Chyba muszę się wygadać. Bo czasami jest źle. Bardzo źle. A zauważyłam, że pisanie pomaga mi poukładac myśli. A nie czuję potrzeby pisania pamiętnika. Także przepraszam tych z Was którzy poczują się zmęczeni, zarzenowani i niezainteresowani.
Mam przyjaciól. I tych najbliższych do których mogę zadzwonić z informacją o zwłokach zawiniętych w dywan. I tych bliskich którym czasem popłaczę w rękaw. Mam też znajomych, koleżanki od wyjścia na piwo. I panów z którymi bywam na randkach. Czasem w łóżku. Do tego mam najwspanialszych dziadków na świecie. Mamę z którą po wielkich walkach, kłotniach, a nawet rękoczynach udało mi się zaprzyjaźnić tak, że nie wyobrażam sobie braku jej i jej rad. Mam też brata który na telefon że jestem narąbana i nie wiem co dalej wsiada na motor i jedzie w środku nocy szukać głupiej starszej siostry. Mam też ojca. Jaki jest to jest. Ale jest. Grunt że wiem że kocha.
Nie mam niestety psa. Bo się zdarzyło, że kilka lat temu mojego rozjechali i jakoś nie mogę się przełamać do następnego.
I mam za sobą rozstanie. Wyjście z piekielnego związku. Związku poważnego. Ktory podobno miał być na zawsze. I w którym bardzo dużo płakałam. Nabawiłam się kompleksów. Zostałam stłamszona. I które jeszcze po rozstaniu ciągneło się przez dobre kilka miesięcy kiedy to dawałam sobą manipulowac w imię "przyjaźni z byłym" . Została miłość. I niepokój.
Mam świetną pracę. Pracę w której się spełniam. Którą czuję. Do której chcę wracać. I pasję też mam. I książki z kórymi odpływam. I rower na którym się wyciszam. I sport który daje mi ogromną siłę. Chyba przede wszystkim psychiczną.
A pomimo to siedząc samej w pokoju. Bez niego. Wiedząc że na moje miejsce jest już ktoś inny. W sumie dlaczego miałoby nie być. Minęło już tyle miesięcy. Bo to się zdarzyło przed świętami....
Czuję ogromną przytłaczającą, czającą się za plecami jak czarna pantera gotowa wyskoczyć zza pleców i zaatakowac samotność. Samotność najgorszą, bo wśród ludzi. Taką którą nie pokonują złote rady typu "umawiaj się z facetami" i "wyjdź do ludzi", nie pomaga też "realizuj swoje pasje". Nie płącze przecież całe dnie w poduszkę, a żyje na 150%. Taką która zjada od środka. Powoduje że się zasypia. Czasami przesypia się całą noc. A czasami "budzi się" w środku nocy. Budzi się w cudzyslowiu nie bez kozery. Od kiedy zaczeły się w ex związku koszmary, a potem kiedy ów się rozpadł stałam się fanatyczką tzw. "paraliżu nocnego". Nie życzę nikomu. Najpierw była to czarnowłosa kobieta chodząca po pokoju. Po wyprowadzce zdaża się że jest to on. Siedzi na skraju łózka i powtarza że to jest bez sensu. Albo krzyczy że mnie nie kocha. Albo co gorsza widze go jak mówi że chciał mieć ze mną dzieci. I że jak będę z kimś innym to on tego nie przeżyje. I tak okropne poczucie strachu, że nikt kto tego nie przeżył nie zrozumie. Nie możesz się obudzić. Ruszyć. Zamknąć oczu. Leżysz i czujesz. Kwintesencja koszmaru z koszmarów. A teraz obok niego jest ona.
Pod maska pełnej życia, młodej, całkiem ładnej, zadbanej, wykształconej i teeoretyczniej mogącej wszystko czai się mała zagubiona dziewczynka, umierająca z tęsknoty za toksycznym związkiem. Za mężczyzną który ją stłamsił. Ale który też dał jej nadzieje na dom, rodzinę, miłość. I ona się tego uczepiła jakby.. Yhh brakuje mi słowa.
Nie wiem co jeszcze mam zrobić. Nie jestem w stanie zająć sobie bardziej czasu. Wychodze o 8 wracam o 21-22. I powolutku umieram...
Może ktoś powie, że głupia, że nie ma poważnych problemów, że nie wie czym jest prawdziwa samotność, kiedy nie ma sie nikogo i jest sie sam jak palec. Nie, ja nie jestem sama. Są ludzie. Kochają mnie, lubią, ale chyba nie do końca rozumieją co mam w głowie i dlaczego płaczę po nocach. Mimo maski herosa.