Na wstępie, przy okazji "pierwszej publikacji" witam wszystkich użytkowników forum.
Dylemat jakim chciał bym się z Wami podzielić i oczywiście ewentualnie wysłuchać konstruktywnych wypowiedzi osób nie związanych bezpośrednio ze sprawą dotyczy różnicy zdań w ogólnym podejściu do życia, tak przeze mnie jak i moją wybrankę.
Naturalnym jest, że nie sposób streścić całości zagadnienia w kilku zdaniach, jednakże postaram się skupić na elementach zasadniczych.
Moją partnerkę i mnie dzieli różnica wieku 10 lat. Ja mam 32 lata, Ona zaś niespełna 23. Zdawałem sobie z tego sprawę w chwili gdy decydowałem się na związek. Niniejsza relacja posiada dość krótki staż - spotykamy się ze sobą od mniej więcej 2 miesięcy. Mimo to uważam, że Dorota (nie zamierzam ukrywać, że nie jest to Jej prawdziwe imię) jest dojrzała jak na swój wiek. Pod wieloma względami, w trakcie toczonych przez nas rozmów wspomniana różnica wieku jest przeze mnie niezauważalna.
No właśnie - komunikacja. W tej kwestii nie mam nic do zarzucenia Dorocie. Sobie raczej również, choć wszyscy wiemy jak bardzo obiektywna jest próba oceny samego siebie.
Wartym zaznaczenia jest fakt, iż jestem typowym ekstrawertykiem. W grupie często pełnię rolę "samca alfa", co będzie dość istotne w dalszej części niniejszej opowieści. Sformułowanie "osobowość dominująca" nie pasuje (chyba) do stylu mojego charakteru w takim stopniu, że lubię traktować swoich rozmówców na równym poziomie i każdorazowo biorę poprawkę na fakt, iż moja opinia niekoniecznie musi/ może być prawdziwa.
Dorota również nie ma oporów w zakresie wymiany poglądów i dyskusji na dowolny temat. Bardzo cenię wiele cech Jej charakteru jak otwartość umysłu, sposób wypowiedzi, czy ogólne zainteresowania.
Poglądy życiowe, zawodowe i plany na przyszłość.
W tym miejscu dochodzimy do sedna problemu.
Dorota posiada duszę artystki, co nomen omen uważam za urocze zjawisko. Niezwykle często łapię się na tym, że jej obserwacje najbliższego otoczenia sięgają znacznie głębiej aniżeli moje. Ja odbieram rzeczywistość przede wszystkim oczami empiryka co nie oznacza jednak, że nie jestem w stanie zrozumieć czy tym bardziej docenić aspektu artystyczno - duchowego, dostrzeganego przez moją wybrankę.
Jej życie przepełnione jest emocjami, które permanentnie analizuje. Zjawisko to ma szereg plusów i kilka, w tym jeden zasadniczy minus. Sprawia bowiem, że moja partnerka niejako tworzy problemy tam, gdzie ja ich nie widzę lub też w sytuacjach, które ja rozwiązał bym w przeciągu przysłowiowych dwóch minut.
Na przestrzeni kilku lat, między innymi ze względu na aspekty zawodowe posiadłem umiejętność wyboru i segregowania priorytetów w tym także priorytetów życiowych. Odnoszę wrażenie, że moja partnerka na dzień dzisiejszy nie dysponuje podobną wiedzą.
Oboje mamy swoje pasje, które staramy się realizować. Jak nietrudno się domyślić oboje musimy również mierzyć się z rzeczywistością dnia codziennego.
Z mojej perspektywy najistotniejszym problemem (wracamy do wątku umiejętności wyboru priorytetów) jest zapewnienie sobie, oraz osobom z mojego najbliższego otoczenia środków i warunków do życia.
Z tego powodu poświęcam relatywnie dużo czasu na pracę i - choć zabrzmi to groteskowo - zarabianie pieniędzy. Z biegiem czasu przywykłem do życia na pewnym poziomie. Wspomniany pieniądz nie jest dla mnie celem samym w sobie, ale środkiem zapewniającym egzystencję zgodną z założonymi standardami.
Dorota oczywiście doskonale rozumie moje podejście. Mało tego. Frustruje ją fakt, że sama nie zarabia na swoje potrzeby. Zatem, niemal od chwili gdy się poznaliśmy próbuję zorganizować Jej pracę mniej więcej zgodną z jej aspiracjami zawodowymi i finansowymi, co pozwoliło by Jej na realizację własnych planów i - jak sądzę - wpłynęło by pozytywnie na Jej psychikę.
Od momentu gdy podjąłem się tego zadania obserwuję u Doroty coś co określił bym mianem "dualizmu potrzeb". Z jednej strony twierdzi Ona, że chętnie poszła by do pracy realizować się na gruncie zawodowym. Z drugiej zaś niemal każda z moich propozycji koliduje (terminami) z Jej zajęciami o charakterze artystycznym.
Problem nie istniał by w sytuacji, gdyby moja wybranka potrafiła selekcjonować zadania zgodnie z ich wartością odnoszącą się do bieżących potrzeb życiowych. Twierdzi Ona jednak, że bez wspomnianych elementów artystycznych (występów, sceny, itp.) nie czuje się spełniona.
