netkobietyWszystkie działy
Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek

Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

15 odpowiedzi4 981 wyświetleńzałożony przez Beyondblackie, 20.11.2014

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 16 ]

1

Temat: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

WIDOK ZE WZGORZA
                                                        M. R. James

Jak przyjemnie być samemu w wagonie pierwszej klasy, w pierwszy dzień długich wakacji, obijając się poprzez angielski krajobraz, który jest nieznany, zatrzymując się na każdej stacji. Macie mapę otwartą na kolanach i wybieracie sobie wioski leżące na prawo i lewo wieży kościelnych. Podziwiacie absolutny spokój witający was na każdym przystanku, przerywany jedynie chrzęstem kroków na żwirze. Jednak może najlepiej doświadczać tego po zachodzie słońca, a podróżnik, którego mam na myśli jechał spokojnie w słoneczne popołudnie drugiej połowy czerwca.

Znajdował się w głębi wiejskiego krajobrazu. Nie muszę być bardziej dokładny niż zasugerować, że jeżeli mapę Anglii podzielicie na na cztery części, moglibyście go znaleźć w południowo- zachodnim rogu.

Nasz pasażer był człowiekiem o akademickiej profesji, którego semester się właśnie zakończył. Jechał na spotkanie nowego przyjaciela, starszego niż on sam. Spotkali się po raz pierwszy podczas oficjalnego interesu w mieście, odkryli, że mają wiele gustów i zwyczajów wspólnych, polubili się a jako rezultat pojawiło się zaproszenie ze strony Dziedzica Richardsa do Pana Fanshawa, które teraz się uskuteczniało.

Podróż skończyła się około piątej. Fanshawe został poinformowany przez pogodnego,  gminnego konduktora , że samochód ze dworu był już na stacji i zostawił wiadomość, że coś musiano pobrać pół mili dalej i czy jaśnie pan nie mógłby poczekać aż wrócą?

-Ale, widza, kontynuował konduktor -Pan ma swój rowyr, i kraśniej Panu bydzie jechać do dwora samymu. Prosto tom drogom tutej i potym pirwsza w lewo- to mnij niż dwie mile- a jo przypilnuja co Wasze rzeczy włożom do samochodu. Pan mi wyboczy co ja to wspomnioł ale to pikny wiczór na jazda. Tak Panie, bardzo dobra pogoda dla snianowników. Niech mi Pan do zoboczyć, mom Pana bilet od rowyra. Dziękuja Panu wiela, nie straci Pan drogi, etc., etc.

Dwie mile do dworu były tym co było potrzebne po dniu spędzonym w pociągu by rozwiać uczucie senności i wdrożyć chęć na herbatę. Dwór, kiedy pojawił się na horyzoncie, obiecał także miejce cichego wypoczynku po dniach spędzonych na komitetach i zebraniach w collegu. Nie był ani ekscytująco stary ani depresyjnie nowy. Sciany pokryte tynkiem, okna przesuwne, stare drzewa, gładkie trawniki, to były rzeczy jakie Fanshawe zauważył kiedy wjechał na podjazd. Dziedzic Richards, krzepki mężczyzna po sześćdziesiątce, czekał na niego na ganku, z widocznym zadowoleniem.

-Najpierw herbata- zagaił- czy może wolisz Pan coś zimnego? Nie? Tak więc, dobrze, herbata jest gotowa w ogrodzie. Chodź ze mną, zabiorą twoją maszynę i odłożą ją na bok. Zawsze spożywam herbatę pod lipą, nad strumieniem, w dzień jak dzisiejszy.

Nie mogłoby być to lepsze miejsce. Letnie popołudnie, cień i zapach wielkiej lipy, chłodna, wirująca woda w odległości pięciu jardów. Długi czas upłynął zanim którykolwiek  zaproponował by się ruszyli. Ale około szóstej Pan Richards wyprostował się, opróżnił fajkę i rzekł:

- Popatrz Pan, jest dostatecznie chłodno by pomyśleć o spacerze, jeżeli masz ochotę? Tak więc co sugeruję to pójdźmy do parku a potem na wzgórze, z którego będziemy mogli pooglądać okolicę. Weźmiemy mapę i pokażę ci gdzie co jest, żebyś mógł pojechać na tej swojej maszynie, albo możemy zabrać samochód- zależy czy chcecie użyć ruchu czy nie. Jeżeliś gotowy, chodźmy teraz, a będziemy z powrotem przed ósmą, bez większego wysiłku.

