witajcie,
muszę się wygadać, bo odkąd usłyszałam, a to było wczoraj wieczorem, że idziemy na sylwestra do siostry mojej, chodzę poddenerwowana i nie moge znaleźć sobie miejsca...
zawsze, gdy słyszę, że mamy się spotkać wlaśnie z jej rodziną, coś mnie trafia... znam przyczynę, a mianowicie, przestałam lubić mojego szwagra a do tego całe te spotkania są beznadziejne, gdyż nasi mężowie, nie znają umiaru w piciu alkoholu i takie imprezy zwykle bardzo źle się kończą, więc chyba nie dziwne, że nie mam na nie ochoty, a do tego mam straszny żal, bo nie moge odwiedzać swojej siostry i trzech siostrzenic, zawsze wtedy gdy mam na to ochotę, chyba że bez udziału naszych mężów... skorzystają z każdej okazji by się napić... tylko szkoda, że muszą zawsze uchlać się do nieprzytomności... ja wychodzę wtedy ze swoim synem w nerwach, wyciągając męża do domu na silę, a siostra zostaje z nieprzytomnym mężem i trójką małych dzieciaczków...
nie potrafię się z tym pogodzić, nigdy nie zrozumiem...
chętnie wyjdę z domu na sylwestra, bo w planach było spędzanie go w łóżku przed telewizorem, ale w ostatniej chwili zadzwonili by do nich przyjść... mąż oczywiście uszczęśliwiony bo będzie się z kim napić, no ja niby też chętnie się ruszę, dzieci spędzą trochę czasu razem, chociaż też nie jestem przekonana, żeby to był najlepszy pomysł, bo nie są najzdrowsi, no ale...
a mój honorowy mąż, samymi moimi słowami, że nie wiem jakby to rozegrać, potrafi się obrazić...
mam czasem cholernie dosyć tego związku...
tak więc, podsumowując, zamiast cieszyć się, że nie musze spędzać tej nocy w domu, ja jestem klębkiem nerwów juz na to co będzie się działo... i cierpi na tym mój syn.... ehhh