Nie należę do najmłodszych. Mam obecnie 38 lat. Prawie dwa lata temu poznałem kobietę młodą ode mnie o 9 lat. Dzieliło nas 200km.
Początkowo przez 2 tygodnie rozmawialiśmy po kilka godzin. Nasz rekord, ciągłej rozmowy wyniósł 14h. Byliśmy nieprzytomni od rozmowy. Jeździłem do niej kiedy tylko mogłem, odpalałem auto w weekend i fruuu by być z moim skarbem. Skarb czasami do mnie także przyjeżdżał na weekend. Dokładnie po 8 miesiącach zamieszkaliśmy u mnie. Sielanki nie było końca. Jedyne o co wciąż w chwilach jej wątpliwości prosiłem to o PROSZĘ UFAJ MI I WIERZ WE MNIE.
Dokładnie w dniu kiedy się do mnie przeprowadziła postanowiłem "mieć tajemnice". Wydawało mi się na tamten moment, że tajemnice dla których doprowadzę ją na końcu do łez szczęścia...
Rozmawialiśmy o wszystkim, szczerość do bólu ale jednak te "dobre tajemnice" chciałem zachować dla siebie...
I chyba wtedy to się zaczęło...
Postanowiłem, że zbuduję dla nas dom. Od października rozpocząłem starania o pozwolenie. Dla niej, dla nas, dla naszej wspólnej przyszłości. Budowa domu to życiowe wyzwanie, sporo pieniędzy na samym etapie pozwolenia, terminy, niezałatwione sprawy, znów pieniądze... Presja była ogromna a jeszcze utrzymać to wszystko w tajemnicy. I zaczęły się drobne sprzeczki o przysłowiowe pierdoły.
Ja wciąż w głowie, że to robię robię dla nas a tutaj "problemy" dnia codziennego, szklanka w zlewnie nie w zmywarce itp.
Złościłem się. W głowie wciąż miałem pytanie "czego ona ode mnie chce" przeciez tyle dla nas robię! Gdybym wtedy powiedział....
Nie cofnę czasu, nie dam rady....
Później było już chyba tylko gorzej. Kłótnie, ciche dni... a ja poszedłem dalej. Okazało się w marcu, że pozwolenie będzie. Jest decyzja tylko potrzeba trochę czasu. Byłem na doładowaniu! Byłem szczęśliwy nadal nie chciałem podzielić się moim małym sekretem z ukochaną. Chciałem już mając pozwolenie zaprosić ją gdzieś i tam w luźnej rozmowie powiedzieć jej...
Pozwolenie więc miałem "teoretycznie" gotowe. Wtedy zaplanowałem kolejny "sekret". Kupiłem z dnia na dzień aparat. Podarowałem go z dnia na dzień bez okazji tak po prostu. Rozpłakała się bo marzyła o swoim aparacie. Mój sekret polegał na tym, że ja chciałem aby się z nim oswoiła, nauczyła się zmiany obiektywów, robienia zdjęć itp. bo miałem w głowie kolejny plan!
Rozmawialiśmy o dzieciach. Były plany...
Dlatego kiedy znałem pozytywne nastawienie wraz z zakupem sprzętu pojawił się "kolejny" sekrecik.
Zaplanowałem na lipiec wypad do Rzymu, kilkudniowy, taki spontan. Tam chciałem ją poprosić o rękę"...
Między marcem a majem nadal się psuło. Mój stres związany z pieniążkami, organizacją i tym wszystkim wciąż przenosiła na nas chmury kłótni...
Aż strzeliło
Nie dawno, pod koniec maja... W kolejnej kłótni powiedziałem coś co odbije się najprawdopodobniej na zawsze na moim zyciu... W nerwach, kiedy skakaliśmy sobie do gardła powiedziała, że za kilka dni pojedzie do domu na dluzej, ja w nerwach powiedziałem po co ma czekac do niedzieli niech jedzie juz (była środa). Ona spakowała się, juz w calkowitym spokoju rozmawialismy jeszcze chwile. Powiedziala ze musi jechac odpoczac, bierze rzeczy bo musi pomyslec czy bedzie chciala wrocic...
Na drugi dzien juz wiedziala. Wiedziala ze nie chce, powiedziala ze wroci i abym odeslal jej pozostale rzeczy. Powiedzialem ze zbyt wiele abym to odeslal. Dała mi informację, że za kilka tygodni sama po nie podjedzie abym spakował...
Nie potrafię się z tym pogodzić. Biorę winę na siebie, biorę wszystko na siebie, że nie zaufałem jej. To miało być wszystko niespodzianką a moja gęba na kłódkę wszystko posypała...
Mój błąd, że od razu próbowałem dzwonić, pisać, smsowac. Ja po prostu chciałem od razu wszystko wyjaśnić.
W odpowiedzi słyszałem, że zrujnowałem jej życie psychicznie, że jej dom jest teraz tam i ona nie utrzymuje kontaktów z byłymi. Mam do niej nie pisać i nie kontaktować się. Noszę w sobie ogromy ból. Nie potrafię tego znieść. Prosiłem tylko i aż o jedną szansę. Nic więcej. Nie chciałem powrotu od razu, prosiłem tylko o to aby dała mi jedną szansę. Wiem, że będzie sporo czasu musiało upłynąć aby odbudować reputację i zaufanie ale bez szansy jej nie otrzymam.
Pisałem kolejne 5 dni z rzędu. Wyjaśniłem wszystko, dlaczego tak było, że przepraszam iż trzymałem to w tajemnicy...
W odpowiedzi otrzymałem tylko dźwięk spuszczanej wody ![]()
Najbardziej zabolało kiedy powiedziala ze o wszystkim wiedziala, ze czula i swiadomie zrezygnowała... Wiem, że ją zawiodłem i że są to słowa wypowiadane w nerwach...
Wziąłem wolne, od dwóch dni się nie odzywam. Boję się kolejnego spustu. Nie wiem czy mam czekać czy jak wariat pukać do drzwi.
Ciężko sobie to wyobrazic wszystko i brzmi jak tanie romansidło ale takie są fakty.
Czy jest ktoś w stanie mnie pokierować jak odzyskać zaufanie i otrzymać jedną jedyną szansę?
Wiem, że każdy umysł jest inny, nie ma złotego środka. Ja nie odpuszczę, po prostu nie potrafię, nie umiem i nie chcę. Czuję, że to tylko złość z jej strony. Spotkanie nie wchodzi w grę - odmawia. Nawet ja wiem, że to za wcześnie. Ale kiedy uznać, że już nie jest za wcześnie?
Wysyłać co kilka dni paczkę z kilkoma rzeczami i w środku zostawiać list z historią dobrą tych rzeczy? Czy po prostu odesłać wszystko czy nie odsyłać i czekać? Nagabywanie źle bo rany nie są zagojone, oczekiwanie może odebrane zostać jako "brak zainteresowania"...
Nigdy nie myślałem, że znajdę się na takim zakręcie. Zawsze tylko kiwałem głową z niedowierzaniem kiedy czytałem historię innych ![]()
Mario