netkobietyWszystkie działy
Relacje z przyjaciółmi, relacje w rodzinie

Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna

5 odpowiedzi5 047 wyświetleńzałożony przez tefilya, 19.02.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » RELACJE Z PRZYJACIÓŁMI, RELACJE W RODZINIE » Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 6 ]

1

Temat: Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna

Jak już pisałam w innym wątku, w marcu będziemy z moim partnerem obchodzić 4 rocznicę naszego związku.
Mieszkamy ze sobą ponad 3 lata (3 lata i 2 miesiące).
Przeprowadzil się do mnie po 9 miesiącach związku, z domu rodzinnego oddalonego o 300 km od mojego miasta. Nie było to łatwe. Mój ukochany pochodzi ze wsi - jego rodzice mają duże gospodarstwo, jest co robić. Mama jest wręcz zakochana w roli i nie widzi nic poza nią. Klapki na oczach. Luby według jej planu mial się tam ożenić i tam zostać pomagając w pracach gospodarskich.
Dodatkowym problemem dla teściowej jest fakt, że jestem niepełnosprawna - poruszam się na wózku. Jest zła, że nie będę "panią rolnik", że zabrałam jej syna, i niestety jak jawnie mówi, wstydzi się mnie, chociaż moja choroba nie wpływa na mój wygląd, zachowanie czy inteligencję. Po prostu sobie siedzę na wózku - nic więcej, ale dla niej to duża wada...
Przez 3,5 roku naszego związku luby dążył do tego, aby cierpliwością i dobrocią przekonać mamę do nas, do mnie. Były wielokrotne awantury z jej strony, płacz, namawianie do powrotu. Raz nawet do mnie dzwoniła wybić mi z głowy swojego syna, przez poł h opowiadała o tym jak kochał swoją byłą, jak się jej oświadczał i życia poza nią nie widział. Twierdziła, że kochał tylko tamtą, a ze mną to tylko zauroczenie, że się pogubił. Dodać trzeba, że faktycznie był zaręczony, z wyznaczoną datą ślubu, ale sam zostawił tamtą kobietę. Powiedział, że się wypalił, ża zaręczyny były wymuszone przez nią i ich rodziny. Zakończył to zanim było za późno.
W każdym razie pomimo jęków i szlochów mamy on nadal tu jest i nie zamierza wracać. Wiem, że mnie kocha, w tym roku zamierza mi się oświadczyć. Jest nam ze sobą naprawdę dobrze.
We wrześniu, w końcu po tych 3,5 roku związku, mama pozwoliła mnie do siebie przywieźć. Pojechaliśmy na obiad. Było naprawdę miło. Wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło. Byłam szczęśliwa. Mama mnie wyprzytulała, wycałowała i popłakała się z tego wszystkiego. Myślałam, że to koniec tej okropnej sytuacji.
Miesiąc później wpadliśmy do nich na weekend. Też było cudownie. Spędziłam z mamą dużo czasu, rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się. Potem było wspólne Boże Narodzenie. Też było cudownie. Dostałam od niej prezent, cudowne życzenia. Pomagałam w kuchni - chciałam pokazać, że potrafię wiele rzeczy zrobić pomimo wózka, i wydawało mi się, że jej trochę zaimponowałam.

No i lipa...
Pod koniec stycznia mój kochany pojechał na weekend do rodzinnego domu. Już kiedy dzwonił do mnie stamtąd wyczułam, że coś jest nie tak. Po powrocie wyciągnęłam z niego o co chodzi. Myślałam, że powiedział mamie, że będziemy się zaręczać, żenić (bo jego młodsza siostra zaręczyła się w Święta, teraz temat jej ślubu jest na topie, uznałam więc, że to dobra okazja, aby mój luby oznajmił, że będzie i drugi ślub, żeby przygotować psychicznie mamę). Wiem, że po takiej wiadomości pewnie by znowu miala jakieś wątpliwości ale pewnie chwilowe - w końcu zaprosiła mnie na Święta, była taka miła.
Niestety nie chodzilo o to. Po wielu miesiącach mama wróciła do wersji awantury pt "kiedy wrócisz do domu, ona niszczy ci życie" oraz "czy na pewno pójdziecie na ślub kuzynki w czerwcu, bo ja się wstydzę twojej dziewczyny".
No i była awantura.
I jest mi teraz cholernie źle. Bo okazala się taka dwulicowa, podła.
Powiedziałam mu o tym, nie zaprzeczył.

