netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

brak słów.... chory związek, zdrada....

14 odpowiedzi3 191 wyświetleńzałożony przez wylogowana, 13.09.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » brak słów.... chory związek, zdrada....

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 15 ]

1

Temat: brak słów.... chory związek, zdrada....

Witajcie,

aż nie wiem od czego zacząć....
Niecały tydzień temu rozstałam się z facetem z którym byłam od 2 lat. Związek tył istną operą mydlaną. Zaczęliśmy być bardzo szybko razem i do tego bardzo intensywnie - pierwsze miesiące bajka! Cały czas razem, praktycznie u mnie mieszkał. Po etapie tak wielkiej ekscytacji i zauroczeniu przyszła codzienność, ale też było dobrze, byliśmy razem, rozmawialiśmy, spędzaliśmy czas razem. Niestety zaczęły zdarzać się dziwne momenty, przyłapałam go jak przegląda mój telefon, sugeruje że go okłamuję, że się z kimś innym spotykam itp. Oczywiście wyjaśniłam mu,że jestem z nim i go nie zdradzam. Potem zaczęły się kłótnie, kontrole. Jak umawiałam się z koleżankami to on musiał wiedzieć dokładnie z kim się spotykam, dokładny adres gdzie będę o której itp. Praktycznie zawsze jak gdzieś wyszłam on się tam po jakimś czasie zjawiał. Praktycznie wiedział wszystko o mnie co robie, gdzie idę, gdzie jestem. Sama po takich sytuacja zaczęłam sprawdzać mu telefon, wydzwaniać do niego, pytać się co robi - chociaż nigdy nikomu tego nie robiłam. On potrafił do mnie po kilkadziesiąt razy dzwonić dopóki nie odebrałam, potem sama zaczęłam dokładnie to samo robić.
Ciężko było nawet z nim gdzieś wyjść na jakąś imprezę czy spotkanie ze znajomymi, bo jak napił się alkoholu to stawał się zaczepny i agresywny. Więc przestałam wchodzić i spotykać się ze znajomymi, bo albo musiałabym iść z nim albo musiałabym mu się ze wszystkiego spowiadać, a on znienacka by się i tak pojawiał (po jakimś czasie było mi głupio przed znajomymi).
Kiedy mieliśmy gorsze dni on potrafił po prostu iść i się upić, pił dużo - nie codziennie, ale dużo po czym stawał się agresywny.
Raz w takim amoku alkoholowym uderzył mnie, po tej sytuacji odeszłam od niego. Oczywiście wydzwaniał, przyjeżdżał do mnie błagał, przepraszał, mówił że już nigdy więcej - wróciłam.
Poprosiłam go aby przestał pić w ogóle, tak samo inne używki (ponieważ lubił sobie też zapalić i to nie papierosa), namówiłam go na terapię, ponieważ jest to człowiek uzależniony. W końcu uległ, poszedł raz i już więcej nie wrócił na terapie. Po tej sytuacji zaczął mi wmawiać, że biorę narkotyki, że na pewno coś biore i to ja mam problem - ja nawet alkohol pije od święta, a co dopiero narkotyki.
Zaczęły się awantury, mówił mi że mam dziwne oczy takie jakby coś brała itp. W sumie to rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie przynajmniej raz w tygodniu. To była ciągła huśtawka. On dzwonił ja ulegałam, albo ja dzwoniłam on ulegał. Nauczyłam się od niego tego psychopatycznego wydzwaniania, wyzywania (ponieważ wyzwiska były na porządku dziennym). To był straszny okres. Z resztą było w naszym związku tyle chorych sytuacji, że to nawet ciężko opisać, bo myślę że ta wiadomość byłaby za długa.
Największym problemem był brak zaufania i używki. Ja wiedziałam, że to nie jest facet dla mnie wszyscy mi to powtarzali, że powinnam się z nim rozstać, że on nie pasuje do mnie. Różniliśmy się wszystkim, rodzinami, wykształceniem, charakterem pracy - totalnie wszystkim. Każdy się dziwił, że z nim jestem. A ja byłam z nim, chociaż wiedziałam, że nie powinnam. Jak się rozstawaliśmy to mówiłam sobie nareszcie, a potem i tak wracałam. Czułam się jakby to było jakieś cholerne uzależnienie od tego faceta. Wiedziałam, że źle robie ale zawsze wracałam.
