Witajcie,
aż nie wiem od czego zacząć....
Niecały tydzień temu rozstałam się z facetem z którym byłam od 2 lat. Związek tył istną operą mydlaną. Zaczęliśmy być bardzo szybko razem i do tego bardzo intensywnie - pierwsze miesiące bajka! Cały czas razem, praktycznie u mnie mieszkał. Po etapie tak wielkiej ekscytacji i zauroczeniu przyszła codzienność, ale też było dobrze, byliśmy razem, rozmawialiśmy, spędzaliśmy czas razem. Niestety zaczęły zdarzać się dziwne momenty, przyłapałam go jak przegląda mój telefon, sugeruje że go okłamuję, że się z kimś innym spotykam itp. Oczywiście wyjaśniłam mu,że jestem z nim i go nie zdradzam. Potem zaczęły się kłótnie, kontrole. Jak umawiałam się z koleżankami to on musiał wiedzieć dokładnie z kim się spotykam, dokładny adres gdzie będę o której itp. Praktycznie zawsze jak gdzieś wyszłam on się tam po jakimś czasie zjawiał. Praktycznie wiedział wszystko o mnie co robie, gdzie idę, gdzie jestem. Sama po takich sytuacja zaczęłam sprawdzać mu telefon, wydzwaniać do niego, pytać się co robi - chociaż nigdy nikomu tego nie robiłam. On potrafił do mnie po kilkadziesiąt razy dzwonić dopóki nie odebrałam, potem sama zaczęłam dokładnie to samo robić.
Ciężko było nawet z nim gdzieś wyjść na jakąś imprezę czy spotkanie ze znajomymi, bo jak napił się alkoholu to stawał się zaczepny i agresywny. Więc przestałam wchodzić i spotykać się ze znajomymi, bo albo musiałabym iść z nim albo musiałabym mu się ze wszystkiego spowiadać, a on znienacka by się i tak pojawiał (po jakimś czasie było mi głupio przed znajomymi).
Kiedy mieliśmy gorsze dni on potrafił po prostu iść i się upić, pił dużo - nie codziennie, ale dużo po czym stawał się agresywny.
Raz w takim amoku alkoholowym uderzył mnie, po tej sytuacji odeszłam od niego. Oczywiście wydzwaniał, przyjeżdżał do mnie błagał, przepraszał, mówił że już nigdy więcej - wróciłam.
Poprosiłam go aby przestał pić w ogóle, tak samo inne używki (ponieważ lubił sobie też zapalić i to nie papierosa), namówiłam go na terapię, ponieważ jest to człowiek uzależniony. W końcu uległ, poszedł raz i już więcej nie wrócił na terapie. Po tej sytuacji zaczął mi wmawiać, że biorę narkotyki, że na pewno coś biore i to ja mam problem - ja nawet alkohol pije od święta, a co dopiero narkotyki.
Zaczęły się awantury, mówił mi że mam dziwne oczy takie jakby coś brała itp. W sumie to rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie przynajmniej raz w tygodniu. To była ciągła huśtawka. On dzwonił ja ulegałam, albo ja dzwoniłam on ulegał. Nauczyłam się od niego tego psychopatycznego wydzwaniania, wyzywania (ponieważ wyzwiska były na porządku dziennym). To był straszny okres. Z resztą było w naszym związku tyle chorych sytuacji, że to nawet ciężko opisać, bo myślę że ta wiadomość byłaby za długa.
Największym problemem był brak zaufania i używki. Ja wiedziałam, że to nie jest facet dla mnie wszyscy mi to powtarzali, że powinnam się z nim rozstać, że on nie pasuje do mnie. Różniliśmy się wszystkim, rodzinami, wykształceniem, charakterem pracy - totalnie wszystkim. Każdy się dziwił, że z nim jestem. A ja byłam z nim, chociaż wiedziałam, że nie powinnam. Jak się rozstawaliśmy to mówiłam sobie nareszcie, a potem i tak wracałam. Czułam się jakby to było jakieś cholerne uzależnienie od tego faceta. Wiedziałam, że źle robie ale zawsze wracałam.
Nie mogę powiedzieć, że nie było dobrych momentów bo były, ja się zakochałam, on też mówił że kocha.
