Witajcie...
Wątek kuleje, gdyż jesteśmy bliżej końca Naszych problemów niż paradoksalnie "roztrząsanych" tu swego czasu Naszych pokiereszowań okołozwiązkowych. Ta "przypadłość" dopadła też i mnie, gdyż ostatnimi czasy jakoś nie mogę się odnaleźć po "remoncie" w panujących tu na forum obecnie realiach. Choć jeszcze kilka tygodni temu też nad tym rozłamem w apartamentowcu "rozpaczałem".Wiele się ostatnimi czasy wydarzyło w myśl powiedzenia "veni, vidi, vici" i ku mojemu zaskoczeniu... czuję się na dziś dzień zdecydowanie wygranym w tej batalii pełną gębą
. miałem okazję pojawić się przejazdem słuzbowym - inkoguto - na tych ex małżeńskich włościach i z takim rozmachem wsteczno - przyszłościowym ulokować siebie w sytuacji "co by było gdyby..." Nasze drogi znów się zeszły... katastrofa.
Ja, żona, dziecko, jakieś zobowiazania kredytowe 5, 10, 15 lat i... wyrocznia na tylnym siedzeniu. taki przyspieszony kalejdoskop i... Bogu dziękować, że to już za mną i se ne vrati, nawet potomkowo
Tak spojrzałem na to wszystko oczyma wyobraźni i poczułem się jak uschnięta roślinka; chłop oderwany granatem odłamkowym od pługa. Kastracja żywcem ze wszystkiego gorsza jak przy obrzezaniu.
Jak sobie przypomniałem, czym to mnie chcieli "w podzięce" za ożenek "uraczyć", to zobaczyłem "dzisiejszego" siebie, padającego na pysk jak kłoda z wrażenia. Ile w tym wszystkim było haczyków pełnych fałszu i obłudy, to procesor pod czuprynką staje w w poprzek z przegrzania.
Zero uczuć na teraz, jakiegoś sentymentu do tego "obejscia", kompletnie nic... lobotomia umysłowa. Epizod w życiu nie warty głębszych emocji po roku od "odstawienia narkotyku". Nie wiem, czy zebrałbym się na odwagę wyciągnąć rękę w podziękowaniu za to wszystko, ale samo to słowo jeszcze jakoś bym przecedził przez zęby z ironicznym uśmiechem na ustach. Zadowolenie z tej ironii z ich strony było by odebrane opatrznie jak mniemam.
Ta życiowa rewolta wiele mnie nauczyła i otworzyła oczy z innej perspektywy na wszystko i wszystkich. Czasem nachodzi mnie taka refleksja, że dokonałem złego wyboru partnerki życiowej - a miałem wówczas konkurentkę wzgledem jż - bo a nuż bym miał teraz o niebo lepiej... ale paradoksalnie tak widocznie musiało być, ten kopniak od losu był mi widocznie pisany. Zmieniło się wiele i to bezpowrotnie, a tak to dalej dawałbym się ociężale "szprycować" zewsząd toksykami i wodzić za nos. Zgon z opóźnionym zapłonem
Na toksyków w życiu teraz mam nos wyczulony maksymalnie.
I tak wracając do tematu mojej lokalizacji na forum w dzisiejszych czasach: napiszę ostro - źle i sypią się "reprymendy"; napiszę ciapowato - pomawiany jestem o dalsze rozpaczanie nad własnym "rozlanym mlekiem"; a napiszę coś "w zawieszeniu" między jednym a drugim stanem, to odbierane jest to jako poklepywanie po ramieniu, z płaczem i smarkaniem obopólnym w rękaw. Tak źle i tak nie dobrze. A "zniżając" się do poziomu rozmówcy nowicjusza, czuję sie jakbym sam sobie podcinał żyły i chlastał skalpelem na lewo i prawo. Nie wiem... a i moja "scheda" nie jest już propagowana "z pokolenia na pokolenie".
Co by się za wiele już nie rozpisywać - podpisuję się pod tym, co Cash napisał.
Jak się odnależć nie możesz?
Jakby babcia miała wąsy to by była dziadkiem i...nigdy nie mów nigdy, zawsze możesz spotkać jakąś "cichą wodę".