Nie mogę powiedzieć, że nie było dobrych momentów bo były, ja się zakochałam, on też mówił że kocha.
W końcu zaczął naciskać żebyśmy mieszkali razem, w sumie to ja u niego pomieszkiwałam, a on u mnie (tak się wymienialiśmy) ale nie chciałam ulec trochę miałam obawy, zwłaszcza że to jest facet który ma wszędzie długi i nigdy nie ma pieniędzy (chociaż pracuje). Powiedziałam mu, że ok ale jak zmieni coś w sobie, jak zacznie mi ufać, jak przestanie pić. Nic z tych rzeczy się nie wydarzyło, on dalej naciskał żeby mieszkać razem - w sumie teraz z perspektywy czasu wiem czemu tak chciał razem mieszkać, żeby jeszcze bardziej mnie kontrolować, bo jak siedziałam sama w domu to też musiał wiedzieć dokładnie co robię, nawet w domu.
Ja wiem, że on jest dup*iem i w ogóle nie zasługiwał na mnie. Poświęciłam mu wiele rzeczy, nawet rodzinę bo oni nie akceptowali jego, więc moje relacje z rodzicami bardzo się pogorszyły. Poświęciłam dla niego praktycznie moje życie które wyglądało zupełnie inaczej dopóki go nie poznałam. Mówiłam mu wszystko, każdą wolną chwilę jaką miałam poświęcałam jemu.
Kilka dni temu miałam wolny dzień w pracy, nie powiedziałam mu o tym bo chciałam mu zrobić niespodziankę że przyjadę do niego tak znienacka z rana z częścią moich rzeczy, żeby jednak dać tą szansę nam i spróbować razem zamieszkać. Otworzył drzwi i od razu na wstępie zaczął mnie wyzywać, że po co ja tu przyjechałam i mam sobie iść. Coś mi nie grało więc na siłę weszłam do niego, otworzyłam drzwi do jego sypialni no i była tam inna kobieta.
Oczywiście poszłam sobie, powiedziałam mu żeby oddał mi tylko pieniądze bo trochę ode mnie pożyczył, oddał część ale jeszcze nie całość.
Nie chce opisywać tutaj jak to dokładnie wyglądało bo jak sobie całą tą sytuację przypominam to łzy same cisną mi się do oczu. Ogólnie zdradził mnie, okazało się później że to nie był pierwszy raz.
Następnego dnia zadzwoniłam do niego żeby oddał mi resztę pieniędzy i moje rzeczy które u niego miałam powiedział, że ok i się odezwie. Nie odezwał się, próbowałam się do niego dodzwonić nie odbiera, nie odpisuje na smsy. Znalazł sobie zastępstwo stąd wiem dlaczego się nie odzywa i nie odbiera.
Ja wiem, że ten związek był chory, były wyzwiska, były szarpania były core sytuacje. Więc ja wiem, ze ten związek był beznadziejny po prostu (nie umiem teraz innego słowa znaleźć oprócz beznadziejności). Ja od dłuższego czasu wiedziałam, że muszę się z nim rozstać, każdy mi to powtarzał. Więc w końcu się skończyło, ale jak? Tak, że to on mi mówi żebym nie dzwoniła i wypie*dalała =, że to ja jestem najgorsza i że to moja wina bo nie chciałam z nim mieszkać.
Ja wiem, ze powinnam to olać i się cieszyć że wreszcie się uwolniłam od tego psychola, ale jest mi tak strasznie ciężko o tym wszystkim zapomnieć i przyzwyczaić się do tej nowej sytuacji. Każda chwila wolna była z nim, albo ciagłe telefony. Teraz on się nie odzywa w ogóle ja od kilku dni siedzę zapłakana, w pracy tylko staram się uśmiechać i nie pokazywać niczego po sobie, ale potem wracam do domu i znowu płacz. Nie mogę w ogóle jeść, wmuszam tylko w siebie cos ciepłego, źle sypiam i cały czas o tym psychopacie myślę.
Kurcze dziewczyny jak po prostu to przeżyć? Walczę ze sobą żeby nie zachować się jak ostatnia idiotka i do niego nie wydzwaniać, czy nawet pojechać. To on mnie zdradził, a to ja czuje się winna. To jest chore... ja wiem... ale jakoś musiałam to z siebie wyrzucić. Zaczynam nie mieć do samej siebie szacunku, że tęsknię za takim człowiekiem, że jest mi ciężko i chciałabym z nim porozmawiać po prostu brzydzę się sobą i swoją reakcją.

