Cześć,
mój problem polega na tym, że bardzo chciałabym mieć przyjaciół, znajomych. Mam problem na uczelni - ludzie mnie olewają. Podchodzę do nich, zagaduję, uśmiecham się. Nie zawsze do nich podchodzę, nie chcę się narzucać i być przydupasem, ale kiedy już podchodzę, to tak czuję się. Taki problem mam od szkoły podstawowej, na każdym etapie miałam koleżanki, ale po zakończeniu szkoły znajomości kończyły się. Ludzie spotykają się ze mną ( w moim odczuciu), kiedy nie mają innej alternatywy. Kiedy coś im opowiadam, zagaduję - odpowiadają,ale nikt nie zapyta o nic więcej, nie pociągnie tematu. Ja jestem spięta, bo stresuję się i myślę co by powiedzieć wystrzałowego,żeby chcieli mnie poznać. No i tak w kółko. Do psychologa chodzę, twierdzi,że jestem normalna, to ja odrzucam ludzi i jestem przez to agresywna. Odrzucam, bo projektuję w nich to,że mnie nie zechcą i wkładam im gotową wersję jak mnie potraktują no i to jest agresywne. Nie chce na ćwiczeniach, kiedy jest przerwa, siedzieć sama z książką, gdy oni stoją w kupie i zwijają się ze śmiechu. Lubię ich, chociaż jak widzę jak traktują innych, to są dość krytyczni i mało koleżeńscy. Przyjaźnić się z nimi nie muszę, ale chociaż być znajomymi na uczelni. Czuję się jak przydupas, debil, jakbym miała na czole ,,jestem dziwna". Co myślicie? Dalej starać się o ich względy, wypośrodkować to - jak podchodzę do nich, to nie chce mi się śmiać z nimi (chociaż chciałabym się wyluzować i szczerze śmiać się z żartów) bo przejmuję się,że mnie olewają i ten uśmiech jest dość sztuczny. Opcja c - siadam z książką i olewam ich. Idę za nimi czy obok do autobusu - bo jeśli nie podbiegnę do nich, to nigdy nie poczekają, chociaż widzę,że idę za nimi. Zawsze jestem za kimś.