- Jestem gotowy. Chciałbym jednak zabrać swoją laskę i czy nie ma Pan przypadkiem binokularów? Ja moje pożyczyłem tydzień temu i jegomość co je wziął wyjechał Bóg wie gdzie, razem z nimi.

Pan Richards zadumał się.

   -Tak- powiedział- mam ale nie jest to obiekt, którego sam bym używał i nie wiem czy będzie dla  Pana odpowiedni. Są staromodne, dwa razy cięższe niż je dziś robią. Zapraszam  do wzięcia ich, ale sam ich nosił nie będę. A tak na marginesie, czego chcecie się napić po kolacji?

Jakiekolwiek protesty, że wszystko by było w porządku, zostały zgniecione i zadowalająca konkluzja osiągnięta w drodze do przedsionka, gdzie Pan Fanshawe znalazł swoją laskę a Pan Richards, po pełnym namysłu skubaniu dolnej wargi, sięgnął do szuflady w stole i wydobył z niej klucz, przeszedł na krzyż do szafki w boazerii , otworzył ją, wziął z półki skrzynkę i położył ją na stole.

-  Binokulary są w środku- rzekł- i trochę ambarasu jest z otwieraniem jej, ale kompletnie zapomniałem jak się to robi. Pan spróbóje.

Pan Fanshawe spróbował. Nie było dziurki na klucz, skrzynka była solidna, ciężka i gładka: oczywistym było, że coś trzeba było nacisnąć by się otwarła.

- Rogi- wymamrotał do samego siebie- są najpewniejszymi miejscami, i piekielnie ostre te rogi też są- dodał, po czym włożył kciuka do ust po tym jak naciskał mocno na dolny róg.

- Co się stało?- wyartykułował dziedzic

- A co? Waszya ochydna skrzynka Borgiów zadrapała mnie, niech ją diabli wezmą!- wykrzyknął Fanshawe.

Dziedzic zarechotał bezdusznie.

- Przynajmniej żeś ją otworzył- powiedział.

- No a jak! Nie żałuję paru kropel krwi w dobrej sprawie, a oto binokulary. Są naprawdę ciężkie, jak mnie Pan zapewniałeś, ale myślę, że dam radę je nieść.

- Gotowy?- zapytał dziedzic- Chodźmy więc; wyjdziemy poprzez ogród.

Tak więc wyszli i dotarli do parku, który wznosił się zdecydowanie w kierunku wzgórza, jak Fanshawe zauważył z pociągu, dominującego cały krajobraz. To był wykwit większego pasma, leżałącego poza nim. W drodze, dziedzic, który był znawcą wykopalisk, wskazywał wiele miejsc gdzie wykrywał albo imaginował sobie ślady wojennych okopów i tym podobnych.

- A tutaj- rzekł, zatrzymując się na mniej więcej równej działce otoczonej kręgiem drzew- jest rzymska willa Baxtera.

-Baxtera?- zaciekawił się Fanshawe.

- Zapomniałem; nie wiesz o nim. To ten wiekowy jegomość, do którego należały te binokulary. Jestem przekonany, że sam je zrobił. Był zegarmistrzem w wiosce, prawdziwym antykwariuszem. Mój ojciec pozwalał mu  szperać gdzie chciał , a kiedy dokonał jakiegoś znaleziska, to pożyczał mu chłopa albo dwóch by pomóc mu w kopaniu. Zdumiewająco wiele artefaktów znalazł i kiedy umarł, około dziesięć czy piętnaście lat temu, kupiłem wszystko i dałem w prezencie do miejskiego muzeum. Odwiedzimy je któregoś dnia i rzucimy okiem. Binokulary były w inwentarzu, ale oczywiście zatrzymałem je. Jeżeli się im przyjżysz, zobaczysz, że to amatorska robota- przynajmniej opakowanie; oczywiście, on nie zrobił soczewek.