2 Ostatnio edytowany przez erty22 (2015-09-13 19:14:44)

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

cusz

muwio, ze jedyny sposub na milosc to inna milosc

A tak na poważnie, to sorry, ale układ nerwowy człowieka pod tym względem jest wyjątkowo perfidny.
Miłość to technika mózgu służąca do tak silnego przyspawania do drugiego człowieka,
żeby pobyć razem kilka lat i odchować potomstwo.
Doznajesz działania mechanizmu biochemicznego zakochania funkcjonującego nieprawdopodobnie aktywnie i intensywnie,
wzmagającego techniki uczenia i przyswajania do jak najsilniejszego nauczenia się drugiej osoby i widzenia
świata przez jej pryzmat. Wściekła samica napompowana adrenaliną i broniąca młodych to przy tym mróweczka.

Masz przejebane, za przeproszeniem. Przynajmniej na razie.

Obraz tego kogoś jest wypalony kwasami typu amfetamina i LSD w neuronach Twojego mózgu. Bynajmniej nie dlatego
że cokolwiek brałaś, po prostu Twoja ukochana głowa włączyła sobie taki tryb pracy po zidentyfikowaniu samca zdatnego
(w opinii Twojej głowy) do prokreacji. To nie Twoja wina, ale masz po prostu pecha że nie wyszło. Bad luck.
Masz depresję czyli najprawdopodobniej rozjechał Ci się cykl serotoninowy (odpowiedzialny za nastrój). Itd itp., na poziomie technicznym.
I Twój układ limbiczny, niezależnie od Twojej woli, identyfikuje Twojej świadomości potrzebę bycia z tym kimś jako naczelną.
Nawet większą czasami niż potrzeba życia.

Jedyny skuteczny patent to czas, bo niestety oduczanie się kogoś nie ma takiego hormonalnego dopalacza
jak podczas zakochania. No, chyba że zakochasz się w kimś innym (ze wzajemnością), w co wątpię.
Musisz dostarczyć swojej głowie nowych wrażeń, niezależnych od byłego. Nie kontaktować się, porzucić
numer telefonu, konto na fejsie, nawet adres mejlowy. Unikać wspólnych znajomych, miejsc, zdarzeń,
nawet ubrań i żarcia. Poszukać wsparcia, czy u rodziny, przyjaciółek, terapeuty czy nawet brać prochy
od psychiatry.

Powodzenia.

PS
O, już wiem. Miłość i zakochanie to taki one-way ticket. Rubel za wejście, dwa za wyjście.
Albo jak w Yansie w ,,Mutantach'', ogień przy wejściu do strefy zakazanej.
Miłość nie boli, jak się na nią zapada, wręcz jest przyjemnie. Ale wypala, jak chce się wyjść.

