Moja historia jest zapewne taka jakich tutaj już wiele zostało opisanych. W zasadzie gdybym sama taką czytała pewnie kazałabym sie autorce puknąc mocno w głowę i zpaytać czy aby na pewno ma wszystkie klepki równe. No ale jak pokazuje zycie.. człowiek niby wie w co sie pakuje i jakie to może nieść konsekwencje, a mimo wszystko "wsadza rękę w mrowisko" z nadzieją,że jego mrówki nie pogryzą.
Ale do rzeczy..
Ponad 2,5 roku temu poznałam przez Internet ciekawego mężczyznę. Nasza znajomość rozwijała się tak jak tysiące takich znajomości. Masę rozmów o wszytskim, po kilkunastu tygodniach wymieniliśmy sie telefonami.. Nie moglismy sie nagadać zwyczjanie sie zaprzyjaźnilimy.
Po jakimś czaie on zaczał sugerowac byśmy się spotkali. Mieszkamy blisko od siebie więc nie stanowiło to w zasadzie żadnego problemu.
Oczywiście ja odkładałam - bałam się , bo widdziałam do czego to prowadzi - nasze rozmowy zaczynały być bardzo osobiste.
On dojrzały, mądry meżczyzna wziął sprawy w swoje ręce
Zadzwonił i oswiadczył,ze będzie u mnie za godzinę. Oczywiscie nie wpakowął mi się do domu lecz proprosił bym wybrała miejsce i tam będzie na mnie czekać.
No w tej sytuacji.. pomyślałm.. szalony ale ok niech będzie .. W sumie sama marzyłam tez o tym, by w końcu nie widzieć go tylkow kamerce na Skype ale na żywo:)
Pierwsze spotkanie- cudne.. zwyczjana rozmowa jakbyśmy znali się całe życie.. zero stresu..
Był dokładnie taki sam jakieog go "poznałam"
Po tym spotkaniu wszytsko nabrało innego obrotu..
Przyjaźń zaczęła przeradzać się w uczucie i to takie, któego nie czułam chyba nigdy wcześniej.
Żyliśmy swoim dniem codziennym, wpspieraliśmy się w kazdej sytuacji.
każda kobieta może marzyć o tak oddanym, dobrym, czułym mężczyźnie.
Ufałam mu jak nikomu wczesniej..
Jednak.. on jak i zrezta ja.. nadal bywał w tym meijscu w sieci gdzie się poznaliśmy .. Nazwijmy to umownie czatem..
Tam oczywiście brylował, był i nadal jest obiektem westchnien wielu kobiet.
Przeszkadzało mi to.
Zaczęly docierać do mnie sygnały o tym jak wspaniale sobie cyt" romanuje" z kolezankami.
On zaprzeczał..
Twierdził, to tyklo nic nieznaczące znajome..
NO ale nie na tyle, by nie mieć do nich telefonów czy gg
Przełknęłam i to.. Ponieważ mimo wszytsko na każdym kroku udowadniał mis woje oddanie i znosił dzielnie moje fanaberie czy zasypywanie go pytaniami
A ja..zaczynałam być najzwyczajniej w świecie zazdrosna..
I jak się okazało chyba słusznie..
Pirweszy powazny kryzys nastapił po około 2 latach regularnego spotykania sie..
Wówczas zaczął pocieszac naszą wspolną znajomą..
która dowiedziawszy się,że mamy ciche dni. pozstanowiła się do niego zbliżyć.. a on.. coż.. nie opierał się..
Ta kobieta.. powiedziała mi o tym co do niej pisał, że dzwonił, ze chciali się spotkać ect..
zaskoczyło mnie to ponieważ pomimo kłótni ciągle mieliśmy ze sobą kontakt..
No nic to..
Wyjasnił, stwierdził,że to mitomanka.. uwierzyłam..
w miedzy czasie occzywiscie utryzmywał kontakty z paniami z sieci.. niby koleżeńskie ..
Mineło kilka meisięcy juz nie byłam tak ufna.. zwyczjanie straciłam zaufanie..
pojawiła się kolejna " kolezanka"
z która pisał kilka miesięcy ale zapomniał mi powiedzieć o niej;)
A w zasadzie nie chciał mówić, bo bał się mojej reakcji.
Kobieta ta kilkakrotnie pisała do mnie,że mam się pogodzić z tym, że on mnie nie chce;)
pojawia się zawsze razem z nim...
On kolejny raz wypiera się jakichkolwiek kontaktów z nia..
pomimo tego,ze ja jestem przekonana o tym,ze mają bliskie relacje.
Na chwilę obecną sytuacja wyglada tak.. ze formalnie się rozstalismy..
natomiast w praktyce mamy stały kontakt..
On mi sugeruje bym skonczyła z zazdroscią, bo to go zabija..
i to co do mnie czuje..
a z drugiej strony nie robi nic by mi udowodnic,ze się myle..
Niby nie chce byc juz ze mna.. a dzowni, pisze.. o teksnocie.. ect..
Dziwne to..
przedwczoraj psiał ckliwe sms, dzwonił
wczoraj tylko się przywitał i życzył miłego dnia
dzis milczy cały dzien..
Wyjechał na urlop.. ale z tego urlopu jelsi dzownil to nie ze swojego pokoju lecz wychdoził na patio.. twierdzac,ze koledzy siedza i nie moze swobodnie rozmawiac..
Głownym zarzutem jaki mi stawiał to moja nieuzasadniona zazdrość i totalny brak zaufania..
ALe jak mu ufac skoro tyle spraw nie wysjansił..
obawiam się,ze ten urlop spedza nie sam z kolegami ale....
Nie wiem czy dać sobie w końcu z nim spokój i nie pozwolic dalej wodzić się za nos.. czy poczekać aż wróci i liczyć na to,ze łaskawie zechce się ze mna spotkac i pogadać..
Uff ale się rozpisałam...
![]()