- A tak, widzę, że jest to coś, co sprytny rzemieślnik w innej linii zatrudnienia mógł stworzyć. Ale nie rozumiem dlaczego są takie ciężkie? I naprawdę Baxter odkrył rzymską willę?

cdn- tłumaczyłam dzisiaj, ale to trudna, niejako mało ekspresyjna proza i potrzebuję ze trzy dni by skończyć smile

2 Ostatnio edytowany przez Summerka (2014-11-21 12:45:59)

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Beyondblackie interesujące. Czyta się szybko. Szkoda, że to taka trudna proza do tłumaczenia. Aż zajrzałam zobaczyć, co to takiego  binookulary.

3 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2014-11-22 13:04:43)

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

- A jakże, pod tą ziemią jest fragment chodnika; był za toporny i za mało interesujący by go ekskawować, ale oczywiście są jego rysunki, a i też  małe fragmenty ceramiki, które wykopał były dosyć ciekawe w swojej klasie. Łebski chłop, stary Baxter; miał instynkt do tych rzeczy. Był absolutnie niezastąpiony dla naszych archeologów. Miał w zwyczaju zamykać warsztat na kilka dni i wędrować po okolicy, znacząc miejsca gdzie coś wyniuchał na mapie pomiarowej, przy czym trzymał też zeszyt z pełniejszymi notatkami. Odkąd zmarł wiele z jego przeczuć sprawdzono i zawsze były warte uwagi.

- Ależ porządny osobnik!- powiedział Pan Fanshawe

- Porządny?- zagabnął dziedzic, zatrzymując się raptownie.

- Miałem na myśli, że był użyteczny- dodał Pan Fanshawe- Ale czy faktycznie był łotrem?

- Nie wiem w tą czy w inną stronę- odparł dziedzic- ale o ile może był porządny, to na pewno nie miał szczęścia. Nie był też lubiany. Ja sam go nie lubiłem- dodał po chwili.

- Och?-zadziwił się Fanshawe.

- Nie, nie lubiłem. Ale dosyć o Baxterze. Poza tym, teraz jest najcięższy kawałek drogi, a ja nie lubię konwersować i chodzić w tym samym czasie..

W rzeczywistości, było gorąco, kiedy wspinali się na trawiaste zbocze tego wieczora.

- Powiedziałem Panu, że pójdziemy krótszą trasą- wysapał dziedzic- i teraz tego żałuję. Jakkolwiek kąpiel po powrocie nam nie zaszkodzi. Oto jesteśmy, a to jest siedzisko.

Mała kępa starych szkockich jodeł stała jako korona wzgórza, a na jej brzegu, komendując krajobraz, było szerokie i solidne siedzisko, na którym usiedli, otarli brew i wytchnęli.

-Teraz- rzekł dziedzic w momencie kiedy był w kondycji by mówić bez sapania- czas jest na binokulary. Lepiej się Pan najpierw rozejrzyj dookoła. Niech mnie ściśnie! Nigdy nie widziałem tego pejzażu w lepszym świetle.

Pisząc teraz, z zimowym wiatrem wiejącym za oknami i wzburzonym, przewalającym się morzem w zasięgu stu jardów, ciężko mi znaleźć w sobie pokłady uczuć i słów, które pozwoliły by mi oddać ten czerwcowy wieczór i piękny angielski widok, podziwiany przez dziedzica.

Wszerz szerokiego horyzontu spoglądali na łańcuchy wielkich wzgórz, których szczyty- niektóre zielone, niektóre pokryte lasami- odbijały światło słońca, podóżającego w kierunku zachodu ale jeszcze nie zaszłego. Cała kraina była żyzna, chociaż rzeka je przecinająca niewidoczna z ich punktu. Były tam zagajniki, zielona pszenica, krzaki i tereny uprawne; mała, posuwająca się chmurka znaczyła progres wieczornego pociągu. Wtedy oko zatrzymywało się na gospodarstwach i szarych domach, a jeszcze dalej na chatach, a potem na dworze wetkanym pod wzgórzem. Dym z kominów unosił się prosty i błękitny. Pachniało sianem i dzikimi różami. Po prostu kulminacja lata.