3

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

Fajnie napisane smile
I super trafne smile
Cykl serotoninowy.... hmmmmm... no tak, mi się też rozjechał... po to są własnie antydepresanty...
najgorsze w tym wszystkim jest to, że mózg "uczy się" nowych sposobów zachowania... niestety... i potem, już nawet przy pierdołach, to może sie powtarzać

4

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

(at) Zorija

Dzięki za odp., w tym poście nazwałem to po raz pierwszy w życiu i uświadomiłem sobie ten parszywy mechanizm.

Człowiek żyje sobie spokojnie, kocha, buduje przyszłość, widzi tylko tą swoją drugą połówkę.
Jest zakochany, zauroczony, przywiązany. Miód i malina normalnie.
Dodajmy jeszcze, że głęboka i szczera miłość jest bezwzględną podstawą każdego normalnego związku.

A potem nagle okazuje się, że ta druga połówka to wprawdzie jest drugą połówką, ale nie jego, tylko kogoś innego.
I nagle ta cała ,,miłość'' staje się obrzydliwym fizycznym, psychicznym i emocjonalnym uzależnieniem,
z którego trzeba się W JEDNEJ CHWILI wyleczyć. Podejrzewam, że wszystkie znane uzależnienia, od używek, narkotyków,
gier, obsesji i inne to są pewne formy działania układu limbicznego czy tam amygdali, a wszystkie są pewnymi namiastkami
miłości (no, w miłości jest np. pełniejsza sensoryka). Dodajmy do tego miłość do dzieci.

Pytanie zdradzającej kobiety do dygoczącego z rozpaczy, zdradzanego męża czy kocha ją i dzieci,
jest jak oblanie bezdomnego psa benzyną i podpalenie. Niezła rozrywka w sumie.

Czyli musimy te jakieś 100TB czy tam EB konfiguracji naszej głowy w jednej chwili przełożyć na nowe tory.
W krótkim czasie (godziny, dni) - niemożliwe. Zatem każdy, kto kocha, ma w sumie pozamiatane. Prędzej czy później, ale jednak.
Każdy i zawsze. No, chyba że zginie w wypadku samochodowym.

Pytanie zatem, czy żyjąc w związku, da się jakoś przygotować na taką ewentualność?
Tylne drzwi, zawór bezpieczeństwa, spadochron? Przekręcamy kluczyk, zaczynamy życie na nowo.
Emocjonalnie przynajmniej.

Obawiam się że nie... więc muszę żyć dalej. Z tykającą bombą w głowie.
K***a mać, szczerze mówiąc.

Pozdrawiam wszystkich zakochanych.
Choć to chyba i tak NTG.

5

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

Kobiety zwykle najmocniej zakochują się w tzw."dupkach","chamach","złych chłopcach",bo zapewniają im ciągłą dawkę silnych emocji,które dla kobiet są jak narkotyk.Przypuszczam,że ten "chory" związek o którym tu Wylogowana pisze, będzie się jeszcze ciągnął długo,bo na zdrowy rozum powinna już dawno pójść w cholerę.Ale nie,kobieta będzie "walczyć","naprawiać","próbować zmienić" faceta.Nic to nie da,faceci się nie zmieniają,wiem to z własnego doświadczenia,bo nim jestem wink Moja rada dla Wylogowanej - "odwyk",czyli rozstać się,będzie boleć,ale krótko,bo kobiety szybciej się otrząsają z tego i szukać mężczyzny,który da dużo "dobrych" emocji.

6

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

To jak właściwie się zachować w związku??
Jesteśmy z kimś kochamy, ufamy wydaje się nam ,że budujemy coś pięknego i nagle JEB. Cały twój poukładany świat pada na pysk.
Czy sama świadomość, że kogoś kochamy i że nam na nim/niej zależy powinna włączyć u nas czerwone światełko i tryb "czuwania".
Czy lepiej nie zaangażować się za bardzo i żyć chwilą jak by to miał być ostatni dzień.

