Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru" - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 12 ]

1 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2014-01-31 23:13:59)

Temat: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

To tylko fragment nad którym dziś siedziałam. Przepraszam za antysemickie akcenty, po prostu są w powieści, ja się z nimi nie identyfikuję.


Stevie Smith ?Powieść na żółtych arkuszach papieru?


Casmilus, którego wielkie imię ja skradłam
Którego imię ja tak ukryłam
Bądź miłosierny, pobłażliwy
I jeżeli taka twa wola
Skrzydlo mi daj z którejkolwiek pięty

                 Rozpoczynając tę ksiązke (nie jak nazywają ?ksiażkę? w naszym zawodzie- mają na myśli magazyn), rozpoczynając tę ksiązke, chciałabym jeżeli mogę, chciałabym jeżeli mogę (tak jak Pan Phoebus pisze), chciałabym powiedzieć: żegnajcie wszyscy moi przyjaciele, moi piękni, wspaniali przyjaciele.
A dlaczego?
Poczytaj, czytelniku, poczytaj i sam to sobie rozwiąż.


                 Jestem tutaj w piękny dzień październikowy cwałując na długości Row z Leonie. No tak, proszę nie myśl, że mam dużo pieniędzy. Ale jestem tutaj i tak. I kto za to płaci? Po części to jest tak. Widzisz, można tanio jeździć konno na Row. Na tanim koniu? Niezupełnie. Tu idzie mój koń. Jest lepszy niż ten, którego miałam tego roku w Kornwalii, ten co nazywał się Kismet. Kismet był prawdziwym żarłokiem. Nie szybciej ustąpić, niż zielenina zniknie. Miał podobny do kosy ruch swej długiej głowy, swojej długiej, wężowatej głowy. O, Kismet. Mógł zmieść całą wegetację z muru, szybciej niż jakikolwiek koń jakiego widziałam. Był wielkim koniem, który zrównał z ziemią Księstwo Kornwalii. Powinniście zobaczyć Kismeta zabierającego się do wzrastającej kukurydzy. Nie wyrosła po tym roku już wcale. Mam nadzieję Kismet, że rolnicy widzieli to w podobnym świetle jak ty.
         Ale ten koń na którym teraz jestem, z Leonie wyglądającą szykownie i  utalentowanie obok mnie, ten koń jest dobrym koniem. Pokłada uszy do tyłu i tańczy bokiem w poprzek cienia. To gorący i słoneczny dzień, i nie wydaje się że listopad jest już niedaleko. To gorący, słoneczny dzień ale ziemia pachnie jakby ciągle była pokryta mrozem, a liście są kruchliwe i trzepoczą na niej. Taki to właśnie jest październik. Patrzę na Leonie, ma bardzo dobre ręce ale jej ścisk kolanowy nie jest zbyt- zbyt dobry. Leonie jest Zydówką, ale taką smukłą i mającą chic. Wygląda bardzo elegancko. Ma żółty pulower i płowe bryczesy, a także płowy kapelusz. No i co komu do tego?
           W zeszłym tygodniu byłam na imprezce u Leonie. Rzuciłam okiem. Pomyślałam: jestem jedyną gojką. Był tam dziennikarz i jakiś muzyk i kilku biznesmenów. Ale Zydzi. Wszystko co mogę powiedzieć o Zydach zostało już powiedziane, więc się nie będę rozwijać. Ale miałam moment olśnienia na tej imprezie. Ukłuło mnie to do sedna. Hurra, że jestem gojką! Inteligentny goj jest inteligentniejszy od inteligentnego Zyda. A ja jestem inteligentną gojką, która wie wszystko na ziemi i w niebie. W tym momencie olśnienia byłam jednyną żywą osobą w tym pokoju, najinteligentniejszą osobą w tym pokoju; najinteligentniejszą, żyjącą gojką.
         Czy wszyscy goje w towarzystwie Zydów tak mają? Tak, może tak. A uczucie musisz przygnieść i przeprosić za bycie taką wywyższoną i inteligentną: ja nie potrafię temu poradzić, mój drogi, widzisz jestem gojką. Bierze się to z mojego urodzenia. Mamy niesprawiedliwy świat nierównych szans, nie jak B. Franklin myślał. Ale może on kajał się publicznie, i przepraszał za to, że jest gojem. Byli też Zydzi. Więc położył równość na papierze i miał nadzieję, że to wystarczy, i miał nadzieję, że nikt tego poważnie nie potraktuje. No, i nikt nie potraktował.
         