Jemu też jest ciężko, i mówi, że kiedyś padnie na zawał, i tyle z tego będzie. Powiedział też, że ja i teściowa powinnyśmy sobie wyjaśnic co nam leży na sercach.
Odrzekłam, że nie, to nie nasza rola. Nie ma sensu abyśmy przerzucały się argumentami kto ma do niego większe prawa. To jego decyzja i to on musi uciszyć mamę. Skoro od 4 lat nie udało się przekonać jej cierpliwością, dobrocią, to pora powziąć inną drogę. Trochę mu wjechałam na ambicję bo powiedziałam, że skoro jest prawdziwym mężczyzną, i chce ze mną być, ożenić się, to powinien w końcu po męsku walnąć pięścią w stół, i powiedzieć jasno, że nie wróci, ożeni się ze mną i tu zostaje. Wiecie, ona widzi, że pomimo tego, że razem mieszkamy ponad 3 lata, to on nic w domu nie mówi, że planujemy się pobrać. No to myśli sobie, że pewnie on ma wątpliwości i może w końcu go urobi.
To wszystko powiedziałam jemu, milczał, słuchał jedynie, a wiem, że kiedy słucha i milczy to wiem, że mam rację.

A parę dni później mnie olśniło, że jednak było inaczej.
Przy kolacji luby powiedział, że mama nie dzwoni do niego od tygodnia i jest ciężko obrażona, ale on dzwonić nie zamierza.
I wtedy BUUUUM - mój mózg eksplodował - już wiem o co chodzi !!
Poskładałam wszystko do kupy i zgadza się.

Mój luby w ostatnich dniach daje różne - celowe i niecelowe sygnały, że wkrótce nastąpią zaręczyny. Myślę, że max to nasza rocznica po koniec marca.
Po powrocie z domu rodzinnego wystawił na sprzedaż nasze obecne auto bo zamierzamy kupić większe. Nie wiadomo kiedy obecne się sprzeda, ale jeśli sprzeda się zaraz, to nie wiemy kiedy znajdziemy jakieś nowe warte kupna, więc jest szansa, że do końca marca mój luby nie odwiedzi znów domu.
Ponadto mama nawet po jego przeprowadzce tutaj nigdy nie milczała tak długo, a teraz jest obraza na całego. Nawet nie dzwoni do opieprzyć, że on się do niej nie odzywa. On też ma ją gdzieś. Z domu ostatnio nie przywiózł nic, nawet jednego ziemniaka, a zawsze obładowywali mu samochód - nawet w najgorszym okresie - wiecie jak to powrót od rodziny ze wsi.
Jeszcze dodatkowo ukrywał to, że coś się wydarzyło, musiałam to z niego wyciągać, więc pod naciskiem powiedział, że mama wróciła do starej wersji wydarzeń co było naprawdę dziwne, że tak jej nagle znowu odbiło.

No i olśniło mnie - on jednak powiedział w domu, że będzie się zaręczał i żenił. Stąd awantura, stąd teraz milczenie. Zakomunikował swoje plany i mama wie, że poległa.

Strasznie mi z tym wszystkim źle. Chciałabym zgody. Jak tam byłam naprawdę dobrze się czułam. A tu taki klops.
I smutno mi bo widzę, że i on cierpi sad

2

Odp: Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna
tefilya napisał/a:

Jak już pisałam w innym wątku, w marcu będziemy z moim partnerem obchodzić 4 rocznicę naszego związku.
Mieszkamy ze sobą ponad 3 lata (3 lata i 2 miesiące).
Przeprowadzil się do mnie po 9 miesiącach związku, z domu rodzinnego oddalonego o 300 km od mojego miasta. Nie było to łatwe. Mój ukochany pochodzi ze wsi - jego rodzice mają duże gospodarstwo, jest co robić. Mama jest wręcz zakochana w roli i nie widzi nic poza nią. Klapki na oczach. Luby według jej planu mial się tam ożenić i tam zostać pomagając w pracach gospodarskich.
Dodatkowym problemem dla teściowej jest fakt, że jestem niepełnosprawna - poruszam się na wózku. Jest zła, że nie będę "panią rolnik", że zabrałam jej syna, i niestety jak jawnie mówi, wstydzi się mnie, chociaż moja choroba nie wpływa na mój wygląd, zachowanie czy inteligencję. Po prostu sobie siedzę na wózku - nic więcej, ale dla niej to duża wada...
Przez 3,5 roku naszego związku luby dążył do tego, aby cierpliwością i dobrocią przekonać mamę do nas, do mnie. Były wielokrotne awantury z jej strony, płacz, namawianie do powrotu. Raz nawet do mnie dzwoniła wybić mi z głowy swojego syna, przez poł h opowiadała o tym jak kochał swoją byłą, jak się jej oświadczał i życia poza nią nie widział. Twierdziła, że kochał tylko tamtą, a ze mną to tylko zauroczenie, że się pogubił. Dodać trzeba, że faktycznie był zaręczony, z wyznaczoną datą ślubu, ale sam zostawił tamtą kobietę. Powiedział, że się wypalił, ża zaręczyny były wymuszone przez nią i ich rodziny. Zakończył to zanim było za późno.
W każdym razie pomimo jęków i szlochów mamy on nadal tu jest i nie zamierza wracać. Wiem, że mnie kocha, w tym roku zamierza mi się oświadczyć. Jest nam ze sobą naprawdę dobrze.
We wrześniu, w końcu po tych 3,5 roku związku, mama pozwoliła mnie do siebie przywieźć. Pojechaliśmy na obiad. Było naprawdę miło. Wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło. Byłam szczęśliwa. Mama mnie wyprzytulała, wycałowała i popłakała się z tego wszystkiego. Myślałam, że to koniec tej okropnej sytuacji.
Miesiąc później wpadliśmy do nich na weekend. Też było cudownie. Spędziłam z mamą dużo czasu, rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się. Potem było wspólne Boże Narodzenie. Też było cudownie. Dostałam od niej prezent, cudowne życzenia. Pomagałam w kuchni - chciałam pokazać, że potrafię wiele rzeczy zrobić pomimo wózka, i wydawało mi się, że jej trochę zaimponowałam.

No i lipa...
Pod koniec stycznia mój kochany pojechał na weekend do rodzinnego domu. Już kiedy dzwonił do mnie stamtąd wyczułam, że coś jest nie tak. Po powrocie wyciągnęłam z niego o co chodzi. Myślałam, że powiedział mamie, że będziemy się zaręczać, żenić (bo jego młodsza siostra zaręczyła się w Święta, teraz temat jej ślubu jest na topie, uznałam więc, że to dobra okazja, aby mój luby oznajmił, że będzie i drugi ślub, żeby przygotować psychicznie mamę). Wiem, że po takiej wiadomości pewnie by znowu miala jakieś wątpliwości ale pewnie chwilowe - w końcu zaprosiła mnie na Święta, była taka miła.
Niestety nie chodzilo o to. Po wielu miesiącach mama wróciła do wersji awantury pt "kiedy wrócisz do domu, ona niszczy ci życie" oraz "czy na pewno pójdziecie na ślub kuzynki w czerwcu, bo ja się wstydzę twojej dziewczyny".
No i była awantura.
I jest mi teraz cholernie źle. Bo okazala się taka dwulicowa, podła.
Powiedziałam mu o tym, nie zaprzeczył.

Jemu też jest ciężko, i mówi, że kiedyś padnie na zawał, i tyle z tego będzie. Powiedział też, że ja i teściowa powinnyśmy sobie wyjaśnic co nam leży na sercach.
Odrzekłam, że nie, to nie nasza rola. Nie ma sensu abyśmy przerzucały się argumentami kto ma do niego większe prawa. To jego decyzja i to on musi uciszyć mamę. Skoro od 4 lat nie udało się przekonać jej cierpliwością, dobrocią, to pora powziąć inną drogę. Trochę mu wjechałam na ambicję bo powiedziałam, że skoro jest prawdziwym mężczyzną, i chce ze mną być, ożenić się, to powinien w końcu po męsku walnąć pięścią w stół, i powiedzieć jasno, że nie wróci, ożeni się ze mną i tu zostaje. Wiecie, ona widzi, że pomimo tego, że razem mieszkamy ponad 3 lata, to on nic w domu nie mówi, że planujemy się pobrać. No to myśli sobie, że pewnie on ma wątpliwości i może w końcu go urobi.
To wszystko powiedziałam jemu, milczał, słuchał jedynie, a wiem, że kiedy słucha i milczy to wiem, że mam rację.

A parę dni później mnie olśniło, że jednak było inaczej.
Przy kolacji luby powiedział, że mama nie dzwoni do niego od tygodnia i jest ciężko obrażona, ale on dzwonić nie zamierza.
I wtedy BUUUUM - mój mózg eksplodował - już wiem o co chodzi !!
Poskładałam wszystko do kupy i zgadza się.

