Witajcie, jestem 1,5 roku po toksycznej relacji, która mnie zmieniła. Poniekąd dobrze mi to zrobiło, bo przejrzałam na oczy. Z drugiej strony jednak zastanawiam się, czy to co się działo nie było zbyt mocne.
Niedawno przeczytałam książkę ?Nie zależy mu na Tobie? i zmieniła ona moje spojrzenie na moje dotychczasowe związki, a w szczególności na ostatni. Teraz rozumiem, że po prostu mu nie zależało i gdybym to wiedziała od początku, nie zaangażowałabym się. Nie chcę opisywać szczegółów, trochę to przypominało związek z borderlinem. Nie chcę go o nic teraz oskarżać, choć nie potrafię wybaczyć. Gdybym od początku wiedziała, co jest grane, a mianowicie, że mu nie zależy, nie zaangażowałabym się, z przymrużeniem oka traktowałabym jego zachowania i słowa. Nie byłoby tych dramatów. Przecież w gruncie rzeczy taka relacja jest dla obu stron męcząca, jemu nie zależy, ale udaje, mąci i manipuluje dla seksu i bliskości, a ona cierpi, bo ją rozkochał w sobie i teraz raz odpycha a raz przyciąga. Nadszarpnęło to moją samoocenę i samopoczucie i dużo wysiłku kosztował mnie powrót do wcześniejszego stanu, chociaż tak do końca to się nie udało.
Po roku kogoś poznałam, kto próbował wejść ze mną w podobny układ, pomimo że wydaje się zupełnie inną osobą. Nie dałam się tym razem, wiedząc, że nie należy słuchać jego zapewnień tylko zdać się na intuicję i doświadczenie. Dzięki temu uszłam bez szwanku ![]()
To wszystko mam już za sobą. Z pozoru prowadzę miłe życie singla, mam dużo zainteresowań, które sprawiają mi wiele przyjemności, rozwijam się, uczę się wciąż nowych rzeczy, mam fajną prace, jestem niezależna i zadowolona z tego co mam, zaczęłam nawet kolejne studia, mam wiele koleżanek. Podróżuję. Tylko że w środku tak bardzo boli, to co się stało. On teraz jest z inną w związku. Gdy się o tym dowiedziałam, byłam zdziwiona jak bardzo to zabolało. Byłam przekonana, że skoro wiem, jak mnie traktował i że to co mówi niewiele ma wspólnego z prawdą to już zapomniałam. Jednak rozsądek jest słabszy od uczuć.
Boli mnie to, że jest z inną, ale też boję się, że jestem jakaś nienormalna (trochę mi to wmówił) i że się nie nadaję do związku.
Boję się, że nie poznam nikogo komu będzie na mnie na serio zależało. Komu wydam się wystarczająco ładna, interesująca, normalna. Chodzi o to, że nie poznałam dotychczas dojrzałego mężczyzny (niesamodzielnego chłopca owszem), który byłby mną na serio zainteresowany. To głupie, ale gdy mam słabszy dzień to przychodzą mi takie beznadziejne myśli, że nigdy nie poznam kogoś dla siebie, kto będzie ze mnie zadowolony i jednocześnie będzie podobny do mnie, zaradny, będzie dbał o siebie, będzie miał zainteresowania, będzie ciekawy świata, podróży.
Czy któraś z Was miała podobnie, tzn. długie pasmo nieudanych relacji i może poznałyście kogoś z kim było wreszcie dobrze? Myślę, że warto czekać na kogoś takiego nawet długo, tylko żeby nie stracić po drodze nadziei.