Kochane Kobietki . . .
Postanowiłam poprosić Was o radę, ponieważ sama nie jestem w stanie sobie poradzić ze swoimi emocjami.
Otóż, mam problem ze swoim związkiem, jak pewnie nietrudno się domyślić. Byliśmy razem 3 lata. Jak wszędzie raz było lepiej, raz gorzej, niestety jesteśmy dwiema skrajnie różnymi osobami i niestety każda kłótnia kończy się u nas rozstaniem albo " prawie rozstaniem " . Oczywiście potem jest powrót i wszystko zaczyna się od nowa. Problemy u nas głównie pochodzą stąd, że bardzo się różnimy. Ja jestem typową romantyczką, staram się, żeby on był szczęśliwy z całych sił. Prezenty, niespodzianki, wycieczki, romantyczne kolacje. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku, aby nie " zagłaskać kota na śmierć " . Aczkolwiek, miłość jest dla mnie bardzo ważna, staram się ją okazywać, nie wstydzę się swoich uczuć, chcę, żeby on czuł się kochany i żeby wiedział , że jest dla mnie najważniejszy. Niestety on jest moim przeciwieństwem. O każde słowo " kocham " muszę prosić, o każde przytulenie również, nie stara się już od dawna, chyba spowszedniał mu ten związek i moja osoba. Wiem, że kocha mnie na swój sposób bo jeżeli coś się dzieje to zawsze mi pomaga i mogę na niego liczyć ale dla mnie ten związek bardziej przypomina przyjaźń niż związek dwojga kochających się ludzi. Oczywiście wiem, że przyjaźń w związku jest bardzo ważna ale chyba musi być jeszcze coś ponad to. Kolejny problem jest taki, że jak się pokłócimy to nieważne czyja wina zawsze muszę przepraszać i brać winę na siebie , on uważa że wszystko to moja wina bo on jest nerwowy, ja o tym wiem i go prowokuje. Nie można zwrócić mu o nic uwagi, najlepiej nic się nie odzywać bo inaczej słyszę, że się czepiam. Czasami mam wrażenie , że chciałby słodkiej idiotki, która tylko ładnie się uśmiecha i nic nie odzywa, niczego nie wymaga. Kolejny problem - jestem osobą z zespołem DDA, jestem samodzielna, odcięłam się od przeszłości i dzieciństwa ale on wie przez co przeszłam i kiedy się kłócimy wykorzystuje to. Mówi np, że znów płaczę bo jestem strasznie słaba psychicznie, że jestem sama jak palec, nie mam rodziny. Wykańcza mnie psychicznie. Kocham go ale nie wiem czy potrafię być z kimś kto psychicznie się nade mną znęca i dodam, że po 3 latach związku nawet nie jest gotowy ze mną zamieszkać. Więc od razu nasuwa mi się myśl, czy kiedykolwiek będzie na to gotowy?
Nie wiem co mam robić, teraz od 2 tygodni nie jesteśmy razem, ponieważ pokłóciliśmy się, powiedział, żebym wyszła z jego domu bo go denerwuję więc zrobiłam to . Wyszłam i postanowiłam, że to koniec, już więcej się nie poniżę , nie będę prosić ani błagać. I nie zrobiłam tego. Za to on widzi chyba, że już nie będzie jak kiedyś i wypisuje mi , że mnie kocha, że wszystko da się naprawić. . .
Jak uważacie, czy jest szansa? Czy warto? Będę wdzięczna za wszelkie opinie, na pewno mi pomogą, targa mną milion sprzecznych emocji . . . .
Podobne tematy
Witam,
uważam, że nie ma szansy na powrót.
Tzn. szansa jest /jak dotychczas było u Was/, jednak to i tak skończy się jak zwykle.
Zbyt mocno się różnicie. Dwa inne światy, inne oczekiwania.
Znam bardzo podobną parę do Was i u nich jest to samo. Wieczne kłótnie, wymagania aby partner się zmienił /a to nie jest proste, co z pewnością zauważyłaś/, niesnaski. Do niczego dobrego to nie prowadzi. A życie w nadziei, że coś się zmieni to tylko oszukiwanie samej siebie. Wiem, że ciężko spojrzeć prawdzie w oczy ale tak to właśnie wygląda.
Po co chcesz zamieszkać z kimś, kto według Ciebie znęca się nad Tobą psychicznie?
Po co chcesz zamieszkać z kimś, kto według Ciebie znęca się nad Tobą psychicznie?
Pewnie dlatego, że człowiek zawsze się łudzi, że może będzie lepiej, że to cos zmieni.
No właśnie w tym tkwi problem, że wierzę, że on się zmieni. Przynajmniej zawsze to obiecuje.
No właśnie w tym tkwi problem, że wierzę, że on się zmieni. Przynajmniej zawsze to obiecuje.
Ile juz obiecuje?
Nie zauważyłaś, że kompletnie nie realizuje tych obietnic?
Jak długo będziesz się jeszcze oszukiwała?
