WIDOK ZE WZGORZA
M. R. James
Jak przyjemnie być samemu w wagonie pierwszej klasy, w pierwszy dzień długich wakacji, obijając się poprzez angielski krajobraz, który jest nieznany, zatrzymując się na każdej stacji. Macie mapę otwartą na kolanach i wybieracie sobie wioski leżące na prawo i lewo wieży kościelnych. Podziwiacie absolutny spokój witający was na każdym przystanku, przerywany jedynie chrzęstem kroków na żwirze. Jednak może najlepiej doświadczać tego po zachodzie słońca, a podróżnik, którego mam na myśli jechał spokojnie w słoneczne popołudnie drugiej połowy czerwca.
Znajdował się w głębi wiejskiego krajobrazu. Nie muszę być bardziej dokładny niż zasugerować, że jeżeli mapę Anglii podzielicie na na cztery części, moglibyście go znaleźć w południowo- zachodnim rogu.
Nasz pasażer był człowiekiem o akademickiej profesji, którego semester się właśnie zakończył. Jechał na spotkanie nowego przyjaciela, starszego niż on sam. Spotkali się po raz pierwszy podczas oficjalnego interesu w mieście, odkryli, że mają wiele gustów i zwyczajów wspólnych, polubili się a jako rezultat pojawiło się zaproszenie ze strony Dziedzica Richardsa do Pana Fanshawa, które teraz się uskuteczniało.
Podróż skończyła się około piątej. Fanshawe został poinformowany przez pogodnego, gminnego konduktora , że samochód ze dworu był już na stacji i zostawił wiadomość, że coś musiano pobrać pół mili dalej i czy jaśnie pan nie mógłby poczekać aż wrócą?
-Ale, widza, kontynuował konduktor -Pan ma swój rowyr, i kraśniej Panu bydzie jechać do dwora samymu. Prosto tom drogom tutej i potym pirwsza w lewo- to mnij niż dwie mile- a jo przypilnuja co Wasze rzeczy włożom do samochodu. Pan mi wyboczy co ja to wspomnioł ale to pikny wiczór na jazda. Tak Panie, bardzo dobra pogoda dla snianowników. Niech mi Pan do zoboczyć, mom Pana bilet od rowyra. Dziękuja Panu wiela, nie straci Pan drogi, etc., etc.
Dwie mile do dworu były tym co było potrzebne po dniu spędzonym w pociągu by rozwiać uczucie senności i wdrożyć chęć na herbatę. Dwór, kiedy pojawił się na horyzoncie, obiecał także miejce cichego wypoczynku po dniach spędzonych na komitetach i zebraniach w collegu. Nie był ani ekscytująco stary ani depresyjnie nowy. Sciany pokryte tynkiem, okna przesuwne, stare drzewa, gładkie trawniki, to były rzeczy jakie Fanshawe zauważył kiedy wjechał na podjazd. Dziedzic Richards, krzepki mężczyzna po sześćdziesiątce, czekał na niego na ganku, z widocznym zadowoleniem.
-Najpierw herbata- zagaił- czy może wolisz Pan coś zimnego? Nie? Tak więc, dobrze, herbata jest gotowa w ogrodzie. Chodź ze mną, zabiorą twoją maszynę i odłożą ją na bok. Zawsze spożywam herbatę pod lipą, nad strumieniem, w dzień jak dzisiejszy.
Nie mogłoby być to lepsze miejsce. Letnie popołudnie, cień i zapach wielkiej lipy, chłodna, wirująca woda w odległości pięciu jardów. Długi czas upłynął zanim którykolwiek zaproponował by się ruszyli. Ale około szóstej Pan Richards wyprostował się, opróżnił fajkę i rzekł:
- Popatrz Pan, jest dostatecznie chłodno by pomyśleć o spacerze, jeżeli masz ochotę? Tak więc co sugeruję to pójdźmy do parku a potem na wzgórze, z którego będziemy mogli pooglądać okolicę. Weźmiemy mapę i pokażę ci gdzie co jest, żebyś mógł pojechać na tej swojej maszynie, albo możemy zabrać samochód- zależy czy chcecie użyć ruchu czy nie. Jeżeliś gotowy, chodźmy teraz, a będziemy z powrotem przed ósmą, bez większego wysiłku.
