Hej
To mój pierwszy post na tym forum, czytam je od dawna i mam nadzieję, że znajdzie się jakaś dobra duszyczka, która mi coś doradzi.
Problem wygląda następująco - nie mam kompletnie szczęścia w miłości. Za czasów licealnych byłam w trzech rocznych związkach, każdy rozpadł się z innego powodu, raz zostałam rzucona, raz ja porzuciłam, a raz była to obustronna decyzja.
Zrywając ze swoim ostatnim chłopakiem postanowiłam w końcu pobyć dłuższy czas sama, dowiedzieć się czego oczekuję od mężczyzn, skupić się na pracy, nauce, swoich pasjach i generalnie być wolna. Bardzo mi ten stan odpowiadał, ale niestety jak to w życiu bywa ni stąd ni zowąd pojawił się pewien chłopaka na którego punkcie mi kompletnie odbiło. Zależało mi na nim i przede wszystkim na związku, a nie na luźnej relacji, ale niestety jemu nie. Po szybkiej i wnikliwej analizie doszłam do wniosku, że po prostu mu się nie podobałam. Przełknęłam gorzką pigułkę, postanowiłam się nie załamywać i wrócić do swojego samotnego, a jakże udanego życia.
I znowu los sobie ze mnie zadrwił, bo postawił mi na drodze kolejnego Pana do którego serce zabiło mocniej. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo wyszłoby mi opowiadanie na sto stron, więc przejdę do konkluzji. Mimo tego, że z mojej strony nigdy nie było żadnych poszukiwań, to ciągle ktoś stawał na mojej drodze. Nie narzekałabym na tę sytuację gdyby nie fakt, że przez ostatnie dwa lata żaden facet nie był mną zainteresowany na poważnie. Wszyscy chcieli "zaliczyć", albo interesowali się mną, bo im się nudziło. Nie muszę chyba mówić, że takie sytuacje wpędziły mnie w OGROMNE kompleksy. Czasami zastanawiam się czy bardziej nienawidzę swojego wyglądu czy charakteru. Chociaż dochodzę do wniosku, ze jednak wstręt do charakteru przeważa.
Mam ciągłe wrażenie, że faceci lecą na moje walory zewnętrze, a gdy poznają mnie bliżej to okazuję się kompletnie beznadziejną, głupią, bezwartościową dziewczyną i uciekają ode mnie z krzykiem. Nie wierzę w niczyje szczere intencje, uważam że nigdy nikt mnie nie pokocha taką jaka jestem, w ogóle mam wrażenie, że nie zasługuje na miłość, że zakochanie się z wzajemnością nie jest mi pisane. W tym momencie nie mam poczucia własnej wartości, jest ono wręcz na ujemnym poziomie, zamęczam swoich znajomych wywodami na temat swojej osoby i widzę, że pomału mają mnie dość.
Generalnie mam wrażenie, że w kontaktach międzyludzkich na DŁUŻSZĄ metę jestem beznadziejna. Wydaje mi się, że wszyscy mnie obgadują, nie lubią, uważają za idiotkę, krzykaczkę, malkontentkę i nikt nie chce się ze mną zadawać.
Zastanawiałam się nad wycieczką do psychologa, ale nie wierzę żeby umiał mi w jakikolwiek sposób pomóc.
Może wy mi doradzicie co robię nie tak, że nikt nie jest mną zainteresowany na poważnie? Czy jest we mnie coś odpychającego, coś nad czym powinnam popracować?
Zdaję sobie sprawę z tego, że być może wysyłam podświadomie jakieś dziwne sygnały i widać po mnie ogromne zakompleksienie co może skutkować desperacją.
Był okres kiedy czułam się wspaniale i ludzie oraz mężczyźni do mnie lgnęli. Wtedy też znowu odbiło mi kompletnie na punkcie pewnego chłopaka, spotykaliśmy się chwilę jednak on jak spędził ze mną trochę czasu to ode mnie uciekł. Znowu historia się powtórzyła...Nie muszę więc powtarzać, że jest ze mną coraz gorzej, kolejna porażka mnie demotywuję, odbiera mi jakąkolwiek chęć do działania.
Przepraszam za nieskładną wypowiedź, ale chciałam swoje odczucia zebrać w miarę do przysłowiowej "kupy".
Pozdrawiam!