Myślałam że mnie to nigdy w życiu nie spotka... Niestety mój związek chyba zmierza ku końcowi ![]()
Jestem w związku z facetem od 7 lat. 3 lata mieszkamy razem. Nasz związek był dobry. Wiadomo, kłótnie były, ale tylko chwilowo. Zawsze czułam, że jest dobrze między nami, on zawsze traktował mnie z miłością, czułością, byliśmy dla siebie jak przyjaciele, wręcz rozumieliśmy się bez słów!
Dopiero niedawno coś zaczęło się psuc.
Najpierw zaczęło się od seksu - że ja nigdy nie zaczynam, że nie wymyślam nic nowego, że mam opory przed nowymi pozycjami itp. Ale jakoś to było - powoli oswajałam się z tym i byłam coraz pewniejsza siebie w łóżku, choc to dla mnie było bardzo trudne! Ale to chyba zbyt mało...
Potem zaczęło mi brakowac od niego komplementów - tak naprawdę zdałam sobie sprawę, że on już właściwie w ogóle ich nie używa a wręcz zaczął mnie krytykowac. Nie będe tu cytowac słów, ale przytocze ostatnią krytykę. Stwierdził, że ja nawet nie potrafie pomóc mu w doborze ubioru, nie potrafie go ubrac, nie potrafie nic doradzic, że przeze mnie wyglądał by jak wieśniak.
Takich słów padło w moją stronę mnóstwo z jego strony.
Na imprezach, choc wcześniej był spokojniejszy, zaczął byc duszą towarzystwa! Na początku mi to imponowało, cieszyłam się że dobrze się bawi, że inni to lubią. Z czasem dotarło do mnie, że chyba jednak ja jestem trochę w JEGO cieniu...
Zauważyłam to kiedy na weselu u kuzynki ciągle zaciągały go do tańca jakieś dziewczyny - nic by w tym dziwnego nie było, nie byłam nigdy zazdrośnicą, gdyby nie fakt, że w tym momencie ja siedziałam sama przy stole - wtedy coś mnie trafiło! Poczułam się jak jakaś szara myszka, choc nigdy nie miałam kłopotów z atrakcyjnością. Ale pomału trace już pewnosc siebie, wydaje mi się, że nikt mnie nie zauważa, że nawet mój ukochany mnie unika.
Na drugi dzień chwalił się jak to go wszyscy lubią, jak go dziewczyny chwaliły, że dobrze tańczy - tak jakby dosłownie chciał mnie tym wkurzyc, pokazac jaki jest wspaniały, jakie ma powodzenie u kobiet.
Dobija mnie już to wszystko. Nie mam siły rano wstac, codziennie jezdze do pracy na późniejszą godzinę, niż powinnam, nie mam chęci do życia, nic mnie nie cieszy, nie widzę przyszłości, wręcz się jej boje.
Dodatkowo nie opłaciłam kilku rachunków, za niedługo wypada moja obrona pracy magisterskiej a ja ciągle muszę coś w mojej pracy poprawiac i w końcu okaże się, że nie zdąże oddac pracy na czas... Ciągle jest coś nie tak.
To wszystko kumuluje się we mnie tak bardzo, że nie potrafie się wziąc w garsc! Co robic?
Niby jest dobrze, dobrze nam się układa, a za chwilę wszystko wychodzi na wierzch, każdy brud i nasze niedoskonałości, naszego związku.
Jego krytyka w moją stronę, to już chyba codziennosc. Czuje się przez to beznadziejna we wszystkim. Nie wiem co robic? Jak z nim rozmawiac?
Mam 25 lat i dobrze wiem, że kiedy człowiek nie ma szacunku do drugiej osoby, to znaczy że to coś już się wypaliło.
A ja go nadal kocham...
To co tutaj opisałam niby nie jest tragedią - ale jednak to mnie tak boli...
dziś rano nie miałam siły wstac. Potem w pracy siedziałam jak bym była w innym świecie. A teraz siedzę i nie mam na nic siły, żale się tutaj bo tak naprawde nie mam komu.
W dodatku jakby tego było mało - wczoraj pokłóciliśmy się.
Znowu coś zrobiłam nie tak. Nie odzywa się, milczy. Ale teraz to już jest poważna sprawa. Za 2 lata mamy zaplanowany ślub. A Dziś w rozmowie ze swoją matką stwierdził, że ze mną żadnego ślubu nie będzie.
Jestem załamana!
Związek się sypie, a ja nie wiem jak mam to ratowac.
Byłam jego pierwsza poważną dziewczyną i wydaje mi się, że on teraz po tylu latach chce spróbowac czegoś innego. Kobiety na niego lecą, może poczuł, że przy mnie się marnuje? że za mało ja na niego lecę, że mógłby miec tyle kobiet...
Pomóżcie ![]()
Do Moderatorów: Proszę o przeniesienie wątku do Działu: Rozstanie