Jakbym czytała własną historię.. u mnie dokładnie to samo, każde zwrócenie uwagi to dla niego "marudzenie", okazuje uczucia "materialnie" w sensie naprawi coś jak się popsuje, zabierze do restauracji.. ciągle słysze, że marudze i najeżdżam na niego, a chce tylko pokazać co mi się nie podoba, jego opinię na mój temat też chętnie przyjmę.. nie potrafi rozmawiać, jak sie pokłócimy to nie odzywa sie do mnie wcale, pisze, że nie ma ochoty na rozmowę ze mną, a ja jak głupia piszę i próbuje jakoś rozwiązać problem, w kółko to samo co jakiś czas. Już raz się rozstaliśmy, namawiałam i prosiłam byśmy spróbowali jeszcze raz, wrócił po jakimś czasie. Teraz wiem, ze już tego nie zrobie, chce odejść proszę bardzo! ale tym razem powrotu nie będzie, nie chce mnie to jego strata.. Polecam Ci też książkę "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" wiele ciekawych rzeczy można z niej wynieść... i pamiętaj ile jesteś warta!;)
Leila01 - Masz całkowitą rację, obiecuje tak już 3 lata. Być może problem tkwi w tym, że on po prostu taki jest i tego nie zmieni? A w miłości chyba nie chodzi o to, żeby kogoś zmieniać na siłę tylko akceptować takim jakim jest. . .
Jakbym czytała własną historię.. u mnie dokładnie to samo, każde zwrócenie uwagi to dla niego "marudzenie", okazuje uczucia "materialnie" w sensie naprawi coś jak się popsuje, zabierze do restauracji.. ciągle słysze, że marudze i najeżdżam na niego, a chce tylko pokazać co mi się nie podoba, jego opinię na mój temat też chętnie przyjmę.. nie potrafi rozmawiać, jak sie pokłócimy to nie odzywa sie do mnie wcale, pisze, że nie ma ochoty na rozmowę ze mną, a ja jak głupia piszę i próbuje jakoś rozwiązać problem, w kółko to samo co jakiś czas. Już raz się rozstaliśmy, namawiałam i prosiłam byśmy spróbowali jeszcze raz, wrócił po jakimś czasie. Teraz wiem, ze już tego nie zrobie, chce odejść proszę bardzo! ale tym razem powrotu nie będzie, nie chce mnie to jego strata.. Polecam Ci też książkę "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" wiele ciekawych rzeczy można z niej wynieść... i pamiętaj ile jesteś warta!;)
Czyli nie jestem sama z takim problemem - nie wiem czy to powód do radości czy wręcz przeciwnie
U mnie jest jeszcze troszkę inaczej . . .On nie zabiera mnie do restauracji, zawsze to ja zabierałam jego. Kiedyś powiedział mi, że może mnie zabrać jedynie do marketu na zakupy ![]()
Leila01 - Masz całkowitą rację, obiecuje tak już 3 lata. Być może problem tkwi w tym, że on po prostu taki jest i tego nie zmieni? A w miłości chyba nie chodzi o to, żeby kogoś zmieniać na siłę tylko akceptować takim jakim jest. . .
Uważasz, że psychiczne znęcanie się jest czymś, co powinno się akceptować?
Semper91 napisał/a:Leila01 - Masz całkowitą rację, obiecuje tak już 3 lata. Być może problem tkwi w tym, że on po prostu taki jest i tego nie zmieni? A w miłości chyba nie chodzi o to, żeby kogoś zmieniać na siłę tylko akceptować takim jakim jest. . .
Uważasz, że psychiczne znęcanie się jest czymś, co powinno się akceptować?
Oczywiście, że nie.
Aczkolwiek może powinien być z kimś na kim nie będzie mógł się znęcać ( w sensie kobieta bez żadnych przejść ).
Lub też kobieta, która sobie na to nie pozwoli. Ja niestety sobie pozwoliłam, bo jestem za miękka.
Choć teraz zaczynam dostrzegać, że kiedyś wcale taka nie byłam, to chyba on mi wmówił, że taka właśnie jestem a ja się temu podporządkowałam.
12 2013-08-30 13:04:54 Ostatnio edytowany przez Leila01 (2013-08-30 13:05:25)
Czyli nie jestem sama z takim problemem - nie wiem czy to powód do radości czy wręcz przeciwnie
U mnie jest jeszcze troszkę inaczej . . .On nie zabiera mnie do restauracji, zawsze to ja zabierałam jego. Kiedyś powiedział mi, że może mnie zabrać jedynie do marketu na zakupy
No szczyt romantyzmu ![]()
Nie szkoda Ci czasu będąc w takim "związku"?
Dobrze wiesz, że wcale tak okropnie być nie musi.
I w związku, oczywiście, nie można wymagać aby ktoś się zmieniał, poświęcał, ważny jest konsensus.
Zauważ, że nieprawdą jest, że przeciwieństwa się przyciągają /tak jest w waszym przypadku/, może i na początku. Potem to tylko wojna i zawsze jest ktoś pokrzywdzony.
ale z drugiej strony nie da sie znaleźć związku dwóch osób, które nigdy się nie kłócą i nie mają żadnych problemów. Zauważyłam na tym forum, że często są rady typu "odejdź od niego" "uciekaj jak najdalej" jakby nie było innych sposobów na rozwiazywanie problemów
ale z drugiej strony nie da sie znaleźć związku dwóch osób, które nigdy się nie kłócą i nie mają żadnych problemów. Zauważyłam na tym forum, że często są rady typu "odejdź od niego" "uciekaj jak najdalej" jakby nie było innych sposobów na rozwiazywanie problemów
Oczywiście, że rozstanie to nie najlepsze wyjście.