           Och, jaki piękny jest Londyn teraz w październiku. I jak pięknie jest teraz żyć, jako goj i jako Londynka. Mam wielu żydowskich znajomych. Sprawia to, że czuję się jak Janus, dwutwarzowa. Nikt nie wie, co ja o tym myślę. Jednak zachowuję się jakby wiedzieli, i muszę się kajać i przepraszać, i nie sprawiać wrażenia, że się szczycę szczęśliwym przypadkiem mojego nordyckiego pochodzenia.

Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2014-02-19 14:52:50)

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Nie ma nic bardziej jak wywyższanie się niż ta fałszywa skromność, i nic co przysparza więcej kłopotów, i nic co będzie kłopoty ciągle przysparzało, jak długo ziemia się kręci. Och, uspokuj się teraz, uspokój się. Czyż nie powiedziałam, że co było do powiedzenia zostało powiedziane?

         Co przychodzi mi na myśl teraz, kiedy jadę na tym koniu, który pokłada uszy i tańczy w poprzek cienia, i łypie pełen nienawiści i paniki na białe płoty, jest to wszystko co chce powiedzieć w tej książce, ta myśl, która wierci mnie jak robak, jak robak układu pokarmowego, który ciągnie i wlecze swoją aleksandriańską długość poprzez pięćset jardów udręki. ?Cierpienia Pani Haliburton? to książka, którą czytałam jako dziecko. Czasem myślę, że czytałam za dużo. Wszystkie te tytuły książek, które czytałam siedząc na koniu bujanym. Bicze do góry i bicze pól kierują moją uwagę z powrotem do Kismeta. Pędź koniu bujany, whoa. Ta książka ?Cierpienia Pani Haliburton?. Nie pamiętam nic z tej książki poza tym, że Pani Haliburton- może z dwoma l- miała dostateczną ilość cierpień, które znosiła stoicko z zaciśniętymi ustami do końca, kiedy zainterweniował Bóg i wszystko było w porządku.

          Był inny tytuł, który pamiętam z pokorną wdzięcznością, również jakiś pomniejszy wiktoriańczyk, oto on: ?Zagubiony Pan  Massingberd?, nazywany przez błyskotliwych chłopców w tamtych czasach: ?Zagubiony Pan Missing- Bird?. Wyskocz z czymś lepszym. Było to o baronecie, który wpadł w pułapkę pustego dębu na swoim majątku i tam umarł. I jeżeli przeczytasz tą książkę, zobaczysz jak Opatrzność troszczy się o wszystko, tak, i jak trzyma prawych na odpowiedniej stronie nieszczęścia, i jak dąb dostaje złoczyńcę. Opatrzność tak działa w książkach z tego okresu, które czytałam jako małe dziecko siedząc w bibliotece mojego ojcowskiego dziadka w Scainthness, Lincs.

           Jak bogato niesamowicie smutne były te dni wiktoriańskie, ze smutkiem nie dręczącym nerwów, jak dziś. Jak ja kocham te wilgotne wiktoriańskie perypetie. Lasy    się rozpadają, lasy się rozpadają i upadają, Opary szlochają swój ciężar na powierzchnię gleby, Człowiek przychodzi i ora pola i leży pod nimi, I po wielu latach umiera łabądź. Tak, zawsze ktoś umiera, ktoś płacze, do melodii kapiących laurów, i kapiącego kranu, i rynny kapiącej do kanalizacji, i przygasającego płomienia gazowego migotającego zielonkawo w wilgotnym konserwatiorium.