7

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....
Grimm napisał/a:

To jak właściwie się zachować w związku??
Jesteśmy z kimś kochamy, ufamy wydaje się nam ,że budujemy coś pięknego i nagle JEB. Cały twój poukładany świat pada na pysk.
Czy sama świadomość, że kogoś kochamy i że nam na nim/niej zależy powinna włączyć u nas czerwone światełko i tryb "czuwania".
Czy lepiej nie zaangażować się za bardzo i żyć chwilą jak by to miał być ostatni dzień.

Ogólnie? Zależy na kogo trafisz, ale to co piszesz determinuje kilka rzeczy:

- nie opieraj swojego życia na kimś, swojego samopoczucia na kimś, raczej żyj na zasadzie cieszenia się z sukcesów, radzenia sobie z porażkami

- bądź z taką osobą, z którą bedziesz mógł realizować wasz plan (z naciskiem na wasz)

- miej umocowanie w innych rzeczach, żebyś w razie dużej "porażki" nie został z niczym

O uczuciach celowo nie piszę, ale one są ważne bo nie tylko ciągną ludzi do siebie (może to być i porządanie, fascynacja) ale wpływają na sposób rozwiązywania problemów.
Zakładając oczywiście, ze kochanie kogoś oznacza, nie kochanie siebie (jak to wiekszosc ludzi rozumuje, kiedy jest mi dobrze) ale stawianie sie w sytuacji drugiej osoby, co
ona czuje, jak mozna jej pomoc, co mysli, itp. Bo dzis dochodzi do absurdow w stylu, ze zdrada nie ma nic wspolnego z kochaniem partnera. Chyba ze partner sie na to zgadza. Ale owszem ma. Poniewaz sami
nie chcielibysmy zeby nas zdradzano. Robi sie to w ukryciu. Zycie buduje sie klamstwie i obludzie, oszukujac rowniez samego siebie. Niestety, w takiej sytuacji zadnej milosci nie ma,
pomijajac milosc wlasna.

8

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....
Grimm napisał/a:

To jak właściwie się zachować w związku??
Jesteśmy z kimś kochamy, ufamy wydaje się nam ,że budujemy coś pięknego i nagle JEB. Cały twój poukładany świat pada na pysk.
Czy sama świadomość, że kogoś kochamy i że nam na nim/niej zależy powinna włączyć u nas czerwone światełko i tryb "czuwania".
Czy lepiej nie zaangażować się za bardzo i żyć chwilą jak by to miał być ostatni dzień.

Żyć normalnie,kochać,ufać,przebaczać...ale kontrola podstawą zaufania.Ufać bezgranicznie można tylko samemu sobie.Z resztą dorośli ludzie potrafią racjonalnie podejść do tematu,nie jesteśmy dziećmi,żeby nie wyciągać wniosków z pewnych sytuacji itd.

9 Ostatnio edytowany przez erty22 (2015-09-14 23:16:30)

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

(at) maniek

Widzisz to nie takie proste, bo jak kochasz, to Twoje życie wypełnia uczucie i druga osoba.
na jest światem, każda myśl, każda chwila jest nią przeniknięta, każde odczucie, każde doznanie.
W kategoriach technicznych - nie mówię tu o zauroczeniu, a raczej o przywiązaniu.

Możesz zmienić pracę, mieszkanie, ubrania itp itd., ale całego świata nie zmienisz.
Patrzysz w niebo - ona, patrzysz na zieleń - ona. Itp itd. Nie ma jej - patrzysz w niebo - pustka, patrzysz w zieleń - pustka.
Świat staje się PUSTY, kolory blakną, słuch tępieje, węch i smak zanikają.

I nie pomogą dziecinne gesty typu połamanie karty do telefonu, bo będziesz miał świadomość że ONA istnieje i żyje.
A jak jeszcze do tego są dzieci....... łomatko.