Mój luby w ostatnich dniach daje różne - celowe i niecelowe sygnały, że wkrótce nastąpią zaręczyny. Myślę, że max to nasza rocznica po koniec marca.
Po powrocie z domu rodzinnego wystawił na sprzedaż nasze obecne auto bo zamierzamy kupić większe. Nie wiadomo kiedy obecne się sprzeda, ale jeśli sprzeda się zaraz, to nie wiemy kiedy znajdziemy jakieś nowe warte kupna, więc jest szansa, że do końca marca mój luby nie odwiedzi znów domu.
Ponadto mama nawet po jego przeprowadzce tutaj nigdy nie milczała tak długo, a teraz jest obraza na całego. Nawet nie dzwoni do opieprzyć, że on się do niej nie odzywa. On też ma ją gdzieś. Z domu ostatnio nie przywiózł nic, nawet jednego ziemniaka, a zawsze obładowywali mu samochód - nawet w najgorszym okresie - wiecie jak to powrót od rodziny ze wsi.
Jeszcze dodatkowo ukrywał to, że coś się wydarzyło, musiałam to z niego wyciągać, więc pod naciskiem powiedział, że mama wróciła do starej wersji wydarzeń co było naprawdę dziwne, że tak jej nagle znowu odbiło.

No i olśniło mnie - on jednak powiedział w domu, że będzie się zaręczał i żenił. Stąd awantura, stąd teraz milczenie. Zakomunikował swoje plany i mama wie, że poległa.

Strasznie mi z tym wszystkim źle. Chciałabym zgody. Jak tam byłam naprawdę dobrze się czułam. A tu taki klops.
I smutno mi bo widzę, że i on cierpi sad

Współczuję sytuacji , ale doskonale wiem jak się czujesz bo ja mam podobną .
Tyle że moja teściowa przez 5 lat obrabiała mi tyłek, namawiała swojego syna by mnie zostawił , że jestem dla niego zła ... wszystkie wydarzenia interpretowała na moją niekorzyść .. teraz się śmieję że przypisywała mi nadludzkie siły smile skoro byłam w stanie robić to co mówiła ... gdy docierały do mnie newsy o jej teoriach, kilka razy próbowałam je z nią wyjaśnić , ale albo się wypierała... albo kłamała.
Finisz tego jest taki że ja od pół roku odcięłam się totalnie od rodziców partnera .
Uważam że to jedyne wyjście - to tacy ludzie i tyle .
Partner miał pretensje do mnie , ale zapytałam go czy chce żebym ja też uważała go za ograniczonego jak jego matka ???
no bo jak nazwać dorosłego chłopa któremu matka mówi co ma robić, z kim żyć ???? to tylko upośledzony.
M przyznał mi rację - wiem że powiedział matce - czy tak  głupim człowiekiem jest w jej  oczach ,  że traktuje go jak dziecko ?
czy źle mnie wychowałaś i nie wierzysz że sam potrafię dokonać dobrego wyboru ???

Między mną i teściową nic się nie zmieniło, ale mąż nie ma już pretensji na tym tle.

Wiesz , ja myślę tak - teściowe nie muszą skoro nie chcą akceptować synowych , tylko wtedy muszą zdać sobie sprawę że swym zachowaniem odciągają synów od siebie ..od rodziny .
Ja nigdy M nie odciągałam od matki - przed świętami bożego narodzenia w kłótni mi powiedział , że matka mówi że odciągam go od rodziny, bo święta spędzamy u moich rodziców (pierwszy raz od 6 lat !) .. więc pojechałam sama do moich rodziców , zostawiłam M pomimo jego protestów .
Spędził święta ze swoimi rodzicami.
I też było źle - bo go zostawiłam w święta samego !!!
W takich sytuacjach najważniejsza jest mimo wszystko postawa męża - bo to jego matka i to oni tracą najwięcej- syn matkę i matka syna... i nie daj sobie wmówić że to Ty coś komuś zabierasz , ograniczasz - to nie Ty masz ale do teściowej i chcesz by zniknęła.
jak to mówi moja teściowa .. dziś synowa ta ..jutro inna smile
Więc..teściowa też ..dziś ta jutro inna smile

3

Odp: Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna

Dzięki za wypowiedź.

Ja też powiedziałam lubemu, że nie będę tam więcej jeździć.
Pojadę jedynie na wesele tej kuzynki. Mam zamiar pokazać się całej rodzinie. Niech wiedzą.

Tylko że ja mam taki głupi charakter - z jednej strony mam ochotę ich olać. Z drugiej chciałabym żyć w zgodzie.
I nie wiem co robić.