           A te laury, tak pełne i bliskie wzdłuż podjazdu, tak że ludzka stopa czuła, że coś się za tym kryje. Za krzakami laurowymi leżało ciało Pana Vyvyana Markaby, Baroneta.

             Wtedy myślę o dzikich, mokrych dniach dzikiego, mokrego Lincolnshire Tennysona młodszego. Jak, byli dwaj? Tak, ale mam na myśli młodszego niż ten piesek Starej Królowej. Młodszego i smutniejszego. Och, smutny słodki zbyt słodki Alfred, taki wyniosły, taki dumny i nieprzyjemny.

           I myśląc o tym wszystkim mam wielką nostalgie wobec otwartej kanalizacji, jak zalane tamy które mają tutaj pomiędzy rozmokłymi polami. Jak na obrazku, który miałam jako dziecko. Każdego lata zawsze jechaliśmy do jakiegoś domu nad morzem gdzie zostawiano nam meble i obrazki i szorstką, czystą pościel. I zapach dusznych wiejskich pokoi. No i tam na ścianie był ten obrazek. Objawił się jak Palec Boży. W Lincs, gdzie byliśmy, w Saltfleet. W Norfolk, gdzie byliśmy w Heacham. W Suffolk także, jeżeli dobrze pamiętam powiaty, gdzie byliśmy w  Pakefield, tam był ten obrazek.

           
           Jest to zatopiona, rozległa preria, goniący żółto-błotnisty pieniący się deszczowo- twarogowy potok, jakby wszystkie tamy na świecie się rozerwały, kręcąc się, pchając, skacząc dookoła, nie po chrześćjańsku, zupełnie nie po chrześćjańsku, ale stary element w całej swojej  dzikości, i nic innego niż było przed Rokiem Pańskim, co mogłoby podać powódź w wątpliwość. I jadąc- czkawka koń dobrze spotkane Kismet, whoa do góry, mówię, whoa do góry- jadąc, teraz spokojnie, na górze tego była powódź Małe Dziecię powinno na niej jechać, w kołysce z kotem na górze. No, ja nigdy, popatrz na tego kota, nieważne dz-i-e-c-k-o, czyż nie jest ten kot przebiegły? I wkoło pochłaniająca samotnia i ciemne niebo posyłające deszcz tak solidny, że mógłbyś go jeść. To dziecko w kołysce na tej brunatnej zamiatającej powodzi sprawia, że tęsknie teraz za domem.

3

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Widzę, że nikt nie odpowiada. Co jest niezrozumiałe czy odpychające w tej powieści? Nie jest to typowa narracja, zgadzam się, ale bardzo poetycko maluje nastrój.

4

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Ja się za bardzo nie znam, bo pewnie są na forum prawdziwi znawcy tematu, tylko moim skromnym zdaniem, zbyt rozbudowane kwieciste wypowiedzi sprawiają,że akcja gdzieś się gubi. Malownicze opisy do mnie  przemawiają, ale treści trzeba się doszukać.
Co mnie jeszcze zaskakuje, to niektóre porównania i przenośnie. Przypuszczam, że dobór słów miał szokować?

5

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Ta powieść nie ma akcji. Jest to bardziej taki "strumień świadomości". Co do doboru słów, proszę mieć pretensje do Stevie Smith, bo ja tylko tłumaczę big_smile

6

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Dziękuję za szybką odpowiedź. Jak widać strumienie świadomości nie są dla mnie:)
W takim razie mam pretensję do Stevie Smith (półżartem)
Gratuluję tłumaczenia!

7 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2014-02-21 15:41:42)

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Te dziecinne impresje naprawdę coś znaczą, bo psychoanalitycy cenią się funta za godzinę by o nich mówić. Nie, że mam coś przeciwko psychoanalitykom, zarabiają na życie, i kiedy myślę co pewna kobieta musiała wycierpieć przez Benniego paplającego co mu ślina na język przyniosła przez godzinę każdego dnia, i tylko wolne niedziele, wydaje mi się, że ten funt jest uczciwie zarobiony. Mam Ci powiedzieć o Bennim? Oczywiście powiem Ci o Bennim, i o wszystkich moich przyjaciołach. Spójrz wstecz i zobacz co mówię na początku mojej książku.