(at) Grimm

No, to trudna sprawa. Kobieta generalnie potrzebuje kogoś, kto weźmie ją za twarz (tą emocjonalną). To wymaga zaufania, zżycia, miłości, smykałki i... szczęścia. Jeżeli kobietę zaniedbasz, oddalisz się, nie zaspokoisz odpowiednio, to w niej włącza się aktywność poszukiwania. To nie jest świadome. I jeżeli w takim momencie napotka kogoś, z kim przekroczy iskra, to... masz pozamiatane.

Pomimo tego, że ani Ty, ani ona, ani ten trzeci jeszcze nawet nie zdajecie sobie sprawy. Bo jej mózg już rozpoczął proces zbliżenia się do nowego samca, innymi słowy, ona poczuła zew natury, zdrada emocjonalna i następująca po niej fizyczna jest tylko kwestią czasu.

To jest silniejsze od tego trzeciego, Ciebie, od wszystkich, łącznie z nią samą.
I to nawet nie jej wina, tylko parszywej natury, która w nią ten pogrzany firmware wgrała.

A Ty w pewnym momencie, może jakieś miesiące lub lata później, odnajdziesz się jak inżynierowie w Czarnobylu, gdzie za drzwiami do hali reaktora na górze zobaczyli gwiazdy, a na dole dymiący wulkan (notabene, w momencie kiedy skończyli kontemplować gwiazdy i przeszli do obglądania wulkanu, byli już w połowie drogi na tamten świat). I poczujesz się stokroć gorzej niż gdybyś umierał, bo Ty ten wulkan będziesz miał w głowie.

Zatem, jak żyć przed? Moim zdaniem - najlepsze co możesz zrobić, to kochać. I starać się, najlepiej jak potrafisz.
I nie przejmować się tym, że najprawdopodobniej ona jednak Cię zdradzi, masz prawo do złudzeń, że Twój związek jest jedyny i niepowtarzalny. Bo jest.
Co najwyżej, jak to pisał Hłasko, ... no, tego cytatu nie przytoczę. Nie to forum. Poszukaj w ,,Pięknych Dwudziestoletnich''.

To może żyć samemu? Nie wiem. Są ludzie, którzy potrafią żyć bez miłości. Ale to jednostki.

A jak już do tego dojdzie? Wiesz... Powiem tak. Takiej jazdy, to Ci żadne dopalacze ani używki nie dadzą.
Doceń i wykorzystaj aby się rozwinąć, bo nic tak nie kształci człowieka jak zdrowe cierpienie.
Odnośnie rozwiązania, to będziesz je musiał wymyślić i wypracować SAM.
I będziesz musiał w tym słuchać głosu serca, nieważne w ilu kawałkach, bo tylko ono Ci zostanie.
Głowa będzie wymiksowana, a jaja sam sobie z bólu wytniesz albo rozgnieciesz w imadle.
Okres półrozpadu (półrozkładu?) emocji to jakiś rok: 5 lat i jesteś jak nowo narodzony.

Z sadystycznie rozkosznym pozdrowieniem

10 Ostatnio edytowany przez Zorija (2015-09-15 16:42:20)

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

Erty22, znów brawo smile
Świetnie się czyta Twoje posty.
A dla mnie są jak balsam na moją duszę smile

"doceń i wykorzystaj aby się rozwinąć, bo nic tak nie kształci człowieka jak zdrowe cierpienie" - czy psycholodzy/psychoterapeuci o tym wiedzą?? tongue To najlepsza rada dla wszystkich tych nieszczęśliwych cierpiących... szkoda by było, gdyby się o tym nie dowiedzieli wink i umartwiali nadaremnie...

11

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....
erty22 napisał/a:

Widzisz to nie takie proste, bo jak kochasz, to Twoje życie wypełnia uczucie i druga osoba.
na jest światem, każda myśl, każda chwila jest nią przeniknięta, każde odczucie, każde doznanie.
W kategoriach technicznych - nie mówię tu o zauroczeniu, a raczej o przywiązaniu.

