Stało się, żona oświadczyła mi trzy tygodnie temu, że mnie już nie kocha - wypaliła się całkowicie i nie będzie ciągu dalszego wspólnego życia. Ja ją kocham ponad życie i nie mogę bez niej żyć. Walczyłem przez tydzień, przekonywałem, żeby dała nam szansę na uratowanie małżeństwa, ale nic to nie dało. W końcu się wyprowadziłem chociaż powiedziała, że nie muszę tylko jak miałbym funkcjonować nie mogąc jej dotknąć, czy przytulić. Wszystkie marzenia legły w gruzach, świat się zawalił, mieszkam u siostry, przyjaciele się wykruszyli - wszyscy pożenieni i mają własne problemy.
Znamy się od 7 lat, z czego 3 lata i 9 miesięcy w małżeństwie. Powiedziała, że strasznie mnie kochała, jak nikogo wcześniej i że straciłem cudowną żonę. Przyznała, że niewystarczająco pielęgnowaliśmy nasz związek i to też jej wina, bo w pewnym momencie przestała się starać. Wiem, że też nie jestem bez winy - były ciche dni, czasami zamieniliśmy dwa słowa, nie chciałem z nią chodzić na wszystkie imprezy i chodziła sama. Ale było też cudownie, tylko widocznie za rzadko. Mówi, że zostało tylko przywiązanie, czuje się przy mnie bezpiecznie i nie chce żebyśmy stali się dla siebie obcy. Przeprasza mnie bardzo i okropnie czuje się z tym, że ja cierpię. Mam jej nie brać na litość i nie straszyć, że coś sobie zrobię, że jestem dorosły i dam sobie radę, a ona potrzebuje trochę spokoju i samotności. Nie mam dzieci - ona 32 lata, ja 36.
Czy kobieta w takiej sytuacji jest zdolna do podjęcia życia w samotności i czekania na kogoś, kto da je szczęście jakiego oczekuje?
No i co ja mam robić? Skoczyć z mostu, strzelić sobie w łeb? Czy jest możliwe ułożenie sobie jeszcze z kimś życia w moim wieku? Na razie cierpię, próbuje sobie poukładać wszystko w głowie, ale nie wychodzi mi to. Jak osoba, którą tak kocham mogła mi to zrobić, dlaczego nie dawała wcześniej sygnałów, że jest aż tak źle.