           Piszę tę książkę stukając na maszynie, na żółtym papierze. To bardzo żółty papier, i jest to bardzo żółty papier, ponieważ czasem stukam w swoim pokoju w biurze, i papier, którego używam do listów Pana Phoebusa jest błękitny z jego imieniem w poprzek rogu ?Pan Phoebus Ullwater, Bt.?, i te listy Pana Phoebusa są wysyłane na cały świat. Właśnie dlatego piszę na żółtym, pisząc dla swojej własnej przyjemności, a nie wysyłając poprzez urzędniczą pomyłkę po dwa tysiaki do biura brokera w Tekka Taiping, i nie wysyłając do szefa policji z formalną skargą, ani nie śląc do ciotki Agathy prosząc ją, prosząc ją...

              No popatrz jak się niebezpiecznie zrobiło. Jestem prywatną sekretarką. A jak się ma Pan Phoebus? A jak się ma jego...? a jak jest...? Przepraszam ale nie jestem w stanie powiedzieć. Nie, takiej odpowiedzi udzielić nie mogę, częściowo, bo jest to w większej ilości wypadków prawdą. Przepraszam ale nie jestem w stanie powiedzieć. I przepraszam, bo powinnam być. Czuję się prawdziwą desperatką. A wtedy myślę o wielu pilnych rzeczach, które powinnam zrobić. Jest ta robota-robota-robota darcia starych listów. Ale to dotyczy czarno- twarzowego Phoebusa, i drogi Pan Baronet nudzi się szybko jak ja, głupimi, niepotrzebnymi zadaniami, które wcale same nie proszą się o wykonanie.

            I muszę powiedzieć, nieważne konsekwencje, że Herbert, ten wielki łącznik pomiędzy nami dwojgiem, jest na szczęście powodem oboje tak szybko się nudzimy. I czy ja go frasuję niepotrzebnymi wątpliwościami? No nie. Rozkapryszamy się w nudzie do granic absolutnych, on jest w swoim pokoju, ja w swoim, i wyłażąc kiedy nadchodzi czas na herbatę, jak zawsze musi, jakkolwiek przychodzi, czy poprzez dzwonek domowego telefonu czy też dostarczony przez wynajętą dziewczynę, która jest jak anioł miłosierdzia przerywającym orgię nudy, do której moja dusza jest przykuta.

           Musi to być dobra kobieta, ale dobra dziewczyna wystarczy, żeby przywrócić Cię z tej kamiennej pustyni, która leży na skraju krawędzi, gdzie Twoja dusza trzyma się na nitce tuż nad przepaścią. A co jest na dole? Piekło.  I nie mów, że nie wierzysz w piekło bo piekło Ci pięknym odpłaci za nadobne. A wisząc na sizalowym skręcie, nad ciemniejącą przepaścią oświetlnoną niebieskim, elektrycznym błyskiem, jak podczas naprawy linii tramwajowej, wiesz co to za błękitny blask?- pojawia się tam, gdzie idą dusze mądrali, i tam one właśnie wiszą do nadejścia czasu na herbatę, i jasną, uśmiechniętą twarz dziewczyny, która nigdy w takich miejscach nie była, ale która bierze rzeczy prosto, takie jakie są, bez zbytnich ceregieli.

           Kiedy myślę co jest moją pracą, wydaje mi się, że Bóg był bardzo dla mnie dobry. Jak obrazek, który zobaczyłam dziś w amerykańskiej gazecie. Uśmiałam się nad nim. Na nim Niegrzeczna w futrze z norek, a obok niej podstarzały sponsor z książeczką czekową, cały pełen miłości do obdarowywania. A Niegrzeczna właśnie mówiąca co ja powiedziałam, tylko nie tak szczerze jak ja.

             Nie ma w moim życiu podstarzałego sponsora a te, które szukają zramolałych lowelasów mogą się zamknąć i rzucić w kierunku Panny w Butach gotówkę, kosmetyki i księgarnię.