4

Odp: Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna

Rozumiem Cię doskonale, że chciałabyś żyć w zgodzie i rodzinnej atmosferze ale... gołym okiem widać, że teściowa nigdy Cię nie zaakceptuje. Najprawdopodobniej ta kobieta,  na każdym możliwym kroku będzie Tobie demonstrowała swoją niechęć. Bardziej lub mniej ostentacyjnie. Mam jednak nadzieję, że jej błogosławieństwo dla Waszego związku nie jest Wam niezbędne. Wiem, że zdecydowanie milej byłoby zostać przyjętą z sympatią i otwartymi ramionami ale... tutaj nie ma sensu tego oczekiwać. Najprawdopodobniej w odczuciu "mamusi" zawsze będziesz tą, która "zmarnowała" życie jej synowi...
Smutne tylko, że matka dla której szczęście dziecka powinno być najważniejsze, nie potrafi zaakceptować wyboru syna... I ten tekst "czy na pewno pójdziecie na ślub kuzynki w czerwcu, bo ja się wstydzę twojej dziewczyny"... aż mnie zmroziło. Wyjątkowo ograniczona osoba... Przepraszam, bo może nie powinnam tak o niej pisać ale takie podejście do osób niepełnosprawnych zawsze budzi we mnie niechęć...
Mam nadzieję, że mimo wszystko będziecie razem szczęśliwi, nawet bez mamusi w tle smile

5

Odp: Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna

Odgrzewam wątek sad

28 marca zaręczyliśmy się. Na Święta pojechaliśmy do przyszłych teściów.
Sobota i niedziela były git. Oczywiście wszyscy mili, cudowni, mamusia koło mnie skakała, miodek na serce rozlewała. Wszyscy jak zwykle idealni.

A w poniedziałek wielkanocny wszyscy siedli do obiadu, łącznie z narzeczonym lubego siostry. Mama lubego nalała zupę do talerzy, siadła i luby stanął za mną no i oznajmił wszystkim nowinę. Wszyscy podnieśli głowę, uśmiechnęli się. Ucieszyła się tylko babcia. Gratuluję usłyszałam tylko od starszej siostry i jej przyszłego męża. Reszta się uśmiechnęła (prócz mamy) i wrócili do jedzenia. A mama siadła jak wryta i przez chyba 10 minut patrzyła przed siebie za okno. Potem powiedziała, że to dla niej za trudne i sobie poszła. Chwilę później wyszła młodsza siostra i tyle. Poszłam luby na osobności stwierdził, że dziś trzeba pogadać bo on chce mieć to za sobą. No i poszliśmy do pokoju czekać aż mamusia wróci. W międzyczasie luby poszedł do siostry, która płacząc stwierdziła, że miał wrócić do domu a teraz ona się dowiaduje takich rzeczy. A on nigdy nie mówił, że wróci, więc pewnie mamusia jej tak obiecała. W każdym razie powiedział jej że jest niesprawiedliwa i wyszedł.
Po jakimś czasie mamusia wróciła do pokoju i zostaliśmy sami ale nikt nie zaczynał rozmowy, więc powiedziałam lubemu, żeby poszedł spakować rzeczy i jak wyszedł do pokoju obok to ja zaczełam.
Myślałam, że będę rozżalona sytuacją ale byłam tak wkurzona...
Pytam się więc jej skąd ta reakcja, co jest takiego nie tak, że tak się zachowuje. Mówię jej że mam 2 nogi, 2 ręce, jestem inteligentna etc, nie ma powodu żeby się mnie bać, wstydzić czy cokolwiek. Ona na to że to trudna sytuacja dla niej itp. W każdym razie, z ciekawszych rzeczy, dowiedziałam się, że:
- luby powinien o mnie opowiedzieć od razu jak tylko pojechał do mnie pierwszy raz, a nie dopiero po 9 miesiącach kiedy wróciliśmy ze wspólnych wakacji. Nie dochodzi do niej, że kiedy jechał pierwszy raz naprawdę jechał do znajomej i ani jedno ani drugie nie myslało wtedy o związku. I że pokazał mnie dopiero po tych wakacjach bo wtedy podjęliśmy ostateczną decyzję o tym, że chcemy razem żyć
- według niej wszystko co robi powinno być z nia konsultowane i jej zdanie powinno być brane pod uwagę bo do rodziców trzeba mieć szacunek a on go nie ma bo nie robi tak jak oni chcą (dla niej szacunek i bezwględne posłuszeństwo to pojęcia równoważne)
- co ciekawe posłuszeństwo i szacunek to pojęcia równoważne tylko w przypadku lubego, bo jak zapytałam czy ona konsultowała swoje zamążpójście z rodzicami, albo czy starsza jej córka pytała jej czy może przyjąć zaręczyny, to wtedy padał argument że to inna sytuacja i żebym tego nie wyciągała
- że takie związki zdarzają się jeden na milion (chyba u niej na wsi) i ona tego nigdy nie zaakceptuje
- że luby nie liczy się z ich uczuciami, jest egoistą i samolubem i nie obchodzi go że oni cierpią - po zapytaniu czy ją obchodzi to, że gdyby mnie zostawił to on by cierpiał zapadło milczenie
- że UWAGA - przeze mnie oni się w domu kłócą bo odkąd luby się do mnie wyprowadził, to ona ma zły nastrój i to się odbija na jej mężu i córkach bo na nie krzyczy i to moja wina
- że moja mama jak tylko luby przyjechał do mnie pierwszy raz, powinna do niej zadzwonić, i przedstawić jej sytuację mojej choroby bo by wtedy wspólnie ustaliły jak to już na początku zniszczyć
- że ona wie jaki luby będzie miał ze mną żywot, bo opiekuje się od 4 lat swoją mamą i wie jak to jest (mama jest po wylewie i leży ciągle, jest obłożnie chora, trzeba ją myć, przewijać itp, do niej nie dochodzi, że tego nie trzeba ze mną robić, tak będzie już)
- a najlepsze było jak powiedziała, że dla niej to był związek koleżeński  ;]
więc ja jej na to, że ona chyba sama siebie oszukuje, bo dobrze wie, że wspólnie mieszkamy już prawie 3,5 roku, remontujemy razem mieszkanie, jeździmy na wakacje, kupiliśmy wspólnie auto za niemałą kwotę pieniędzy, i śpimy razem w jednym łózku, BA! Sama nas położyła w jednym łóżku i pod jedną kołdrą kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy na noc, a teraz wmawia sobie i nam że to związek koleżeński? Sama siebie oszukuje.
- dostałam zarzut powodowania cierpienia u tej młodszej siostry bo ona to przeżywa. Więc jej powiedziałam, że ja ją rozumiem, bo jak miałam 19-20 lat to też byłam zazdrosna o brata i to normalne. Mój brat nie mógł przyprowadzić żadnej dziewczyny do domu bo każda była wrogiem. Że wtedy brat jest wzorem pierwszego mężczyzny i to nawet podchodzi pod platoniczne zakochanie. I że jej to przejdzie tak jak przeszło mi.
I dowiedziałam się, że nigdy jej to nie przejdzie i będzie to nieszczęście nosić przeze mnie w sercu do końca życia