Ale ile czasu można starać się za dwoje? Próbować ratować, tłumaczyć , prosić . . . Podczas kiedy drugiej osobie najwyraźniej jest wszystko obojętne.
ale z drugiej strony nie da sie znaleźć związku dwóch osób, które nigdy się nie kłócą i nie mają żadnych problemów. Zauważyłam na tym forum, że często są rady typu "odejdź od niego" "uciekaj jak najdalej" jakby nie było innych sposobów na rozwiazywanie problemów
Oczywiście, że nie ma związków bez kłótni.
Dlaczego się kłócimy/chodzi mi o takie "logiczne" niesnaski/? Bo nie jesteśmy sobie obojętni.
Tak samo jest w rodzinie.
Dlaczego czasami drę koty z moimi siostrami? Dlatego, że chodzi mi o ich dobro etc.
Dlaczego zdarza mi się pokłócić z partnerem? Dlatego aby naszych relacji nie psuły jakieś niedopowiedzenia etc.
Ale jeżeli w związku stara się tylko jedna osoba, jeżeli dąży w pojedynkę do tego aby było dobrze, to jest na straconej pozycji. Brakuje zwyczajnie odbiorcy i chęci działania partnera.
Ileż można czekać...?
anima4545 napisał/a:ale z drugiej strony nie da sie znaleźć związku dwóch osób, które nigdy się nie kłócą i nie mają żadnych problemów. Zauważyłam na tym forum, że często są rady typu "odejdź od niego" "uciekaj jak najdalej" jakby nie było innych sposobów na rozwiazywanie problemów
Oczywiście, że nie ma związków bez kłótni.
Dlaczego się kłócimy/chodzi mi o takie "logiczne" niesnaski/? Bo nie jesteśmy sobie obojętni.
Tak samo jest w rodzinie.
Dlaczego czasami drę koty z moimi siostrami? Dlatego, że chodzi mi o ich dobro etc.
Dlaczego zdarza mi się pokłócić z partnerem? Dlatego aby naszych relacji nie psuły jakieś niedopowiedzenia etc.Ale jeżeli w związku stara się tylko jedna osoba, jeżeli dąży w pojedynkę do tego aby było dobrze, to jest na straconej pozycji. Brakuje zwyczajnie odbiorcy i chęci działania partnera.
Ileż można czekać...?
Dokładnie tak. Przecież jeżeli zwracam mu uwagę to nie dlatego, że chcę się kłócić bo chyba nikt tego nie lubi. Tylko dlatego, że chcę aby było między nami dobrze. Przecież chyba nie chodzi o to, żebym udawała, że wszystko jest ok kiedy on mnie rani, prawda? A fakt jest taki, że nie tylko ja zwracam mu uwagę, nawet czasami robią to jego rodzice, kiedy widzą, że zachowuje się wobec mnie nie tak jak powinien.
Właśnie najgorsze z tego wszystkiego jest to, że kiedy notorycznie powtarza się, że coś jest nie tak, że ktoś prosi o chwilę rozmowy żeby wyjaśnić problem i słyszy się ciągle tą samą odpowiedź: "Przecież jest dobrze, nie ma problemu.....", to można dostać kota! No jak jest dobrze, skoro jedna ze stron próbuje właśnie powiedzieć, że nie jest wcale tak różowo.
Każdy jest na swój sposób egoistą, jednak sa pewne granice, zasady, które należy jednak uszanować, albo chociaż wysłuchać.
Naprawdę, Twoje problemy są praktycznie identyczne jak mojej znajomej. Od dwóch lat przeszło wysłuchuję takich dylematów. Przestałam w końcu jednak komentować bo widzę, że skutku to nie przynosi a ona jest kłębkiem nerwów. Ale sama, świadomie godzi się na takie życie.
Wczoraj jej powiedziałam, żeby przestała marudzić bo mam dosyć słuchania jej lamentów/brutalne/, i niech w takim razie zaakceptuje to co się dzieje, albo przejrzy na oczy i zrobi papa... A, ze tego nie zrobi/smutne/, to niech dalej cierpi. Jest dorosła.
Właśnie najgorsze z tego wszystkiego jest to, że kiedy notorycznie powtarza się, że coś jest nie tak, że ktoś prosi o chwilę rozmowy żeby wyjaśnić problem i słyszy się ciągle tą samą odpowiedź: "Przecież jest dobrze, nie ma problemu.....", to można dostać kota! No jak jest dobrze, skoro jedna ze stron próbuje właśnie powiedzieć, że nie jest wcale tak różowo.
Każdy jest na swój sposób egoistą, jednak sa pewne granice, zasady, które należy jednak uszanować, albo chociaż wysłuchać.Naprawdę, Twoje problemy są praktycznie identyczne jak mojej znajomej. Od dwóch lat przeszło wysłuchuję takich dylematów. Przestałam w końcu jednak komentować bo widzę, że skutku to nie przynosi a ona jest kłębkiem nerwów. Ale sama, świadomie godzi się na takie życie.