Możesz zmienić pracę, mieszkanie, ubrania itp itd., ale całego świata nie zmienisz.
Patrzysz w niebo - ona, patrzysz na zieleń - ona. Itp itd. Nie ma jej - patrzysz w niebo - pustka, patrzysz w zieleń - pustka.
Świat staje się PUSTY, kolory blakną, słuch tępieje, węch i smak zanikają.

I nie pomogą dziecinne gesty typu połamanie karty do telefonu, bo będziesz miał świadomość że ONA istnieje i żyje.
A jak jeszcze do tego są dzieci....... łomatko.


To tylko /aż człowiek, nie przesadzajmy. Stan umysłu, który opisujesz to odurzenie (w taki sposób postrzegamy wszystko poprzez to co nad odurzyło, przykładem mogą być różowe okulary - patrząc przez nie wszystko ma odcień różowy). Można się odurzyć miłością ale nie trwa to całe życie. Natomiast wszędzie to można dostrzegać "piękno stworzenia" ale nie drugiego człowieka. Drugiego człowieka można dostrzegać w drugim człowieku albo w jego dziełach, skutkach postępowania. Niebo, zieleń nie są ani cżłowiekiem ani jego dziełem.

Stan przywiązania w zupełności nie jest stanem odurzenia. To bardziej stan świadomości czegoś ale nie odurzenia.

Także jak dla mnie, pomieszanie z poplątaniem.

erty22 napisał/a:

I jeżeli w takim momencie napotka kogoś, z kim przekroczy iskra, to... masz pozamiatane.

Co ktoś zrobi zależy od jego umocowania, zasad, umiejętności nieulegania/ulegania podszeptom, opanowaniu emocji. Nie każdy umie żyć świadomie, wielu ulega emocjom albo postępuje (co determinuje ich los) wg. programu podświadomości. Ale też wielu żyje świadomie i nie ulega wszelkim pokusom wiedząc, że granice ich wolności leżą tak, gdzie zaczyna się ranić drugiego człowieka.

Podsumowując piękna bajka/wizja ale jaka egocentryczna.

12 Ostatnio edytowany przez Zorija (2015-09-15 16:41:48)

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

A ja rozumiem Erty22...
Każde "wejście" w miłość to ryzyko...
bo, niestety, przestawia się wtedy coś w naszej głowie...
nie działamy w pełni świadomie i racjonalnie....
A potem coś nie wyjdzie... dostajesz po łbie...
i czeka Cię "roczny półrozkład a 5-letnie dochodzenie do siebie", heheheheee
i to niezależnie od długości trwania związku...
i stanu tej miłości... czy jest jeszcze bardzo namiętna, czy już taka spokojna, stateczna...

Ale czy dlatego nie warto ryzykować?
Czy też warto ryzykować mimo wszystko?

13

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

No cóż ,być może rozwód z orzeczeniem o Twojej winie Zorija smile. To nie złośliwość ,uważaj .Dopóki nie masz rozwodu wszystko się może zdzrzyć .

14

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

Rakija, ja nie piszę o sobie akurat...
Piszę tak ogólnie... że nie ma co zakładać, że będzie tak czy inaczej...
bo wszystko jest wielką niewiadomą i niczego nie da się tak do końca zaplanować

15

Odp: brak słów.... chory związek, zdrada....

Oczywiście miłości nie da się kontrolować,człowiek działa irracjonalnie,przynajmniej przez 2 lata,jak to określili naukowcy,tyle trwa stan odurzenia,potem zaczyna się widzieć wady itd.Jeżeli ludzie staną się też swoimi przyjaciółmi,mają fajny seks,to jest szansa na miłość dojrzałą,tą prawdziwą,i ta miłość nie przysłania całkowicie świata,można działać racjonalnie,czego autorce wątku życzę.

Posty [ 15 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » brak słów.... chory związek, zdrada....

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026