Było jeszcze pełno innych rzeczy...

W każdym razie skończyło się na tym, że powiedziałam jej, że ona już nic nie zmieni i najwyższa pora przekierować siły na zaakceptowanie sytuacji. Ona na to ze ona nigdy tego nie zaakceptuje, więc jej powiedziałam, że to jej problem, że ma ten problem w głowie i tylko tam on istnieje. Nas to nie interesuje bo i tak będziemy razem.

I pojechaliśmy do domu

Tydzien pozniej zadzwoniła lubego mama, pierwszy raz po wizycie. Oczywiście znów od nowa to samo.
Wszyscy w domu przez niego płaczą, nic nie robią, wielkie nieszczęście na nich sprowadził. Cała rodzina mu się dziwi, nie ma od nikogo poparcia, więc ma się spakować i natychmiast wracać..
Powiedział, że nie będzie tego znowu wysłuchiwał i odłożył słuchawkę

Teraz minął kolejny tydzień i cisza, ale za to luby chodzi struty. Rozumiem go, ale przez to nie możemy się cieszyć ani zaręczynami ani planowaniem ślubu. Wczoraj zapytałam dlaczego jest smutny. Dostałam odpowiedź, że nikt do  niego się nie odzywa. No to zaczęłam tłumaczyć, że to im tak szybko nie przejdzie, że mają ten problem w głowach i muszą się z tym uporać. Że nic złego nie robimy i że przecież się go nie wyrzekną, a on ciągle się tym martwi. Chciałam dobrze, a on wstał i podniesionym głosem powiedział "i będę się tym martwić". Poczułam się jak wróg.

Boję się, że ona to zniszczy sad

Mam tak wielkiego doła... Nie wiem co już robić

6

Odp: Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna
tefilya napisał/a:

Odgrzewam wątek sad

28 marca zaręczyliśmy się. Na Święta pojechaliśmy do przyszłych teściów.
Sobota i niedziela były git. Oczywiście wszyscy mili, cudowni, mamusia koło mnie skakała, miodek na serce rozlewała. Wszyscy jak zwykle idealni.