Po kilku minutach cichej kontemplacji, dziedzic zaczął pokazywać główne atrakcje- wzgórza i doliny, i powiedział gdzie miasta i wioski leżą.

- Teraz- zagaił- przez binokulary możesz Pan zobaczyć Opactwo Fulnaker. Skieruj wzrok poprzez to duże zielone pole, teraz na las za nim, a potem na gospodarstwo za pagórkiem.

- Tak, tak- rzekł Fanshawe- Mam je. Cóż za wspaniała wieża!

- Musiał Pan popatrzeć w złym kierunku- odparł dziedzic- Nie za dużo zostało z tej wieży, jak pamiętam, no chyba, że to kościół w  Oldbourne  na co Pan patrzy. I jak  nazywa ją Pan wspaniałą wieżą, toś łatwo zadowolony.

-Absolutnie nazwałbym ją wspaniałą wieżą- rzekł Fanshawe, z binokularami przy oczach- czy to Oldbourne czy inny kościół. Musi być to część jakiegoś większego budynku; wygląda mi na centralną wieżę- cztery duże wierzchołki w rogach i cztery mniejsze pomiędzy nimi. Muszę tam się wybrać. Jak daleko to jest?

- Oldbourne jest jakieś dziewięć mil stąd, albo mniej- powiedział dziedzic- Dawno tam nie byłem, ale nie pamiętam, żeby zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Pokażę Panu coś innego.

Fanshawe obniżył binokulary i ciągle spoglądał w kierunku Oldbourne.

- Nic- odparł- nic tam nie widzę gołym okiem. Co chciał Pan mi pokazać?

- O wiele więcej na lewo; nie powinien mieć Pan problemu ze znalezieniem. Widzisz Pan  nagły kopiec pokryty gęstym lasem? Jest zaraz na linii z tym samotnym drzewem na skraju wału.

- Widzę- rzekł Fanshawe- i wydaje mi się, że nie mam problemu z nazwaniem go.

-Mógłbyś Pan?- zapytał dziedzic- No proszę.

- Ależ to Wzgórze Wisielców- padła odpowiedź.

- Jakżesz Pan to zgadł?

- Jak nie chce Pan ułatwiać zadania, to nie powinieneś Pan stawiać udawanej szubienicy i wieszać na niej kukły.

- Co?- odparł dziedzic gwałtownie- Na tym wzgórzu nie ma nic oprócz drewna.

- Przeciwnie- rzekł Fanshawe- tam jest raczej duża, trawiasta przestrzeń a Pańska udawana szubienica jest na środku i wydawało mi się, że coś z niej zwisało, kiedy pierwszy raz spojrzałem. Ale teraz nic nie widzę- a może widzę? Nie jestem pewien.

- Nonsens, nonsens Fanshawe, nie ma żadnej udawanej szubienicy, ani żadnej innej, na tym wzgórzu. I jest tam pełno drzew- całkiem młoda szkółka. Sam byłem tam zeszłego roku. Podaj mi Pan binokulary. Niech zobaczę czy ja coś tam wyślepię- po chwili- Nie, jak myślałem. Nic tam nie ma.
W międzyczasie Fanshawe spoglądał na wzgórze; był tylko ze trzy mile daleko.

- To bardzo dziwne- powiedział- Bez szkieł, wygląda jak las.

Wziął je znowu.

- Jest to kuriozalny effekt. Szubienica jak na dłoni stoi, i trawa, i nawet wydają się tam być jacyś ludzie, i wozy, albo wóz, z ludźmi na nich. Kiedy jednak nie patrzę przez binokulary, nic tam nie ma. Chyba wieczorne światło psikusy mi prawi. Przyjdę wcześniej podczas dnia, kiedy jest słonecznie.

- Rzekłeś Pan, że widzisz ludzi i wóz na wzgórzu?- zapytał dziedzic z wielkim zdziwieniem- A cóż by oni robili tam o tej porze dnia, nawet jeżeli drzewa by były ścięte? Gadaj Pan z sensem- popatrz jeszcze raz.

