźli niby taniej, choć nie mogli zrozumieć dlaczego my - humaniści, chcemy żeby ktoś nam robił remont takiego dobrego mieszkania w którym od razu można mieszkać + odważyliśmy się mieć swoje zdanie i nie malować wąskiej klatki schodowej). Ekipa "teścia" okazała się tez ciekawa, facet dużo gadał, mało kwot przedstawił, a że mam w rodzinie architekta i pracowałam w pewnym sensie w tej branży, to częściowo niezbyt do mnie trafiały jego słowa. Tym bardziej, gdy wspomniał, że on dopiero od października może zacząć. Moja matka wpadła na pomysł z tanią, sprawdzona ekipą i na nią się zdecydowaliśmy. "Teściowie" żyją w przekonaniu, że klatka schodowa ma być pomalowana (więc pewnie niedługo będzie dym). Wczoraj odwiedziła nas na górze "Teściowa" zaczęła pytać o wymianę drzwi wewnętrznych. Mój chłopak stwierdził, że mamy duże wydatki z doprowadzeniem tego syfu do jakiegokolwiek stanu, więc go nie stać. Jak ona chce, to może dać kasę na drzwi. "teściowa " stwierdziła, że ona tylko może pożyczyć i on ma sukcesywnie spłacać. Ba, wg niej musimy wymienić wszystkie drzwi (choć teraz wymieniamy 2) i najwyżej mamy składować, mieć wszystkie w tym samym odcieniu, typie etc. No i zaczął się dym, podczas którego wyraziłam własne zdanie. Dowiedziałam się, że ja się mogę konsultować, ale ja się nie znam i nic nie wiem (z ust osoby u której wątpliwe jest posiadanie matury jest to naprawdę zabawne). Ponadto okazało się, że wg niej mój chłopak jest jedynie lokatorem (a ona wymaga od nas wymiany drzwi, a za rok robienia instalacji gazowej).
Z jednej strony cały czas mu mówi, żeby się od niej wyprowadził, z drugiej, niby ma się wyprowadzić od razu tam na zwolnione przez lokatorów piętro i etapami robić remont, ale ona dorzuca coraz więcej rzeczy które on niby ma zrobić i to już (na szczęście mój chłopak się buntuje i nie boi wyrażać własnego zdania). Siostrze się za to żali, że on powinien zrobić jeden pokój i w jednym mieszkać a potem latami wykańczać inne, bo ona latami robiła u siebie (inna kwestia, że ze swoim mężem mieszkała 5m od domu który wykańczali...). I tu pojawia się jeszcze jedna niespójność, wg niej ja się nie znam na aranżacji wnętrz (rozumiem, że ona skończyła jakiś korespondencyjny kurs architektury wnętrz, krajobrazu etc?), ale jak wytłumaczyć to, że każde drzwi u niej w domu są inne, nie mówiąc o kontaktach, włącznikach, aranżacjach pomieszczeń, rozmieszczeniu pomieszczeń i okien (względem piętra wyższego), kolorystyce pomieszczeń... a plany budynku, który staramy się remontować nie istnieją?!
Jak przetrwać z babą, która jak pies ogrodnika sama nie weźmie ale i swojemu nie da, tylko stawia warunki nie dając żadnej pomocy? Ja już nie wiem co robić...