Wczoraj jej powiedziałam, żeby przestała marudzić bo mam dosyć słuchania jej lamentów/brutalne/, i niech w takim razie zaakceptuje to co się dzieje, albo przejrzy na oczy i zrobi papa... A, ze tego nie zrobi/smutne/, to niech dalej cierpi. Jest dorosła.
Wydaje mi się, że w pewnym stopniu rozumiem Twoją znajomą. Nie znam jej, nie wiem w jakiej jest sytuacja itp aczkolwiek wydaje mi się, że i w mojej i w jej sytuacji to jest jakiś stopień uzależnienia od tej drugiej osoby. Mój partner od początku wprost bądź bardziej podświadomie stara się wmawiać mi, że wszystko co złe na tym świecie to moja wina. Czasami w żartach ale to jednak w głowie zostaje. Jak już wcześniej pisałam mój dodatkowy problem to DDA, w domu też zawsze słyszałam, że wszystko to moja wina, że wszystko robię źle. Strasznie źle znoszę również krzyki. On o tym wie i niestety zamiast mnie wspierać to wykorzystuje to kiedy tylko coś jest nie po jego myśli. Wydaje mi się, że już do tego stopnia wmówił mi różne rzeczy , że podświadomie sądzę, że bez niego sobie nie poradzę, przecież jestem taka beznadziejna, że na pewno nikt inny mnie nie zechce, nie pokocha. . . U Twojej znajomej może być podobnie.
Leila01 napisał/a:Właśnie najgorsze z tego wszystkiego jest to, że kiedy notorycznie powtarza się, że coś jest nie tak, że ktoś prosi o chwilę rozmowy żeby wyjaśnić problem i słyszy się ciągle tą samą odpowiedź: "Przecież jest dobrze, nie ma problemu.....", to można dostać kota! No jak jest dobrze, skoro jedna ze stron próbuje właśnie powiedzieć, że nie jest wcale tak różowo.
Każdy jest na swój sposób egoistą, jednak sa pewne granice, zasady, które należy jednak uszanować, albo chociaż wysłuchać.Naprawdę, Twoje problemy są praktycznie identyczne jak mojej znajomej. Od dwóch lat przeszło wysłuchuję takich dylematów. Przestałam w końcu jednak komentować bo widzę, że skutku to nie przynosi a ona jest kłębkiem nerwów. Ale sama, świadomie godzi się na takie życie.
Wczoraj jej powiedziałam, żeby przestała marudzić bo mam dosyć słuchania jej lamentów/brutalne/, i niech w takim razie zaakceptuje to co się dzieje, albo przejrzy na oczy i zrobi papa... A, ze tego nie zrobi/smutne/, to niech dalej cierpi. Jest dorosła.Wydaje mi się, że w pewnym stopniu rozumiem Twoją znajomą. Nie znam jej, nie wiem w jakiej jest sytuacja itp aczkolwiek wydaje mi się, że i w mojej i w jej sytuacji to jest jakiś stopień uzależnienia od tej drugiej osoby. Mój partner od początku wprost bądź bardziej podświadomie stara się wmawiać mi, że wszystko co złe na tym świecie to moja wina. Czasami w żartach ale to jednak w głowie zostaje. Jak już wcześniej pisałam mój dodatkowy problem to DDA, w domu też zawsze słyszałam, że wszystko to moja wina, że wszystko robię źle. Strasznie źle znoszę również krzyki. On o tym wie i niestety zamiast mnie wspierać to wykorzystuje to kiedy tylko coś jest nie po jego myśli. Wydaje mi się, że już do tego stopnia wmówił mi różne rzeczy , że podświadomie sądzę, że bez niego sobie nie poradzę, przecież jestem taka beznadziejna, że na pewno nikt inny mnie nie zechce, nie pokocha. . . U Twojej znajomej może być podobnie.
Bardzo podobnie. Jest również dzieckiem DDA.
Dziewczyno....proszę Cię... nie marnuj sobie życia z kimś takim. Z pewnością wiesz, że w związku naprawdę może być inaczej.
U Ciebie brakuje podstawowych "zasad" jakie powinny byc w każdym związku.
Nie daj siebie zgnębić. Chyba od zycia oczekujesz więcej niż słuchanie jaka to jestes be etc.....
Witam!
Pisze tu bo już sama nie wiem co robić..Jestem ..byłam 5 lat z moim ukochanym. od roku narzeczeństwo.. Pisze że byłam ..jestem bo wszystko wisi na włosku. On twierdzi że się nie starałam, że dopiero teraz jak powiedział że chce odejść się staram. Od 2 lat mam problemy ze zdrowiem i przez to się wszystko zaczeło.. brak chęci z mojej strony na cokolwiek ..on uważa że nie słuchałam go..że za mało chodziłam do lekarzy, ale jak oni twierdzili że nie widzą przyczyny to odechciewało się chodzić gdziekolwiek.
Teraz on jest wypalony...nie czuje radości ze spotkań ze mna, nie tęskni...
Próbuje wszystkiego..rozmowy kończą się na tym że on ciągle wspomina to co było złe..
A jeśli mamy być razem to powinien wyrzucić z pamięci te złe wspomnienia,
Boję się rozstania..przecież planowaliśmy wspólną przyszłość, ślub ..
Czy ktoś mi pomoże?
Witam!