- Z pewnością ich widziałem. Było paru i się zbierali do drogi. A teraz, na Jowisza, coś tam dynda z szubienicy. Ależ bestie z tych binokularów, nie potrafię ich długo przy oczach trzymać. Możesz jednak to Pan przyjąć ode mnie, że nie ma tam żadnego drewna. Jak mi Pan pokażesz drogę na mapie, udam się tam jutro.

Dziecic popadł w mroczną zadumę na jakiś czas. Po chwili wstał i rzekł:

- W porządku, to najlepszy pomysł byśmy się dowiedzieli. Wracajmy. Marzę o kąpieli i kolacji.

W drodze powrotnej był bardzo mrukliwy.

4

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

dobre

5

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Dzięki smile

To jeszcze nie koniec- robię to po kawałku bo całe opowiadanie/ nowelka ma jakieś 24 strony i ciężko się to tłumaczy z powodu nie tyle na prozę, ale także na specyficzne ekspresje, które pasują do mowy początku XX wieku.

O ile wiem są dwa inne tłumaczenia tego tekstu, jeden z 1976 a drugi z 2012, ale z ręką na sercu się przyznam, że ich nigdy nie czytałam. Wygląda na to, że M. R. James, chociaż jest prawdziwą kultową legendą w Anglii, to w Polsce jest prawie nieznany. Tłumaczę to sobie brakiem kultury opowieści grozy u nas- w końcu ile opowieści o duchach naszych rodzimych autorów czytaliście?

6 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2014-11-24 17:53:05)

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Wrócili przez ogród i weszli do sieni, zostawiając laski, ect. Napotkali tam postarzałego kamerdynera Pattena, który był w stanie ewidentnego zaambarasowania.

-Przepraszam Jaśnie Pana Henryka- wybąkał- ale ktoś łobuzował, obawiam się- wskazał na otwartą skrzynkę w której rezydowały binokulary.

- Nic gorszego, Patten?- rzekł dziedzic-Czyż nie mogę własnych lornet wyjąć i pożyczyć je przyjacielowi. Kupione za własne pieniądze, pamiętasz? Na wyprzedarzy starego Baxtera?

Patten skłonił głowę, nieprzekonany.

- Jak sobie Jaśnie Pan Henryk życzy, o ile Jaśnie Pan wie, kto to był. Tylko jam myślał, że lepiej jak o tym wspomnę, bo nikt tej skrzynki z półki nie ruszał odkąd Jaśnie Pan ją tam położył i niech mi Jaśnie Pan wybaczy, po tym co się stało ostatnim razem...- jego głos był cichy i reszty Fanshawe nie był w stanie usłyszeć. Dziecic odpowiedział kilkoma słowami, zaśmiał się szorstko i zaprosił Fanshawa by przyszedł zobaczyć swój pokój. Nic nie wydarzyło się tej nocy, co by było istotne dla mojej opowieści.

Może jedynie, poza uczuciem, które Fanshawe miał nad ranem, że uwolniono coś, co powinno było zostać pod kluczem. Pojawiło się w jego śnie. Spacerował w ogrodzie, który wydawał mu się prawie znajomy i zatrzymał się przed ogródkiem skalnym utworzonym ze starych kutych kamieni, fragmentów okien kościelnych, a nawet części rzeźb. Jedno z nich poruszyło jego ciekawość; wydawał się to być fragment płaskorzeźby. Poczuł, że musi go wyciągnąć i zaczął pracować nad tym, z łatwością, która go zaskoczyła, przesuwając zasłaniające je kamienie na bok i wyciągając płaskorzeźbę. W momencie, kiedy to zrobił, metalowa tabliczka upadła mu pod nogi. Podniósł ją i przeczytał: ?Absolutnie nie ruszajcie tego kamienia. Z poważaniem, J. Patten.? Jak często dzieje się to w snach, uznał to za niezwykle ważne ostrzeżenie i z nerwowością na skraju paniki, sprawdził czy kamień został faktycznie ruszony. W rzeczywistości, nie tyle ruszony, co zupełnie zniknął.  Wyjęcie kamienia odsłoniło część stosu i przykucnął by zajrzeć w powstałą dzirę. Coś poruszyło się w ciemności, i nagle, ku jego niesamowitemu przerażeniu, wysunęła się z niego ręka- czysta, prawa ręka, z mankietem i częścią rękawa, jakby z intencją przywitania się. Zastanowił się czy nie będzie niegrzecznym zignorowanie jej. Ale, kiedy na nią spojrzał, ręka zaczęła stawać się porośnięta sierścią, brudna i wychudzona, jak również zmieniła pozycję i teraz zdawała się siągać po jego nogę. W tym momencie, jakakolwiek myśl o grzeczności go opuściła, zdecydował się uciekać, wrzasnął i obudził się.