           Pan Phoebus szybko się nudzi. Coś z czego człowiek się cieszy. Stamina niektórych magnatów jest zaskakująca. Zastanawiasz się jak mogą pracować tak ciężko nad statystyką i grafikami, i wszystkowiedzącymi memami. Jak ten Pan ?Imion nie Wymieniam?, który nigdy nie pisze listu krótszego niż siedem stron, z pojedynczymi odstępami. A czy on się nudzi? Nie. Ale trzy sekretarki przez niego przeszły od ostatniej jesieni, a czyż nie powiedziałam, że mamy teraz październik?

8

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Ten Pan Bezimienny ma taką aurę intesnywnej religijności dookoła swojej osoby jak trumna. Każdy jest bratem dla niego, ?wszyscy Kainowie i Abelowie?, jak myślę Pan Spring Rice powiedział, gościu, który był w Brytyjskiej Ambasadzie, nie poeta, którego imię z nim kiedyś pomyliłam. Tak właśnie Pan Bezimienny robi kasę. I robi. I och, jak robi.

           Mam nadzieję, że Pan P. robi duże pieniądze. Och, tak mi na tym zależy. Nie mogłabym lepiej mu życzyć, niż on sam sobie. I jak on sam, nie mogę nic na to pomóc, że go lubię.

         Jedynym sposobem w jaki mogę się rozluźnić jest pisanie telegramów. Mamy sekretny kod, który uprościłam, ponieważ można mieć za dużo dobrej rzeczy. Za dużo eleganckich kroków w nim było, jak w tańcu. Więc go uprościłam, i teraz jest taką czystą grą, dzięki której zapominam, że jest sześdziesiąt sekund pomiędzy nimi.