Pisze tu bo już sama nie wiem co robić..Jestem ..byłam 5 lat z moim ukochanym. od roku narzeczeństwo.. Pisze że byłam ..jestem bo wszystko wisi na włosku. On twierdzi że się nie starałam, że dopiero teraz jak powiedział że chce odejść się staram. Od 2 lat mam problemy ze zdrowiem i przez to się wszystko zaczeło.. brak chęci z mojej strony na cokolwiek ..on uważa że nie słuchałam go..że za mało chodziłam do lekarzy, ale jak oni twierdzili że nie widzą przyczyny to odechciewało się chodzić gdziekolwiek.
Teraz on jest wypalony...nie czuje radości ze spotkań ze mna, nie tęskni...
Próbuje wszystkiego..rozmowy kończą się na tym że on ciągle wspomina to co było złe..
A jeśli mamy być razem to powinien wyrzucić z pamięci te złe wspomnienia,
Boję się rozstania..przecież planowaliśmy wspólną przyszłość, ślub ..
Czy ktoś mi pomoże?
A jak ma to niby wymazać?
Widzisz?
Poczytaj posty wyżej. Twój narzeczony starał się tak jak Semper91. Szkoda, że tak późno się obudziłaś.....
Semper91 napisał/a:Leila01 napisał/a:Właśnie najgorsze z tego wszystkiego jest to, że kiedy notorycznie powtarza się, że coś jest nie tak, że ktoś prosi o chwilę rozmowy żeby wyjaśnić problem i słyszy się ciągle tą samą odpowiedź: "Przecież jest dobrze, nie ma problemu.....", to można dostać kota! No jak jest dobrze, skoro jedna ze stron próbuje właśnie powiedzieć, że nie jest wcale tak różowo.
Każdy jest na swój sposób egoistą, jednak sa pewne granice, zasady, które należy jednak uszanować, albo chociaż wysłuchać.Naprawdę, Twoje problemy są praktycznie identyczne jak mojej znajomej. Od dwóch lat przeszło wysłuchuję takich dylematów. Przestałam w końcu jednak komentować bo widzę, że skutku to nie przynosi a ona jest kłębkiem nerwów. Ale sama, świadomie godzi się na takie życie.
Wczoraj jej powiedziałam, żeby przestała marudzić bo mam dosyć słuchania jej lamentów/brutalne/, i niech w takim razie zaakceptuje to co się dzieje, albo przejrzy na oczy i zrobi papa... A, ze tego nie zrobi/smutne/, to niech dalej cierpi. Jest dorosła.Wydaje mi się, że w pewnym stopniu rozumiem Twoją znajomą. Nie znam jej, nie wiem w jakiej jest sytuacja itp aczkolwiek wydaje mi się, że i w mojej i w jej sytuacji to jest jakiś stopień uzależnienia od tej drugiej osoby. Mój partner od początku wprost bądź bardziej podświadomie stara się wmawiać mi, że wszystko co złe na tym świecie to moja wina. Czasami w żartach ale to jednak w głowie zostaje. Jak już wcześniej pisałam mój dodatkowy problem to DDA, w domu też zawsze słyszałam, że wszystko to moja wina, że wszystko robię źle. Strasznie źle znoszę również krzyki. On o tym wie i niestety zamiast mnie wspierać to wykorzystuje to kiedy tylko coś jest nie po jego myśli. Wydaje mi się, że już do tego stopnia wmówił mi różne rzeczy , że podświadomie sądzę, że bez niego sobie nie poradzę, przecież jestem taka beznadziejna, że na pewno nikt inny mnie nie zechce, nie pokocha. . . U Twojej znajomej może być podobnie.
Bardzo podobnie. Jest również dzieckiem DDA.
Dziewczyno....proszę Cię... nie marnuj sobie życia z kimś takim. Z pewnością wiesz, że w związku naprawdę może być inaczej.
U Ciebie brakuje podstawowych "zasad" jakie powinny byc w każdym związku.
Nie daj siebie zgnębić. Chyba od zycia oczekujesz więcej niż słuchanie jaka to jestes be etc.....
Nie będzie to łatwe ale będę musiała skorzystać z Twojej rady.
Najgorsze jest to, że on świadomie mną manipuluje i schemat jego działania jest zawsze taki sam : najpierw jest kłótnia, potem ja proszę i błagam, żebyśmy się pogodzili dla naszego wspólnego dobra, on kręci nosem, mówi, że nie wie czy to ma sens itp, ja nadal proszę, on coraz bardziej nie chce, więc w końcu mówię " ok, nie zmuszam Cię, nie to nie i po temacie" . Po czym mija kilka dni ciszy a on zaczyna pisać, że mnie kocha, że chce spróbować jeszcze raz itp . . .
Taka huśtawka trwa od samego początku.