- Jestem gotowy. Chciałbym jednak zabrać swoją laskę i czy nie ma Pan przypadkiem binokularów? Ja moje pożyczyłem tydzień temu i jegomość co je wziął wyjechał Bóg wie gdzie, razem z nimi.
Pan Richards zadumał się.
-Tak- powiedział- mam ale nie jest to obiekt, którego sam bym używał i nie wiem czy będzie dla Pana odpowiedni. Są staromodne, dwa razy cięższe niż je dziś robią. Zapraszam do wzięcia ich, ale sam ich nosił nie będę. A tak na marginesie, czego chcecie się napić po kolacji?
Jakiekolwiek protesty, że wszystko by było w porządku, zostały zgniecione i zadowalająca konkluzja osiągnięta w drodze do przedsionka, gdzie Pan Fanshawe znalazł swoją laskę a Pan Richards, po pełnym namysłu skubaniu dolnej wargi, sięgnął do szuflady w stole i wydobył z niej klucz, przeszedł na krzyż do szafki w boazerii , otworzył ją, wziął z półki skrzynkę i położył ją na stole.
- Binokulary są w środku- rzekł- i trochę ambarasu jest z otwieraniem jej, ale kompletnie zapomniałem jak się to robi. Pan spróbóje.
Pan Fanshawe spróbował. Nie było dziurki na klucz, skrzynka była solidna, ciężka i gładka: oczywistym było, że coś trzeba było nacisnąć by się otwarła.
- Rogi- wymamrotał do samego siebie- są najpewniejszymi miejscami, i piekielnie ostre te rogi też są- dodał, po czym włożył kciuka do ust po tym jak naciskał mocno na dolny róg.
- Co się stało?- wyartykułował dziedzic
- A co? Waszya ochydna skrzynka Borgiów zadrapała mnie, niech ją diabli wezmą!- wykrzyknął Fanshawe.
Dziedzic zarechotał bezdusznie.
- Przynajmniej żeś ją otworzył- powiedział.
- No a jak! Nie żałuję paru kropel krwi w dobrej sprawie, a oto binokulary. Są naprawdę ciężkie, jak mnie Pan zapewniałeś, ale myślę, że dam radę je nieść.
- Gotowy?- zapytał dziedzic- Chodźmy więc; wyjdziemy poprzez ogród.
Tak więc wyszli i dotarli do parku, który wznosił się zdecydowanie w kierunku wzgórza, jak Fanshawe zauważył z pociągu, dominującego cały krajobraz. To był wykwit większego pasma, leżałącego poza nim. W drodze, dziedzic, który był znawcą wykopalisk, wskazywał wiele miejsc gdzie wykrywał albo imaginował sobie ślady wojennych okopów i tym podobnych.
- A tutaj- rzekł, zatrzymując się na mniej więcej równej działce otoczonej kręgiem drzew- jest rzymska willa Baxtera.
-Baxtera?- zaciekawił się Fanshawe.
- Zapomniałem; nie wiesz o nim. To ten wiekowy jegomość, do którego należały te binokulary. Jestem przekonany, że sam je zrobił. Był zegarmistrzem w wiosce, prawdziwym antykwariuszem. Mój ojciec pozwalał mu szperać gdzie chciał , a kiedy dokonał jakiegoś znaleziska, to pożyczał mu chłopa albo dwóch by pomóc mu w kopaniu. Zdumiewająco wiele artefaktów znalazł i kiedy umarł, około dziesięć czy piętnaście lat temu, kupiłem wszystko i dałem w prezencie do miejskiego muzeum. Odwiedzimy je któregoś dnia i rzucimy okiem. Binokulary były w inwentarzu, ale oczywiście zatrzymałem je. Jeżeli się im przyjżysz, zobaczysz, że to amatorska robota- przynajmniej opakowanie; oczywiście, on nie zrobił soczewek.
- A tak, widzę, że jest to coś, co sprytny rzemieślnik w innej linii zatrudnienia mógł stworzyć. Ale nie rozumiem dlaczego są takie ciężkie? I naprawdę Baxter odkrył rzymską willę?
cdn- tłumaczyłam dzisiaj, ale to trudna, niejako mało ekspresyjna proza i potrzebuję ze trzy dni by skończyć ![]()