Odkąd wyjechałam do innego województwa, na dobra sprawę uciekłam, mój partner znalazł tu pracę, daleko, daleko od domu z każdym płynącym dniem stwierdzam, że nie brakuje mi mojej rodziny, zlepki ludzi, którzy tak naprawdę nigdy nie interesowali się moją osobą. Byłam jak rzecz, którą się przestawia z jednego kąta do drugiego i czasem się ją odkurzy"da kasę na ubranie czy jedzenie". Zarówno matka jak i ojciec żyli i wciąż żyją rodziną siostry mając mnie i moje problemy głęboko. Kiedyś usłyszałam od ojca, że inwestycja - czyli to, że mnie utrzymywał, musi mu się zwrócić. Innymi słowy, ja mam ich wspierać finansowo, dać im lokal, ale do rzeczy; Mielismy interes rodzinny. Oni mieli- matka, siostra, ojciec. a ja w zasadzie też tam pracowałam, ale byłam w tym całym układzie NIKIM. Firma upadła poprzez nieudolne zarządzanie nią poprzez moją siostrę, która dysponowała pieniędzmi na swoje potrzeby, na swoje dzieci, dla reszty już nie było, wydawała na głupoty, byle by jej było dobrze. Wakacje, szkoły prywatne dla dzieci, wszystko szło z kasy firmy..
Ojciec ją ciągle bronił, nawet jak mnie mieszała z błotem. Ona miała mnie tam za nic, a rodzice na to patrzyli..Każde święta Bożego narodzenia matka z ojcem spędzali u siostry w domu, siostra mnie zapraszała, ale nie chodziłam z tego powodu, że tak mnie traktowała.
Siostra czuła się tam bardzo pewnie, kiedyś ojcu powiedziałam czemu jako ojciec nie zareaguje na to, usłyszałam w odpowiedzi, że jak mi nie pasuje, to mogę gdzie indziej szukać roboty. Pracując w interesie zarabiałam nieźle, i nie dlatego bo ojciec mi dawał, ale sama na to zapracowałam. Kupiłam w tym czasie mieszkanie na kredyt, jak firma upadła rodzice stracili swoje mieszkanie, siostra dom. Rodzicom groziła eksmisja. mają komorników na kontach, zarówno matka jak i ojciec, dostają tylko część emerytury.
Zlitowałam się nad nimi, i zamieszkali w tym moim mieszkaniu na kredyt. Było mi ich żal, oboje mają po 70 lat. Ojciec jest mocno schorowany.. Oni opłacają kredyt, a my z partnerem czynsz , prąd, gaz. Tak się umówiliśmy. Popełniłam błąd, powinnam była to mieszkanie wynająć. Mam ich dość. Ciągle się boję, że nie zapłacą kolejnej raty. Dziś jest 15, data spłaty raty, nawet nie chce mi się zaglądać na konto czy matka wpłaciła to..
Całe te stresy rodzinne przpełaciłam nerwicą, bo wiele rzeczy robie wbrew sobie.., uszczęśliwiam innych, będąc samej nieszczęśliwą, nie mam swojego życia.a mam już 30 na karku. Pracowałam w nowym miescie 5 miesięcy poniżej kwalifikacji, ale trafiłam na nie za fajne osoby, klimat chory, obgadywanie, odeszłam z stamtąd.. kilka miesięcy nie mam pracy, miałam takie ataki paniki, ze dorobiłam się agorafobii.. Straciłam kontrole nad swoim sercem, czasem ni stąd ni zowąd przyspieszy i czuję się w wielu momentach nie pewnie.. Czekam na telefon z oddziału leczenia nerwic, ale uprzedzili mnie, że może dopiero grudzień. styczeń. Brakuje mi zajęcia, pracy, pieniędzy... ale po tym wszystkim co mnie spotkało straciłam wiarę w to, ze ludzie mogą być dobrzy.. Boję się żyć, rozumiecie?..
nie chcę ich już znać... łączy mnie teraz z nimi to mieszkanie, to jest chora toksyczna sytuacja..jest szansa, że tutaj zostaniemy na dłużej jak przedłużą mojemu kontrakt, jeśli nie, to pewnie wrócimy, a ja wróciwszy nie będę miała nawet gdzie mieszkać.. z rodzicami nie zamieszkam, bo mieszkanie jest za małe na 3 osoby, a wyrzucić ich też nie wyrzucę..
..
czuję się coraz lepiej jak się nie kontaktujemy, nie chcę żeby do mnie dzwonili.. w ogóle nie chce już kontaktu... nie wiem co z mieszkaniem mam zrobić..
chcę być wreszcie szczęśliwa, chce mieć własną rodzinę, ale jest to trudne bo oni ciążą nade mną jak czarna gówniana chmura...
Obecnie czuję się bardzo źle, ta cala sytuacja plus te negatywne sytuacje w poprzedniej pracy... od 2 tygodnii nie wychodzę z domu.. źle się czuje sama ze sobą.. czasem mam takie dni, że chciałabym odejść na zawsze.. straciłam chęć do życia..