Leila01 napisał/a:Semper91 napisał/a:Wydaje mi się, że w pewnym stopniu rozumiem Twoją znajomą. Nie znam jej, nie wiem w jakiej jest sytuacja itp aczkolwiek wydaje mi się, że i w mojej i w jej sytuacji to jest jakiś stopień uzależnienia od tej drugiej osoby. Mój partner od początku wprost bądź bardziej podświadomie stara się wmawiać mi, że wszystko co złe na tym świecie to moja wina. Czasami w żartach ale to jednak w głowie zostaje. Jak już wcześniej pisałam mój dodatkowy problem to DDA, w domu też zawsze słyszałam, że wszystko to moja wina, że wszystko robię źle. Strasznie źle znoszę również krzyki. On o tym wie i niestety zamiast mnie wspierać to wykorzystuje to kiedy tylko coś jest nie po jego myśli. Wydaje mi się, że już do tego stopnia wmówił mi różne rzeczy , że podświadomie sądzę, że bez niego sobie nie poradzę, przecież jestem taka beznadziejna, że na pewno nikt inny mnie nie zechce, nie pokocha. . . U Twojej znajomej może być podobnie.
Bardzo podobnie. Jest również dzieckiem DDA.
Dziewczyno....proszę Cię... nie marnuj sobie życia z kimś takim. Z pewnością wiesz, że w związku naprawdę może być inaczej.
U Ciebie brakuje podstawowych "zasad" jakie powinny byc w każdym związku.
Nie daj siebie zgnębić. Chyba od zycia oczekujesz więcej niż słuchanie jaka to jestes be etc.....Nie będzie to łatwe ale będę musiała skorzystać z Twojej rady.
Najgorsze jest to, że on świadomie mną manipuluje i schemat jego działania jest zawsze taki sam : najpierw jest kłótnia, potem ja proszę i błagam, żebyśmy się pogodzili dla naszego wspólnego dobra, on kręci nosem, mówi, że nie wie czy to ma sens itp, ja nadal proszę, on coraz bardziej nie chce, więc w końcu mówię " ok, nie zmuszam Cię, nie to nie i po temacie" . Po czym mija kilka dni ciszy a on zaczyna pisać, że mnie kocha, że chce spróbować jeszcze raz itp . . .Taka huśtawka trwa od samego początku.
Radziłabym uciekać póki jeszcze nie straciłaś sama do siebie szacunku całkowicie i aby zachować choć trochę godność... bo to tak czy inaczej się rozpadnie, tyle, że to on później zerwie... i zostawi Cię rozbitą...
Byłam w związku 5 lat... zachowywał się tak jak Twój facet... kłótnia.. moje błagania, chęć naprawy, wyjaśnienie... on nie.. potem ciche dni.. i on się odzywał jak gdyby nic.. kiedyś to wyznawał mi, że kocha i nie może beze mnie żyć... potem tylko po prostu odzew jakby w ogóle kłótni nie było, a jak już próbowałam wyjaśnić to zwalał całą winę na mnie...
Zerwał... a ja pozostałam z poczuciem, że wszystko to moja wina, że tak go kocham... i w ogóle ja nawaliłam w tym wszystkim, bo przecież on zerwał... więc to jemu coś nie odpowiadało i jestem jakaś dziwna skoro nie potrafiłam zatrzymać faceta po takim czasie...
Czuję się śmieciem.. zabawką nic nie wartą...
Kornelia1234 - Bardzo dziękuję Ci, że napisałaś, dobrze jest wysłuchać rady od osoby, która przeszła przez to samo.
Najgorsze jest to, że człowiek wie, że ten związek nie ma sensu, że nic dobrego z tego nie będzie a z każdą kłótnią coraz mniej wierzy w siebie, za to coraz bardziej w to, że jest nic nie wart. Ale mimo to pakuje się w to - ja od 3 lat, Ty robiłaś to przez 5 . . . No i pozostają jeszcze uczucia do tego człowieka, które w jakimś stopniu niestety nadal są.
On robi mi wodę z mózgu, ostatnio błagałam go na kolanach , żeby mnie nie zostawiał, dał nam szansę . . . Poniżyłam się , ale niestety on doprowadza mnie do takiego stanu, do istnej histerii . . . . Ale powiedział, że nie. Że tego związku już nie będzie, nie ma szans ani teraz ani nigdy. Świat mi się zawalił, ale doszłam do wniosku , że pora wziąć się w garść, trzeba żyć dalej a płacz nic nie da, że może lepiej, że tak wyszło. A on teraz znów pisze, że jest szansa, żeby to naprawić itp . . . Znów robi mi mętlik.
I teraz kiedy ja mówię, że nie bo on już podjął decyzję kilka dni temu to zwala wszystko na mnie i będzie mi wpajał, że to moja wina bo przecież to ja nie chcę się pogodzić . . .
Kornelia1234 - Bardzo dziękuję Ci, że napisałaś, dobrze jest wysłuchać rady od osoby, która przeszła przez to samo.
Najgorsze jest to, że człowiek wie, że ten związek nie ma sensu, że nic dobrego z tego nie będzie a z każdą kłótnią coraz mniej wierzy w siebie, za to coraz bardziej w to, że jest nic nie wart. Ale mimo to pakuje się w to - ja od 3 lat, Ty robiłaś to przez 5 . . . No i pozostają jeszcze uczucia do tego człowieka, które w jakimś stopniu niestety nadal są.