W końcu zaczął naciskać żebyśmy mieszkali razem, w sumie to ja u niego pomieszkiwałam, a on u mnie (tak się wymienialiśmy) ale nie chciałam ulec trochę miałam obawy, zwłaszcza że to jest facet który ma wszędzie długi i nigdy nie ma pieniędzy (chociaż pracuje). Powiedziałam mu, że ok ale jak zmieni coś w sobie, jak zacznie mi ufać, jak przestanie pić. Nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, on dalej naciskał żeby mieszkać razem - w sumie teraz z perspektywy czasu wiem czemu tak chciał razem mieszkać, żeby jeszcze bardziej mnie kontrolować, bo jak siedziałam sama w domu to też musiał wiedzieć dokładnie co robię, nawet w domu.
Ja wiem, że on jest dup*iem i w ogóle nie zasługiwał na mnie. Poświęciłam mu wiele rzeczy, nawet rodzinę bo oni nie akceptowali jego, więc moje relacje z rodzicami bardzo się pogorszyły. Poświęciłam dla niego praktycznie moje życie które wyglądało zupełnie inaczej dopóki go nie poznałam. Mówiłam mu wszystko, każdą wolną chwilę jaką miałam poświęcałam jemu.
Kilka dni temu miałam wolny dzień w pracy, nie powiedziałam mu o tym bo chciałam mu zrobić niespodziankę że przyjadę do niego tak znienacka z rana z częścią moich rzeczy, żeby jednak dać tą szansę nam i spróbować razem zamieszkać. Otworzył drzwi i od razu na wstępie zaczął mnie wyzywać, że po co ja tu przyjechałam i mam sobie iść. Coś mi nie grało więc na siłę weszłam do niego, otworzyłam drzwi do jego sypialni no i była tam inna kobieta.
Oczywiście poszłam sobie, powiedziałam mu żeby oddał mi tylko pieniądze bo trochę ode mnie pożyczył, oddał część ale jeszcze nie całość.
Nie chce opisywać tutaj jak to dokładnie wyglądało bo jak sobie całą tą sytuację przypominam to łzy same cisną mi się do oczu. Ogólnie zdradził mnie, okazało się później że to nie był pierwszy raz.
Następnego dnia zadzwoniłam do niego żeby oddał mi resztę pieniędzy i moje rzeczy które u niego miałam powiedział, że ok i się odezwie. Nie odezwał się, próbowałam się do niego dodzwonić nie odbiera, nie odpisuje na smsy. Znalazł sobie zastępstwo stąd wiem dlaczego się nie odzywa i nie odbiera.
Ja wiem, że ten związek był chory, były wyzwiska, były szarpania były core sytuacje. Więc ja wiem, ze ten związek był beznadziejny po prostu (nie umiem teraz innego słowa znaleźć oprócz beznadziejności). Ja od dłuższego czasu wiedziałam, że muszę się z nim rozstać, każdy mi to powtarzał. Więc w końcu się skończyło, ale jak? Tak, że to on mi mówi żebym nie dzwoniła i wypie*dalała =, że to ja jestem najgorsza i że to moja wina bo nie chciałam z nim mieszkać.
Ja wiem, ze powinnam to olać i się cieszyć że wreszcie się uwolniłam od tego psychola, ale jest mi tak strasznie ciężko o tym wszystkim zapomnieć i przyzwyczaić się do tej nowej sytuacji. Każda chwila wolna była z nim, albo ciagłe telefony. Teraz on się nie odzywa w ogóle ja od kilku dni siedzę zapłakana, w pracy tylko staram się uśmiechać i nie pokazywać niczego po sobie, ale potem wracam do domu i znowu płacz. Nie mogę w ogóle jeść, wmuszam tylko w siebie cos ciepłego, źle sypiam i cały czas o tym psychopacie myślę.
Kurcze dziewczyny jak po prostu to przeżyć? Walczę ze sobą żeby nie zachować się jak ostatnia idiotka i do niego nie wydzwaniać, czy nawet pojechać. To on mnie zdradził, a to ja czuje się winna. To jest chore... ja wiem... ale jakoś musiałam to z siebie wyrzucić. Zaczynam nie mieć do samej siebie szacunku, że tęsknię za takim człowiekiem, że jest mi ciężko i chciałabym z nim porozmawiać po prostu brzydzę się sobą i swoją reakcją.