A w poniedziałek wielkanocny wszyscy siedli do obiadu, łącznie z narzeczonym lubego siostry. Mama lubego nalała zupę do talerzy, siadła i luby stanął za mną no i oznajmił wszystkim nowinę. Wszyscy podnieśli głowę, uśmiechnęli się. Ucieszyła się tylko babcia. Gratuluję usłyszałam tylko od starszej siostry i jej przyszłego męża. Reszta się uśmiechnęła (prócz mamy) i wrócili do jedzenia. A mama siadła jak wryta i przez chyba 10 minut patrzyła przed siebie za okno. Potem powiedziała, że to dla niej za trudne i sobie poszła. Chwilę później wyszła młodsza siostra i tyle. Poszłam luby na osobności stwierdził, że dziś trzeba pogadać bo on chce mieć to za sobą. No i poszliśmy do pokoju czekać aż mamusia wróci. W międzyczasie luby poszedł do siostry, która płacząc stwierdziła, że miał wrócić do domu a teraz ona się dowiaduje takich rzeczy. A on nigdy nie mówił, że wróci, więc pewnie mamusia jej tak obiecała. W każdym razie powiedział jej że jest niesprawiedliwa i wyszedł.
Po jakimś czasie mamusia wróciła do pokoju i zostaliśmy sami ale nikt nie zaczynał rozmowy, więc powiedziałam lubemu, żeby poszedł spakować rzeczy i jak wyszedł do pokoju obok to ja zaczełam.
Myślałam, że będę rozżalona sytuacją ale byłam tak wkurzona...
Pytam się więc jej skąd ta reakcja, co jest takiego nie tak, że tak się zachowuje. Mówię jej że mam 2 nogi, 2 ręce, jestem inteligentna etc, nie ma powodu żeby się mnie bać, wstydzić czy cokolwiek. Ona na to że to trudna sytuacja dla niej itp. W każdym razie, z ciekawszych rzeczy, dowiedziałam się, że:
- luby powinien o mnie opowiedzieć od razu jak tylko pojechał do mnie pierwszy raz, a nie dopiero po 9 miesiącach kiedy wróciliśmy ze wspólnych wakacji. Nie dochodzi do niej, że kiedy jechał pierwszy raz naprawdę jechał do znajomej i ani jedno ani drugie nie myslało wtedy o związku. I że pokazał mnie dopiero po tych wakacjach bo wtedy podjęliśmy ostateczną decyzję o tym, że chcemy razem żyć
- według niej wszystko co robi powinno być z nia konsultowane i jej zdanie powinno być brane pod uwagę bo do rodziców trzeba mieć szacunek a on go nie ma bo nie robi tak jak oni chcą (dla niej szacunek i bezwględne posłuszeństwo to pojęcia równoważne)
- co ciekawe posłuszeństwo i szacunek to pojęcia równoważne tylko w przypadku lubego, bo jak zapytałam czy ona konsultowała swoje zamążpójście z rodzicami, albo czy starsza jej córka pytała jej czy może przyjąć zaręczyny, to wtedy padał argument że to inna sytuacja i żebym tego nie wyciągała
- że takie związki zdarzają się jeden na milion (chyba u niej na wsi) i ona tego nigdy nie zaakceptuje
- że luby nie liczy się z ich uczuciami, jest egoistą i samolubem i nie obchodzi go że oni cierpią - po zapytaniu czy ją obchodzi to, że gdyby mnie zostawił to on by cierpiał zapadło milczenie
- że UWAGA - przeze mnie oni się w domu kłócą bo odkąd luby się do mnie wyprowadził, to ona ma zły nastrój i to się odbija na jej mężu i córkach bo na nie krzyczy i to moja wina
- że moja mama jak tylko luby przyjechał do mnie pierwszy raz, powinna do niej zadzwonić, i przedstawić jej sytuację mojej choroby bo by wtedy wspólnie ustaliły jak to już na początku zniszczyć
- że ona wie jaki luby będzie miał ze mną żywot, bo opiekuje się od 4 lat swoją mamą i wie jak to jest (mama jest po wylewie i leży ciągle, jest obłożnie chora, trzeba ją myć, przewijać itp, do niej nie dochodzi, że tego nie trzeba ze mną robić, tak będzie już)
- a najlepsze było jak powiedziała, że dla niej to był związek koleżeński  ;]
więc ja jej na to, że ona chyba sama siebie oszukuje, bo dobrze wie, że wspólnie mieszkamy już prawie 3,5 roku, remontujemy razem mieszkanie, jeździmy na wakacje, kupiliśmy wspólnie auto za niemałą kwotę pieniędzy, i śpimy razem w jednym łózku, BA! Sama nas położyła w jednym łóżku i pod jedną kołdrą kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy na noc, a teraz wmawia sobie i nam że to związek koleżeński? Sama siebie oszukuje.
- dostałam zarzut powodowania cierpienia u tej młodszej siostry bo ona to przeżywa. Więc jej powiedziałam, że ja ją rozumiem, bo jak miałam 19-20 lat to też byłam zazdrosna o brata i to normalne. Mój brat nie mógł przyprowadzić żadnej dziewczyny do domu bo każda była wrogiem. Że wtedy brat jest wzorem pierwszego mężczyzny i to nawet podchodzi pod platoniczne zakochanie. I że jej to przejdzie tak jak przeszło mi.
I dowiedziałam się, że nigdy jej to nie przejdzie i będzie to nieszczęście nosić przeze mnie w sercu do końca życia