On robi mi wodę z mózgu, ostatnio błagałam go na kolanach , żeby mnie nie zostawiał, dał nam szansę . . . Poniżyłam się , ale niestety on doprowadza mnie do takiego stanu, do istnej histerii . . . . Ale powiedział, że nie. Że tego związku już nie będzie, nie ma szans ani teraz ani nigdy. Świat mi się zawalił, ale doszłam do wniosku , że pora wziąć się w garść, trzeba żyć dalej a płacz nic nie da, że może lepiej, że tak wyszło. A on teraz znów pisze, że jest szansa, żeby to naprawić itp . . . Znów robi mi mętlik.
I teraz kiedy ja mówię, że nie bo on już podjął decyzję kilka dni temu to zwala wszystko na mnie i będzie mi wpajał, że to moja wina bo przecież to ja nie chcę się pogodzić . . .
Nie ulegaj dla własnego dobra! Jeśli ma to mieć rację bytu to on musi poczuć, że Cię stracił i faktycznie się starać... Powiedź mi, że taki jak jest dalej nie potrafisz z nim być, że potrzebujesz biało na czarnym jego zmian, zaangażowania... Nie potrafi.. powie, że za dużo wymagasz.. to odejdź z podniesioną głową. Mnie kiedy prosił... nie potrafiłam odmówić i to był błąd... bo teraz to ja zostałam porzucona z poczuciem winy... i nie potrafię z tego wyjść, bo ciągle mam nadzieje...
Uczucia uczuciami... choć minęło już sporo czasu od rozstania... ja dalej kocham, więc nie sądzę, by to było tylko zauroczenie... a on.. w ogóle się mnie nie interesuje, jakby nas nie było przez te 5 lat i czuję się jeszcze gorzej...
Trudno niech wpaja, nie reaguj na to! to jest manipulacja:( Oni wiedzą w który punkt uderzyć, co powiedzieć... On nie zrozumie dopóki Ciebie nie straci, straci może się ocknie i zacznie się starać... nie ocknie się tak jak mój.. przekonasz się, że tak na prawdę nic dla niego nie znaczyłaś... i poczujesz się lepiej, że zerwałaś... ja czuję się fatalnie, że to on zerwał... pomimo, że byłam jego zdaniem "idealna"...
Semper91 napisał/a:Kornelia1234 - Bardzo dziękuję Ci, że napisałaś, dobrze jest wysłuchać rady od osoby, która przeszła przez to samo.
Najgorsze jest to, że człowiek wie, że ten związek nie ma sensu, że nic dobrego z tego nie będzie a z każdą kłótnią coraz mniej wierzy w siebie, za to coraz bardziej w to, że jest nic nie wart. Ale mimo to pakuje się w to - ja od 3 lat, Ty robiłaś to przez 5 . . . No i pozostają jeszcze uczucia do tego człowieka, które w jakimś stopniu niestety nadal są.
On robi mi wodę z mózgu, ostatnio błagałam go na kolanach , żeby mnie nie zostawiał, dał nam szansę . . . Poniżyłam się , ale niestety on doprowadza mnie do takiego stanu, do istnej histerii . . . . Ale powiedział, że nie. Że tego związku już nie będzie, nie ma szans ani teraz ani nigdy. Świat mi się zawalił, ale doszłam do wniosku , że pora wziąć się w garść, trzeba żyć dalej a płacz nic nie da, że może lepiej, że tak wyszło. A on teraz znów pisze, że jest szansa, żeby to naprawić itp . . . Znów robi mi mętlik.
I teraz kiedy ja mówię, że nie bo on już podjął decyzję kilka dni temu to zwala wszystko na mnie i będzie mi wpajał, że to moja wina bo przecież to ja nie chcę się pogodzić . . .Nie ulegaj dla własnego dobra! Jeśli ma to mieć rację bytu to on musi poczuć, że Cię stracił i faktycznie się starać... Powiedź mi, że taki jak jest dalej nie potrafisz z nim być, że potrzebujesz biało na czarnym jego zmian, zaangażowania... Nie potrafi.. powie, że za dużo wymagasz.. to odejdź z podniesioną głową. Mnie kiedy prosił... nie potrafiłam odmówić i to był błąd... bo teraz to ja zostałam porzucona z poczuciem winy... i nie potrafię z tego wyjść, bo ciągle mam nadzieje...
Uczucia uczuciami... choć minęło już sporo czasu od rozstania... ja dalej kocham, więc nie sądzę, by to było tylko zauroczenie... a on.. w ogóle się mnie nie interesuje, jakby nas nie było przez te 5 lat i czuję się jeszcze gorzej...
Trudno niech wpaja, nie reaguj na to! to jest manipulacja:( Oni wiedzą w który punkt uderzyć, co powiedzieć... On nie zrozumie dopóki Ciebie nie straci, straci może się ocknie i zacznie się starać... nie ocknie się tak jak mój.. przekonasz się, że tak na prawdę nic dla niego nie znaczyłaś... i poczujesz się lepiej, że zerwałaś... ja czuję się fatalnie, że to on zerwał... pomimo, że byłam jego zdaniem "idealna"...