To był sen jaki pamiętał, ale wydało mu się (jak to często jest), że były podobne do niego wcześniej lecz nie tak natrętne. Leżał nie śpiąc przez jakiś czas, starając się utrwalić ostatni sen w pamięci i zastanawiając sią szczególnie co za figury widział, albo wpół widział na płaskorzeźbie. Jakieś absurdalne były; to najwięcej co mógł powiedzieć.

Czy z powodu snu czy dlatego, że był to pierwszy dzień jego wakacji, nie wstał wcześnie ani nie wybrał się od razu na zwiedzanie okolic. Spędził poranek na wpół leniwie, na wpół informatywnie przeglądając tomy ?Transakcji Gminnego Stowarzyszenia Archeologicznego?, gdzie znalazł wiele wpisów Pana Baxtera na temat krzemiennych narzędzi, siedlisk rzymskich, ruin klasztornych- właściwie większości gałęzi archeologii. Napisane były językiem dziwacznym, pompatycznym, wpół- edukowanym. Gdyby ten człowiek otrzymał lepsze wykształcenie w młodości, pomyślał Fanshawe, byłby bardzo wybitnym antykwariuszem, albo prawie byłby (jak ustanowił trochę później), gdyby nie jego ciągota do przeciwieństw i kontrowersji, i tak, protekcjonalny ton kogoś kto posiada wiedzę objawioną; naprawdę w złym smaku. Gdyby nie to byłby zapewne poważanym artystą. Wyimaginowana restoracja elewacji kościoła należącego do zakonu była zaprawdę znakomicie oddana. Piękna centralna wieża rzucała się w oczy- przypominała Fanshawowi co zobaczył ze wzgórza i co dziedzic określił jako Oldbourne. Ale to nie mogłoby być Oldbourne; to był klasztor Fulnaker.

- Och, co tam- rzekł do siebie- może kościół w Oldbourne był zbudowany przez mnichów z Fulnaker i Baxter skopiował wieżę Oldbourne. Cokolwiek o tym w notatkach? Ach, widzę, opublikowano to po jego śmierci- znalezione w jego papierach.

Po obiedzie dziedzic zapytał Fanshawa co zamierza porabiać.

- Tak więc- powiedział Fanshawe- chyba wskoczę na swój rower około czwartej i przejadę się do Oldbourne i z powrotem przez Wzgórze Wisielców. Oba warto zobaczyć. To około piętnastu mili, czyż nie tak?

- Około.- odparł dziedzic-Przejedzie Pan obok Lambsfield i Wanstone, na które też warto popatrzeć. W Lambsfield jest małe lustro, a w Wanstone kamieniec.

- Znakomicie- skonstatował Fanshawe- Gdzieś znajdę miejsce na przekąskę. Czy mogę pożyczyć binokulary? Przymocuję je do siodełka roweru.

- Oczywiście, jeżeli sobie Pan życzy- rzekł dziedzic- Naprawdę powinienem kupić lepsze. Jeżeli pojadę jutro do miasta, rozejrzę się.

- A po co Panie chcecie to robić, przecie i tak ich nie potraficie używać? - zapytał Fanshawe.

No, nie wiem, powinno się mieć porządną parę lornet- i- Patten nie myśli, że te nadają się do użytku.

- Od kiedy on jest wyrocznią?

- Zna jakąś historię, no nie wiem, dotyczącą starego Baxtera. Obiecałem mu, że może mi ją opowiedzieć. Wydaje się, że ciąży mu to bardzo na sumieniu od wczorajszego wieczoru.

- Naprawdę? Miał jakieś koszmary?