Było jeszcze pełno innych rzeczy...

W każdym razie skończyło się na tym, że powiedziałam jej, że ona już nic nie zmieni i najwyższa pora przekierować siły na zaakceptowanie sytuacji. Ona na to ze ona nigdy tego nie zaakceptuje, więc jej powiedziałam, że to jej problem, że ma ten problem w głowie i tylko tam on istnieje. Nas to nie interesuje bo i tak będziemy razem.

I pojechaliśmy do domu

Tydzien pozniej zadzwoniła lubego mama, pierwszy raz po wizycie. Oczywiście znów od nowa to samo.
Wszyscy w domu przez niego płaczą, nic nie robią, wielkie nieszczęście na nich sprowadził. Cała rodzina mu się dziwi, nie ma od nikogo poparcia, więc ma się spakować i natychmiast wracać..
Powiedział, że nie będzie tego znowu wysłuchiwał i odłożył słuchawkę

Teraz minął kolejny tydzień i cisza, ale za to luby chodzi struty. Rozumiem go, ale przez to nie możemy się cieszyć ani zaręczynami ani planowaniem ślubu. Wczoraj zapytałam dlaczego jest smutny. Dostałam odpowiedź, że nikt do  niego się nie odzywa. No to zaczęłam tłumaczyć, że to im tak szybko nie przejdzie, że mają ten problem w głowach i muszą się z tym uporać. Że nic złego nie robimy i że przecież się go nie wyrzekną, a on ciągle się tym martwi. Chciałam dobrze, a on wstał i podniesionym głosem powiedział "i będę się tym martwić". Poczułam się jak wróg.

Boję się, że ona to zniszczy sad

Mam tak wielkiego doła... Nie wiem co już robić

Nie wiem czy jesteście religijni, czy rodzina narzeczonego taka jest . Ale nawet w biblii napisano że mężczyzna bierze kobietę i od teraz stanowią jedność .. potem dzieci, rodzice  i dalsza rodzina .
To tak na wstępie. Jeśli narzeczony nie potrafi rozwiązać tej sytuacji to będzie źle ... każda kłótnia a on już będzie myślał " że matka ma rację ".
Co byś nie robiła żeby było dobrze tak naprawdę nie masz wpływu... prędzej czy później dojdziecie do muru pod którym narzeczony będzie musiał wybrać - Ciebie lub mamusię ..to mogą być różne sytuacje.
Aby było dobrze to narzeczony musi być przekonany o słuszności swojego wyboru i spokojnie bez emocji przyjmować zachowanie matki , mówiąc że to moja przyszła żona i wymagam szacunku, jeśli nie akceptujecie mojego wyboru sprawiacie mi tym ból.
Moja znajoma miała podobnie jak Ty , zerwała zaręczyny bo powiedziała że ona nie może znieść cierpienia narzeczonego z powodu tej sytuacji. Że ona nie chce by on musiał kiedykolwiek wybierać miedzy nią a matką , bo matkę się ma tylko jedną .
I to ona wybiera za niego - zrywając zaręczyny i związek.
Po tygodniu chłopak przyjechał z bukietem i matką do jej domu.
Zagroził matce że albo zaakceptuje jego przyszłą żonę albo straci syna i przyszłe wnuki , których nigdy nie zobaczy. .. pomogło .
Nie słyszałam by koleżanka narzekała na teściową .

Posty [ 6 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » RELACJE Z PRZYJACIÓŁMI, RELACJE W RODZINIE » Przyszła teściowa nie akceptuje mnie bo jestem niepełnosprawna

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026