              W dawnych dniach podwójny pięcioliterowy kod kablowy zabierał do sześciu godzin by go zdekodować. A chłopacy na drugim końcu nie byli tacy błyskotliwi jak my, i częściej niż nie, leniwce siedziały czekając na nadejście konfirmacyjnego listu, i nie przyznając się, że nie potrafili się za niego zabrać. Taka jest człowiecza duma, przyjacielu, nie, Bracie, taka jest człowiecza duma i kruchość. Więc teraz tak go ustroiliśmy i uporządkowaliśmy, że dziecko może go używać, tak proszę Pana, tak, o ile tylko umie liczyć i ma stronę z kodem pod ręką.
Z czasem, pomalutku, się doszkolę i wymyślę kod, który żadnej strony nie potrzebuje, ale można go w myślach zrobić, stojąc na głowie, z jedną ręką zawiązaną za plecami, i zmieniając bieg cyfr zgodnie z datą, widzisz? Proste? Oczywiście, że nie proste.
Jestem w przyszłość patrzącą dziewczyną, i nie stoję w miejscu. ?Prawa, lewa- dusza śpiewa?, napisałam w moim wierszu. To w dniach, kiedy czuję się jak wielka, podskakująca piłka i muszę uważać, żeby ludziom na nerwy nie działać. Ale później wracam do mojego filozoficznego usposobienia, które wszystkich nas czyni całuśnymi.To nie jest zawsze prywatna sekretarka i magnat, którzy nie starają się uprzykrzać życia innym. Ale jeżeli to oni tak robią, to czujesz, że istnieje coś  na tym świecie poza brudem, jak to cynicy nazywają.
Teraz Czytelniku, nie staraj się wyszukiwać imion do tego wszystkiego. Nie ma osoby czy rzeczy w tej książce, która by wystąpiła poza nią. To wszystko siedzi w mojej głowie. I nie poluj jak feralny kot na niegodziwą zawiść, bo możesz ją znaleźć w sobie, jeżeli masz taką głowę jak ja. I nie desperuj także. Pamiętaj co powiedziano w czternastym wieku: ? Kwaśność zatruwa potok duszy?.
Nie jestem kimś, kto zabiera robotę ze sobą, po godzinach. Jestem szczęśliwą dziewczyną i mam wielu przyjaciół poza biurem, o czym jak mówiłam powiem Ci później. Co mi najbardziej imponuje w moich przyjaciółkach, to to co znajduję w Harriet. Sprawia, że się śmieję. Po drugie, ma ona wielkie poczucie szyku. Po trzecie, cudownie jest ją odwiedzać.
Czy powiedziałam Ci, że nazywam się Pompey Casmilus? Ochrzczono mnie Cierpliwość (Patience), ale kiedy dorosłam i się wyprowadziłam do Londynu, zaczęto nazywać mnie Pompey. I pasuje to do mnie. Jest coś krzykliwego i dekadenckiego, i pozwolę sobie powiedzieć, eleganckiego w imieniu Pompey. Powalony rzymski posąg. Jeden z tych rzymskich chłopaków, którzy stracili na inwestycjach i zaczęli chodzić po przyjaciołach za darmowym posiłkiem, i wypełniali dzięki nim dziury w budżecie, by koła się kręciły.
Nie przeszkadza mi, że jestem szczęśliwą dziewczyną i ludzie mnie zabawiają bez problemu, w jeden sposób czy inny. Wielu moich przyjaciół, śmieszne jak to wyszło, wyprowadzili się na wieś. Więc teraz jeżdżę na weekendy i nabieram nowych perspektyw na życie. I nie ma ani jednego, u którego nie byłoby uroczo przebywać, oprócz niektórych, o których nie napiszę tu, żeby nie psuć nastroju.
Oczywiście, wszystko będąc jak jest dziś, nie można tak żyć wiecznie. Chociaż parę lat temu, po wojnie, był sobie Cyril Gąbka, który był niesamowicie sprytny i zrobił z tego pełny etat na życie. No ale jeżeli pójdziesz taką drogą, to tracisz całą wolność na komunię dusz, jaką ja mam. Pomyśl o Cyrilu. Był kuzynem mojego kuzyna z USA, który ożenił się z dziewczyną w 1920 roku, jak dobrze pamiętam. Ona nazywała się Gladys, ale takie imię nie było odpowiednie, więc zmieniła je później na Prunella, co brzmi o wiele lepiej, ale niestety niesie ze sobą asocjacje, jak czytam u Maxa Nordau, z układem pokarmowym (wyjaśnienie ode mnie: Prunella- prunes czyli śliwki suszone, naturalny środek na zatwardzenie). A co Ty o tym wiesz Panie- Największy-Wrogu-Eliminacji-Celio-Celio-Swift?
No więc ten mój kuzyn, który jest mężem Prunelli, zrobił pieniądze. A im więcej robił, tym więcej zrobił. A im więcej zrobił, tym więcej Prunella chciała od niego i tym bardziej sztuczkami je od niego wyciągała. A on mógł iść gdziekolwiek i nikt nic nie widział. I ona też mogła. I nikt nic. Oni byli po prostu wspaniali, dziękujemy bardzo. I zawsze robili więcej i więcej pieniędzy, i mieli dwójkę dzieci, i Prunella pilnowała, żeby od początku były odpowiednio wychowywane. No i były. ?Moja droga, nie jest on jak angielski gentleman? Nigdy byś się nie domyśliła.? Nikt się nie domyślał. Nic a nic. Nikt nie wiedział. Kogo to obchodzi?