- Coś go gnębiło w nocy- wyglądał bardzo staro dzisiaj rano i rzekł, że oka nie zmrużył.

- Powiedzcie mu Panie by zachował tą historię kiedy wrócę.

- O ile mogę, postaram się. Patrz Pan, spóźnicie się. Jeżeli koło przebijesz po ośmiu milach, to jak do domu wrócisz? Nie ufam tym rowerom. Dam znać służbie, żeby na Pana porót coś zimnego przygotowała.

- Nieważne czy się spóźnię czy nie. A koło mam czym naprawić. Do zobaczenia.

7

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Po przeczytaniu paru pierwszych akapitów z powodu błędów stylistycznych i logicznych nie chce mi się czytać dalej. Moim zdaniem musisz nad tym popracować jeżeli chcesz zając się tłumaczeniem na serio.
Przykładowo:
"Znajdował się w głębi wiejskiego krajobrazu. Nie muszę być bardziej dokładny niż zasugerować, że jeżeli mapę Anglii podzielicie na na cztery części, moglibyście go znaleźć w południowo- zachodnim rogu."

Jak można znajdować się w głębi wiejskiego krajobrazu? Moim zdaniem można znajdować się wśród terenów wiejskich, lub ewentualnie wśród tego wiejskiego krajobrazu.

"Podróż skończyła się około piątej. Fanshawe został poinformowany przez pogodnego,  gminnego konduktora , że samochód ze dworu był już na stacji i zostawił wiadomość, że coś musiano pobrać pół mili dalej i czy jaśnie pan nie mógłby poczekać aż wrócą?"
Tu składnia zdania sugeruje, że to samochód zostawił wiadomość...

8

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Myślę, że  to początkowa faza i wszystkie błędy zostaną poprawione.

9

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Bbasia, to nie jest końcowe tłumaczenie, tylko wstępna kopia, więc naturalne, że pewne błędy się wkradają.

O ile zdanie numer dwa faktycznie inaczej powinno być sformułowane, to "głębia wiejskiego krajobrazu" wcale mnie nie razi, szczególnie, że oddaje świetnie sformułowanie "in the depths of the country".

I cenię sobie krytykę, ale chyba warto by było przeczytać więcej niż dwa paragrafy by oceniać dziesięć stron tekstu.

10 Ostatnio edytowany przez Iceni (2014-11-24 23:14:22)

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)
Beyondblackie napisał/a:

Bbasia, to nie jest końcowe tłumaczenie, tylko wstępna kopia, więc naturalne, że pewne błędy się wkradają.

O ile zdanie numer dwa faktycznie inaczej powinno być sformułowane, to "głębia wiejskiego krajobrazu" wcale mnie nie razi, szczególnie, że oddaje świetnie sformułowanie "in the depths of the country".

I cenię sobie krytykę, ale chyba warto by było przeczytać więcej niż dwa paragrafy by oceniać dziesięć stron tekstu.

Eeee? Tłumaczenia literackie nie polega na tłumaczeniu dosłownym, a w języku polskim nie używa się takiego sformułowania jak "w głębi wiejskiego krajobrazu". W języku polskim w tym wypadku stosuje się raczej "wsród", "pośród". Mogłoby  być np. "w głębi tego krajobrazu" - chociaż też nie jestem pewna...

Ty masz opowiedziec tę historię od nowa, po polsku, a nie przetłumaczyć jak dokument - nie pamiętam kto to powiedział, ale pamiętaj, ze tłumaczenia mogą być albo piękne, albo wierne wink

I nie ciskaj się, jeżeli ktoś cię krytykuje, nawet jeżeli przeczytała tylko dwa akapity - krytyka bbasi, gdybyś ją przyjęła na klatę dałaby ci więcej dobrego niż te wszystkie poklepywania po plecach.

P.S. Ja dotrwałam do połowy pierwszego wpisu i też mnie zniechęcił drewniany język tongue

11 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2014-11-24 23:59:42)

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Iceni, tylko, że ten język jest tak samo "drewniany" po angielsku (co sobie możesz zobaczyć w orginale dostępnym wszędzie w necie) bo ten tekst jest napisany na początku XX wieku w bardzo sztywnej konwencji  angielskiego gentlemana. I niestety nie odpowiadam za to, że komuś się proza M. R. Jamesa nie podoba.

