Tu nie chodzi tylko o dodatkowe kilogramy. Jeśli Kubie podobają się wyłącznie bardzo szczupłe dziewczyny to, z dużym prawdopodobieństwem, ona nie będzie mu się podobała nawet wtedy, kiedy będzie ważyła wymaganą ilość kilogramów mniej. Często osoby przy kości mają inną budowę ciała niż te szczupłe. Często odchudzanie zmienia proporcje i rezultat nie jest taki, jak zakładany. Patrząc na moją budowę i ilość nadmiernych kilogramów to gdybym nawet schudła jakimś cudem to tych 50 kg zarezerwowanych dla chudzinek mojego wzrostu to z nóg najgrubsze miałabym kolana (mam solidny szkielet
), tyłek by mi się pokrywał z linią pleców (bo on mi najszybciej chudnie), cycki pozbawione tkanki tłuszczowej zakrywałyby mi pępek a szerokie wychudzone ramiona przypominałyby stracha na wróble... Nie wiem, czy efekt byłby lepszy niż jest teraz
Kobra, Catwoman nie pisała nic o samoakceptacji kobiet otyłych. Chyba, że przeoczyłam, w co wątpię. Napisała, że omawiana dziewczyna może lubić siebie taką jaka jest i nie chce się odchudzać. Nikt nie powiedział też (włącznie z autorem wątku), że ona jest otyła. Kuba napisał jedynie, że lubi szczupłe dziewczyny. Równie dobrze owa dziewczyna może nosić rozmiar L, a z tego do otyłości daleka droga...
Fajnie, ze dbasz o figurę, ale nie wszyscy muszą. Ja np. nie dbam. Takie sobie priorytety ustaliłam i z nich jestem zadowolona. Nie jestem otyła, mam kilka kilogramów za dużo. I w życiu nie odchudzałabym się dla faceta, który na początku deklaruje, że podobałabym mu się gdybym schudła. To nie ma najmniejszego sensu. Bo to oznacza skupienie na walce z kilogramami zamiast koncentracji na poznawaniu partnera i budowie relacji. Bo to niesie zagrożenie, że zawsze będę czuła się postrzegana przez pryzmat wagi. Bo to niesie zagrożenie dla zaufania - nie wiem czy umiałabym się pozbyć myśli, że jak przytyję 2 kg to on nie zacznie szukać sobie chudszej. I w końcu - to oznacza całkowitą zmianę stylu życia na zawsze. Osoba z nadwagą, nawet jeśli schudnie, musi się cały czas kontrolować. Moich dodatkowych kg jest za mało, żeby stanowiły istotne zagrożenie dla zdrowia, więc nie mam ochoty się ich pozbywać. I nie widzę powodu, dla którego mój brak ochoty miałby być nazywany lenistwem i zaniedbaniem. Lubię jeść, uwielbiam gotować, lubię stawać w pijackie zawody z facetami - takie mam hobby i absolutnie wyklucza się to z odchudzaniem. Jestem atrakcyjnym towarzystwem do spędzania czasu, a dla wielu byłam też atrakcyjna pod względem wizualnym. I niezmiernie mnie irytują wypowiedzi, gdzie, jeśli ktoś waży trochę więcej niż anorektyczka to powinien "coś ze sobą zrobić", żeby podobać się wszystkim facetom świata (czy aby na pewno się da? ), rzekomo dla zdrowia, czy po to, aby nie wyjść na zaniedbanego leniwca.
I zapewniam, można być osobą szczęśliwą mimo braku rozmiaru S. Można czuć się piękną i atrakcyjną w innym rozmiarze. I w końcu - można mieć wściekłe powodzenie u facetów mimo większej ilości swojej osoby. Być może dziewczyna z opowieści Kuby właśnie należy do tych szczęśliwych, lekko puszystych dziewczyn. Barbarzyństwem byłoby ją oświecać, że powinna chudnąć. Barbarzyństwem byłoby robić jej nadzieję i na starcie stawiać wymagania. Jeśli ma ładną twarz i umie rozmawiać (to opinia autora) to z całą pewnością długo sama nie pobędzie. Tylko czy wtedy Kuba nie zacznie ubolewać nad tym co stracił?