JA już Kochana nie mam nadziei, że się zmieni. Bo proszę o pewne rzeczy od początku związku a on tego nie zmienia, mówi tylko że się czepiam. W pewnym sensie wydaje mi się, że czuje, że traci grunt pod nogami dlatego mówi, że wszystko zmieni itp bo wie, że faktycznie mogę odejść. I założę się, że faktycznie zmieniłby się ale to trwałoby miesiąc może dwa . . . Tak, żebym ja przestała się czepiać, taka gra na przeczekanie . . . A potem kiedy poczułby się znów pewnie wszystko wróciłoby do normy. Bo gdyby faktycznie uznał i widział co robi źle to zrobiłby coś już dawno żeby to zmienić . Myślisz, że takie nagłe cudowne przemiany są możliwe? Ja sądzę, że nie i tak jak napisałam boję się, że to byłoby chwilowe a potem mogłabym powielić Twój los. . . .
A powiedz mi, nie myślałaś może o jakiejś terapii?
Kornelia1234 napisał/a:Semper91 napisał/a:Kornelia1234 - Bardzo dziękuję Ci, że napisałaś, dobrze jest wysłuchać rady od osoby, która przeszła przez to samo.
Najgorsze jest to, że człowiek wie, że ten związek nie ma sensu, że nic dobrego z tego nie będzie a z każdą kłótnią coraz mniej wierzy w siebie, za to coraz bardziej w to, że jest nic nie wart. Ale mimo to pakuje się w to - ja od 3 lat, Ty robiłaś to przez 5 . . . No i pozostają jeszcze uczucia do tego człowieka, które w jakimś stopniu niestety nadal są.
On robi mi wodę z mózgu, ostatnio błagałam go na kolanach , żeby mnie nie zostawiał, dał nam szansę . . . Poniżyłam się , ale niestety on doprowadza mnie do takiego stanu, do istnej histerii . . . . Ale powiedział, że nie. Że tego związku już nie będzie, nie ma szans ani teraz ani nigdy. Świat mi się zawalił, ale doszłam do wniosku , że pora wziąć się w garść, trzeba żyć dalej a płacz nic nie da, że może lepiej, że tak wyszło. A on teraz znów pisze, że jest szansa, żeby to naprawić itp . . . Znów robi mi mętlik.
I teraz kiedy ja mówię, że nie bo on już podjął decyzję kilka dni temu to zwala wszystko na mnie i będzie mi wpajał, że to moja wina bo przecież to ja nie chcę się pogodzić . . .Nie ulegaj dla własnego dobra! Jeśli ma to mieć rację bytu to on musi poczuć, że Cię stracił i faktycznie się starać... Powiedź mi, że taki jak jest dalej nie potrafisz z nim być, że potrzebujesz biało na czarnym jego zmian, zaangażowania... Nie potrafi.. powie, że za dużo wymagasz.. to odejdź z podniesioną głową. Mnie kiedy prosił... nie potrafiłam odmówić i to był błąd... bo teraz to ja zostałam porzucona z poczuciem winy... i nie potrafię z tego wyjść, bo ciągle mam nadzieje...
Uczucia uczuciami... choć minęło już sporo czasu od rozstania... ja dalej kocham, więc nie sądzę, by to było tylko zauroczenie... a on.. w ogóle się mnie nie interesuje, jakby nas nie było przez te 5 lat i czuję się jeszcze gorzej...
Trudno niech wpaja, nie reaguj na to! to jest manipulacja:( Oni wiedzą w który punkt uderzyć, co powiedzieć... On nie zrozumie dopóki Ciebie nie straci, straci może się ocknie i zacznie się starać... nie ocknie się tak jak mój.. przekonasz się, że tak na prawdę nic dla niego nie znaczyłaś... i poczujesz się lepiej, że zerwałaś... ja czuję się fatalnie, że to on zerwał... pomimo, że byłam jego zdaniem "idealna"...JA już Kochana nie mam nadziei, że się zmieni. Bo proszę o pewne rzeczy od początku związku a on tego nie zmienia, mówi tylko że się czepiam. W pewnym sensie wydaje mi się, że czuje, że traci grunt pod nogami dlatego mówi, że wszystko zmieni itp bo wie, że faktycznie mogę odejść. I założę się, że faktycznie zmieniłby się ale to trwałoby miesiąc może dwa . . . Tak, żebym ja przestała się czepiać, taka gra na przeczekanie . . . A potem kiedy poczułby się znów pewnie wszystko wróciłoby do normy. Bo gdyby faktycznie uznał i widział co robi źle to zrobiłby coś już dawno żeby to zmienić . Myślisz, że takie nagłe cudowne przemiany są możliwe? Ja sądzę, że nie i tak jak napisałam boję się, że to byłoby chwilowe a potem mogłabym powielić Twój los. . . .
A powiedz mi, nie myślałaś może o jakiejś terapii?
Powiem Ci, że ja jednak wierze w przemianę.. zrozumienie czegoś.. ale po dłuższej rozłące.. w sensie musiałabyś powiedzieć basta, on by musiał poczuć, że Ciebie nie ma i się przestraszyć, dojrzeć do szanowania Ciebie! Min. 3 miesiące, choć myślę, że to i tak mało... pół roku, rok moim zdaniem to minimum...
I sama nie wiem czy to ich taka natura... czy po prostu nie kochają i trzymają się kurczowo nas, bo z nami dobrze, lepszej nie trafią... w mojej sytuacji ewidentnie widać, że nie kocha, że się jemu znudziłam, wybrał koleżków.
Nie chodziłam na żadną terapię, chciałabym.. zastanawiam się czy nie pójść, ale wszystko wiąże się z wydatkami...