Witam,
Byłem z kobietą starszą ode mnie (o 7 lat) w dość udanym związku przez prawie 2 lata. Początki były cudowne, po jakoś roku zaczęły się trudności. Małe spięcia, kłótnie i krótkie (3/4 dniowe) rozstania. Jednak zawsze dawaliśmy sobie szanse (tzn. ona mi je dawała). Ponieważ obiecywałem zmianę, że to już się nie powtórzy, a jednak wracało jak bumerang. Nie radziłem sobie z emocjami, a przez to ją krzywdziłem słowami i czynami (wyprowadzki).
Na początku października powiedzieliśmy sobie bardzo bolesne słowa! Wtedy też usłyszałem od niej, że "nikt mnie tak bardzo jak Ty nie skrzywdził"
Poczułem się paskudnie, plułem sobie w brodę, że w ogóle to powiedziałem! Jednak to nic w porównaniu do tego jak ONA musiała się poczuć. Ale stało się... Po tym incydencie, powiedziałem sobie, że więcej tak się nie zachowam, że to był ostatni raz, prędzej sobie język odgryzę. I faktycznie do końca roku byliśmy dla siebie wszystkim. Żadnych kłótni, tylko i wyłącznie ciepłe, partnerskie relacje. Nawet moja "ex" chwaliła się siostrze, że "w końcu jest zmiana, że w końcu jest dużo lepiej, nie kłócimy się". Byliśmy szczęśliwi, a przynajmniej tak wyglądało.
Wcześniej, mianowicie do momentu tej ostatniej ostatniej kłótni, nawet dużo rozmawialiśmy o dziecku. Jednak po niej moja kobieta(ex) zaczęła mówić, że nie chce już dziecka (zaznaczę iż ona ma już dziecko -nastolatkę). Początkowo bardzo rzadko i niewinnie. Sądziłem, że było to wynikiem żalu i tego jak ją potraktowałem. Do czasu aż zaczęła mówić o tym częściej, dawało mi to do myślenia... Jednak nie zareagowałem, sądziłem, że potrzebuje czasu aby wszystko sobie poukładać.
W styczniu wyjechałem do pracy. Zaraz po wyjeździe doszło do poważnej rozmowy. Podczas której zadała mi pytanie: "czy mógłbym być z nią gdyby nie dała mi dziecka?" nie spodziewałem się pytania tego kalibru i zaskoczony ŹLE odpowiedziałem, że "nie mógłbym być z kobietą która nie da mi dziecka" Widziałem ogromny smutek na jej twarzy!!! :-(
Po tych słowach nasz kontakt praktycznie przestał istnieć, uczucie chyba obumarło... W luty wróciłem z delegacji, próbowałem wszystko naprawić, powiedzieć, że zależy mi tylko na niej i NIC, nawet dziecko nie stanie Nam na drodze do wspólnego szczęścia! Jednak nie słuchała...
Aż do połowy czerwca próbowałem do niej dotrzeć, odzyskać ją i jej zaufanie, jednak bezskutecznie!!! :-( W odpowiedzi na moje listy, odpisała, że "nas już dawno nie ma i nie będzie, że ma tego wszystkiego dość, że poznała kogoś i jest zakochana i szczęśliwa, żebym w końcu to zrozumiał i dał jej święty spokój"
Proszę mnie oświecić, czy swoją głupią i dziecinną wypowiedzią "Tak bardzo ją zraniłem, że nie umiałaby więcej na mnie spojrzeć???" "Czy swoim późniejszym zachowaniem mogłem pchnąć ją w ramiona innego???" "Czy tak szybko można się odkochać i zapomnieć??"
Bardzo za nią tęsknię i nie znajduję wytłumaczenia na to co się stało... POMÓŻCIE.