Praca zawodowa spada zatem na drugi plan.
Wartym zaznaczenia jest kolejny fakt, który podkreśliłem na samym początku naszej znajomości. Ja w żadnym razie nie poszukuję "utrzymanki". W mojej ocenie związek winien być pewnym układem partnerskim, w którym obie strony potrafią wzajemnie się uzupełniać.
Jednym z elementów, który bezspornie - w mojej ocenie - wpływa na nieco inny sposób postrzegania świata są warunki w jakich przyszło nam dorastać.
Dorota, pomimo że - jak sama twierdzi - posiada rodziców, których kocha najbardziej na świecie popełniła pewne błędy młodości, które mnie pozostają obce (w sferze doświadczeń). W okresie gdy była nastolatką w jej życiu doszło do kilku zdarzeń, które pozostawiły po sobie traumę i wpłynęły na ukształtowanie Jej światopoglądu. Nadużywała alkoholu, prowadziła swobodny i zarazem rozrywkowy tryb życia. W pewnym momencie, na skutek braku zainteresowania i nadzoru ze strony rodziców nie zadbała należycie o swoją przyszłość, zdając się na przysłowiowy los.
Ja natomiast miałem szczęście wychowywać się w domu, w którym jako jedynakowi poświęcano mi masę uwagi i starano się ukierunkować mój charakter w najlepszy - jak sądzili moi rodzice - sposób. Zadbano o moje potrzeby, wykształcenie i perspektywy. Dodatkowym czynnikiem był fakt, że mimo iż dorastałem w dostatku, nigdy nie dano mi szansy stać się członkiem społeczności "bananowej młodzieży" ucząc mnie, że na swoje potrzeby jestem zmuszony zapracować we własnym zakresie. Z tego powodu imponuje mi ludzka zaradność, umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach, czy szacunek do pracy.
Nigdy nie byłem również typem imprezowicza. Nie zrozumcie mnie źle, ja na prawdę potrafię się bawić. Posiadam ogromny zapas pozytywnej energii i jeśli wierzyć głosom otoczenia, na codzień pozostaję zabawny i dobrze wpływam na ludzi.
Oczywiście mam również wady i nie uważam siebie w żadnym razie za "chodzący ideał". Mimo spokojnego usposobienia potrafię poważnie się zirytować (nie, nie jestem furiatem). Niekiedy brakuje mi konsekwencji w działaniu, jednak cały czas pracuję na sobą. Człowiek uczy się całe życie, a ja z każdej porażki staram się wyciągać naukę na przyszłość.
Celem jest dla mnie stworzenie rodziny i otoczenia w sposób, jaki sobie wymarzyłem. Zdaniem Doroty sprawia to, że mój charakter staje się despotyczny. Ja z kolei uważam, że czynnikiem determinującym moje podejście jest wrodzony upór w dążeniu do wyznaczonego celu. Nie bardzo potrafię wyobrazić sobie, że jakikolwiek element niweczy wspomniane wcześniej marzenie. Droga do niego kosztowała mnie bowiem sporo wyrzeczeń, pracy i poświęceń.
Moja wybranka teoretycznie pragnie osiągnąć podobny cel jednak intuicja i logika podpowiada mi, że brak jakiegokolwiek planu działania sprawi, że prędzej czy później będzie zmuszona pogodzić się z porażką.
Ja jestem gotów na wyrzeczenia i bycie elastycznym, jeżeli tylko pozwoli mi to żyć zgodnie z obraną drogą.
W podejściu Doroty dostrzegam jednak pewne sprzeczności, których niekiedy nie sposób pogodzić.
- chciała by wieść wygodne życie, ale sama nie pójdzie do pracy wykraczającej poza Jej zainteresowania;
- krępuje ją korzystanie z moich pieniędzy, jednak ciężko Jej znaleźć zajęcie niekolidujące terminem z zajęciami artystycznymi;
- ma szereg planów związanych ze sferą artystyczną, których realizacja nie jest możliwa bez pieniędzy. Jednocześnie - jak wspomniałem wcześniej - trudno jej podjąć pracę pozostającą bez wpływu na sferę artystyczną (swoisty paradoks);
Tematu oczywiście nie wyczerpałem jednak by nie przedłużać, pytania na które chciał bym znaleźć odpowiedź brzmią następująco:
- czy różnice charakterologiczne jakie nas dzielą są na tyle duże, że możliwość znalezienia wyjścia z sytuacji oceniacie jako minimalną?;
- czy podjąłem się niemożliwego próbując pomóc Dorocie w wyjściu na prostą? Dodam, że owa "prosta" pozostaje swoistą normą wg moich kryteriów i doskonale rozumiem, że każdy może mieć inny plan na własne życie;
- czy powinienem pozwolić swojej wybrance na podążanie własną ścieżką, a samemu skupić się na poszukiwaniu innej partnerki, z którą łączył by mnie wspólny cel?;
- czy może jestem ślepy i nie dostrzegam tego, że moja partnerka wybrała sobie niezły egzemplarz na "sponsora"???;
Z góry dziękuję Wam za przemyślane i sensowne wypowiedzi.
Damian