Prunella zadbała, żeby od razu dzieci czytały odpowiednie książki. Czy wiesz jakie pomyje oni wylewają dla bachorów w BBC? Takie z otwartymi oczami, słodko-stokrotkowe i młodo-poważne, i słodki słodki zapach dzieci, jak Medea powiedziała w momencie kiedy wbiła nóż w ich dwoje, by zrobić Jasonowi na złość. Ale oczywiście oni nie byli małżeństwem. Kochana, na tym polega różnica. Tylko emocjonalny karierowicz potrafi zwiać z obcokrajówką i ? nie troszczyć się o ślub. A my wszyscy wiemy jacy są emocjonalni karierowicze, szczególnie jeżeli noże wkoło leżą.
Ale czy koniecznym jest rozwodzić się nad tymi okropnymi, okropnymi sprawami, kiedy tyle jest życia w tych okrąglasto- oczowatych i słodko-stokrotkowych? Czyż jest? A czyż one nie są?
Kiedy dzieci miały po sześć i cztery lata, Cyril podupadł:
Jak spada żwirowa pardwa
Z jasnego nieba
Czy jasnooki jastrząb
Wypatrzający poprzez niebios przestworza
Mniejsze istoty, uformowane i wspierane
Przez drogich bogów dla ich przyjemności
W dół leci poprzez cesarski błękit
I bierze co do niego należy
Co prawnie,
Czas, miejsce, okoliczności harmonijne
Kaduczą w niego
Poprzez starzenie się zmęczonego świata.
Ta część, od ?podupadł? jest wierszem, który napisałam w ten sam sposób jak ten inny, którego nikt nie opublikował. To robi dwa. Chociaż ta ostatnia część jest fragmentem z niedokończonego manuskryptu, 26 stron, pojedyncze odstępy, odłożonego do czasu aż dojżeje. Przeczytaj ten fragment znowu, aż pojmiesz Cyrila, całego Cyrila i nic oprócz Cyrila. Zawsze oczywiście mutatis mutandis- co i tak jest robotą należącą do czytelnika.
Cyril wpadł by spędzić czas z rodziną na weekend. I tak wpadał i wypadał, aż umarł dwa lata temu mdlejąc. Czyż nie jest to dobry obrót spraw, patrząc, że nigdy tego nie próbował przedtem, przynajmniej nie na tym kuzynie?
Wpadł mu ten pomysł do głowy kiedy zobaczył imię mojego kuzyna w broszurze, jakiś półgłówek wrzucił do skrzynki na listy pewnego dnia. Ha, ha, czy Cyril gwarantował ją? Nie, nie on. On studiował na niej. On studiował na Niani, i na pomocy matki, i na ciasteczku. Taki to charakter miała ciasteczko. Charakter, jak to stare ciasteczko, pamiętam ją dobrze, który pomaga budować reputację mienia racji w społeczeństwie. I studiował ich bardzo dokładnie. I nauczył dzieci grać w brydża, kiedy Prunella i mój kuzyn chcieli mieć wolny dzień, a Niania zostawała ze swoją chorą , zamężną siostrą, jak to zwykle wypada. On też wygladał dobrze. Mam na myśli przystojnie, nie tylko zdrowo. No, nie żeby coś było nie tak ze zdrowiem Cyrila, nawet nie szept czy skrzyp, do kiedy padł na omdlenie w ich obecności, jak powiedziałam. I on pomógł Pru z ogrodem, którym tak się zajmowała, a który wyglądał tak dobrze na wsi w której mieszkali.
Pamiętam jak zostawałam tam na weekendy, tylko jak amatorka, żeby nie odciąć Cyrila, chociaż on i tak czuł się zagrożony. I wpadłam na pomysł, że muszę dokonać wglądu w ogrodnictwo. Więc zapytałam Prunellę o imiona tego co sadzi. I pamiętam to bardzo dobrze: Anchusa. I czy pamiętam, że miała błękitne kwiaty?

9

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

OK, zamierzam tą powieść przetłumaczyć do końca, ale trochę mnie to martwi, że nikt się nią w sumie nie interesuje.

Dajcie mi namiary na coś co chcielibyście, żeby było przetłumaczone z angielskiego.

10

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Ta powieść jak widzę  mnie raczej nie interesuje, ale widać, że dobrze tłumaczysz smile

"Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła"

Wisława Szymborska

11

Odp: Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Ludzie czytają różne rzeczy. Nawiąż kontakt z jakimś wydawnictwem. Mogą Ci coś zasugerować. Dla siebie tłumacz co chcesz. Inaczej to wygląda jak się to robi dla pieniędzy. Pozdrawiam. Trzymam kciuki.

Ruda wiolonczela, radosna i szczera.
Supergirls don't cry, supergirls just fly.
Witches don't need drugs to fly.

Posty [ 12 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » Tłumaczenie Stevie Smith "Powieść na żółtych arkuszach papieru"

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018