Jak już pisałam w innym wątku, w marcu będziemy z moim partnerem obchodzić 4 rocznicę naszego związku.
Mieszkamy ze sobą ponad 3 lata (3 lata i 2 miesiące).
Przeprowadzil się do mnie po 9 miesiącach związku, z domu rodzinnego oddalonego o 300 km od mojego miasta. Nie było to łatwe. Mój ukochany pochodzi ze wsi - jego rodzice mają duże gospodarstwo, jest co robić. Mama jest wręcz zakochana w roli i nie widzi nic poza nią. Klapki na oczach. Luby według jej planu mial się tam ożenić i tam zostać pomagając w pracach gospodarskich.
Dodatkowym problemem dla teściowej jest fakt, że jestem niepełnosprawna - poruszam się na wózku. Jest zła, że nie będę "panią rolnik", że zabrałam jej syna, i niestety jak jawnie mówi, wstydzi się mnie, chociaż moja choroba nie wpływa na mój wygląd, zachowanie czy inteligencję. Po prostu sobie siedzę na wózku - nic więcej, ale dla niej to duża wada...
Przez 3,5 roku naszego związku luby dążył do tego, aby cierpliwością i dobrocią przekonać mamę do nas, do mnie. Były wielokrotne awantury z jej strony, płacz, namawianie do powrotu. Raz nawet do mnie dzwoniła wybić mi z głowy swojego syna, przez poł h opowiadała o tym jak kochał swoją byłą, jak się jej oświadczał i życia poza nią nie widział. Twierdziła, że kochał tylko tamtą, a ze mną to tylko zauroczenie, że się pogubił. Dodać trzeba, że faktycznie był zaręczony, z wyznaczoną datą ślubu, ale sam zostawił tamtą kobietę. Powiedział, że się wypalił, ża zaręczyny były wymuszone przez nią i ich rodziny. Zakończył to zanim było za późno.
W każdym razie pomimo jęków i szlochów mamy on nadal tu jest i nie zamierza wracać. Wiem, że mnie kocha, w tym roku zamierza mi się oświadczyć. Jest nam ze sobą naprawdę dobrze.
We wrześniu, w końcu po tych 3,5 roku związku, mama pozwoliła mnie do siebie przywieźć. Pojechaliśmy na obiad. Było naprawdę miło. Wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło. Byłam szczęśliwa. Mama mnie wyprzytulała, wycałowała i popłakała się z tego wszystkiego. Myślałam, że to koniec tej okropnej sytuacji.
Miesiąc później wpadliśmy do nich na weekend. Też było cudownie. Spędziłam z mamą dużo czasu, rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się. Potem było wspólne Boże Narodzenie. Też było cudownie. Dostałam od niej prezent, cudowne życzenia. Pomagałam w kuchni - chciałam pokazać, że potrafię wiele rzeczy zrobić pomimo wózka, i wydawało mi się, że jej trochę zaimponowałam.
No i lipa...
Pod koniec stycznia mój kochany pojechał na weekend do rodzinnego domu. Już kiedy dzwonił do mnie stamtąd wyczułam, że coś jest nie tak. Po powrocie wyciągnęłam z niego o co chodzi. Myślałam, że powiedział mamie, że będziemy się zaręczać, żenić (bo jego młodsza siostra zaręczyła się w Święta, teraz temat jej ślubu jest na topie, uznałam więc, że to dobra okazja, aby mój luby oznajmił, że będzie i drugi ślub, żeby przygotować psychicznie mamę). Wiem, że po takiej wiadomości pewnie by znowu miala jakieś wątpliwości ale pewnie chwilowe - w końcu zaprosiła mnie na Święta, była taka miła.
Niestety nie chodzilo o to. Po wielu miesiącach mama wróciła do wersji awantury pt "kiedy wrócisz do domu, ona niszczy ci życie" oraz "czy na pewno pójdziecie na ślub kuzynki w czerwcu, bo ja się wstydzę twojej dziewczyny".
No i była awantura.
I jest mi teraz cholernie źle. Bo okazala się taka dwulicowa, podła.
Powiedziałam mu o tym, nie zaprzeczył.
Jemu też jest ciężko, i mówi, że kiedyś padnie na zawał, i tyle z tego będzie. Powiedział też, że ja i teściowa powinnyśmy sobie wyjaśnic co nam leży na sercach.
Odrzekłam, że nie, to nie nasza rola. Nie ma sensu abyśmy przerzucały się argumentami kto ma do niego większe prawa. To jego decyzja i to on musi uciszyć mamę. Skoro od 4 lat nie udało się przekonać jej cierpliwością, dobrocią, to pora powziąć inną drogę. Trochę mu wjechałam na ambicję bo powiedziałam, że skoro jest prawdziwym mężczyzną, i chce ze mną być, ożenić się, to powinien w końcu po męsku walnąć pięścią w stół, i powiedzieć jasno, że nie wróci, ożeni się ze mną i tu zostaje. Wiecie, ona widzi, że pomimo tego, że razem mieszkamy ponad 3 lata, to on nic w domu nie mówi, że planujemy się pobrać. No to myśli sobie, że pewnie on ma wątpliwości i może w końcu go urobi.
To wszystko powiedziałam jemu, milczał, słuchał jedynie, a wiem, że kiedy słucha i milczy to wiem, że mam rację.
A parę dni później mnie olśniło, że jednak było inaczej.
Przy kolacji luby powiedział, że mama nie dzwoni do niego od tygodnia i jest ciężko obrażona, ale on dzwonić nie zamierza.
I wtedy BUUUUM - mój mózg eksplodował - już wiem o co chodzi !!
Poskładałam wszystko do kupy i zgadza się.
Mój luby w ostatnich dniach daje różne - celowe i niecelowe sygnały, że wkrótce nastąpią zaręczyny. Myślę, że max to nasza rocznica po koniec marca.
Po powrocie z domu rodzinnego wystawił na sprzedaż nasze obecne auto bo zamierzamy kupić większe. Nie wiadomo kiedy obecne się sprzeda, ale jeśli sprzeda się zaraz, to nie wiemy kiedy znajdziemy jakieś nowe warte kupna, więc jest szansa, że do końca marca mój luby nie odwiedzi znów domu.
Ponadto mama nawet po jego przeprowadzce tutaj nigdy nie milczała tak długo, a teraz jest obraza na całego. Nawet nie dzwoni do opieprzyć, że on się do niej nie odzywa. On też ma ją gdzieś. Z domu ostatnio nie przywiózł nic, nawet jednego ziemniaka, a zawsze obładowywali mu samochód - nawet w najgorszym okresie - wiecie jak to powrót od rodziny ze wsi.
Jeszcze dodatkowo ukrywał to, że coś się wydarzyło, musiałam to z niego wyciągać, więc pod naciskiem powiedział, że mama wróciła do starej wersji wydarzeń co było naprawdę dziwne, że tak jej nagle znowu odbiło.
No i olśniło mnie - on jednak powiedział w domu, że będzie się zaręczał i żenił. Stąd awantura, stąd teraz milczenie. Zakomunikował swoje plany i mama wie, że poległa.
Strasznie mi z tym wszystkim źle. Chciałabym zgody. Jak tam byłam naprawdę dobrze się czułam. A tu taki klops.
I smutno mi bo widzę, że i on cierpi ![]()