A Bbasi przyznałam rację, kiedy wyłapała ewidentny błąd- dzięki jej za to. Tylko, że wolę by ktoś kto krytykuje przeczytał całość, i wtedy się wypowiadał. Taka mała uprzejmość w stosunku do tłumacza, który dobre kilka godzin spędził nad tekstem.

12

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Ja nie "przyklepuję" tylko podobają mi się takie powieści:) A błędy zawsze można wcześniej wychwycić.  Nie jestem znawcą, jeśli chodzi o tłumaczenia.

13

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Dziękuję Summerka smile

Zdaję sobie sprawę, że niektóre zdania są w tym tłumaczeniu niezręcznie sformułowane, co jest po części moją winą a po części kwestią składni języka angielskiego i niektórych idiomów, które ciężko się na polski przekłada. Postaram się lepiej nad tym popracować smile Tak na marginesie, jeżeli ktokolwiek czytał tłumaczenie pana Dżdża, proszę mi dać znać jak się różnią.

Nie jestem zawodowym tłumaczem. Po prostu UWIELBIAM opowieści grozy i chcę je szerzyć jak najbardziej mogę- takie hobby.

14

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Dawno nie czytałam podobnych powieści. O duchach to nie pamiętam. Żadnej powieści tego autora nie czytałam. W powieściach o Sherlocku Holmesie i o detektywie Poirot można znaleźć pewne odniesienia i uwspółcześnienia. Jako dziecko czytałam "Tajemniczy ogród", w którym  było przeniesienie irlandzkiej gwary na język polski.

15

Odp: Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Właściwie dobrze, że dziedzic kazał przygotować zimną kolację, pomyślał Fanshawe kiedy wprowadził swój rower na podjazd około dziewiątej. Ten sam sentyment wyraził parę razy sam dziedzic, kiedy przywitał go w holu, bardziej zadowolony na wieść, iż jego niewiara w rowery została potwierdzona, niż na widok zasapanego, zmęczonego, spragnionego i w istocie pocharatanego przyjaciela. Faktycznie, najcieplejszą rzeczą jaką był w stanie powiedzieć było:

- Chce coś Pan zimnego do picia? Kufel cydru może? W porządku. Słyszałeś to Patten? Kufel cydru, z lodem, i dużo tego lodu- potem do Fanshawa- Niech Pan całą noc w wannie nie siedzi.

O wpół do dziesiątej jedli kolację i Fanshawe zdawał relację ze swoich postępów, jeżeli postępami można to było nazwać.

- Dojechałem do Lambsfield bardzo gładko i obejrzałem witraż. Interesujący, zaprawdę, chociaż dużo tam było inskrypcji, których nie potrafiłem przeczytać.

- Nawet z binokularami?- zapytał dziedzic.

- Te Pańskie lornety nie nadają się do użytku w środku kościoła- czy w środku czegokolwiek, tak mi się wydaje. Ale jedynymi miejscami gdzie je wypróbowałem były kościoły.

- Hmm...niech Pan dalej opowiada- rzekł dziedzic.

- Sfotografowałem witraż i powiększenie pokaże co chcę zobaczyć. Jeżeli chodzi o Wanstone, ten kamieniec jest nietypowy, nie mam pojęcia jak stary czy zabytkowy. Czy ktokolwiek otwarł ten pagórek na którym stoi?

- Baxter się do tego przymierzał, ale gospodarz mu nie pozwolił.

- Myślę, że warto by to było zrobić. Jakkolwiek, następne było Fulnaker i Oldbourne. Wie Pan co, jest coś niesamowicie dziwnego w tej wieży, którą wiedziałem ze wzgórza. Kościół w Oldbourne wcale nie jest do niej podobny, a w Fulnaker nie ma niczego ponad trzydziestu stóp, chociaż widać, że kiedyś miał centralną wieżę. Nie mówiłem Panu, że szkic Baxtera przedstawiający Fulnaker, rysuje wieżę dokładnie taką jaką ja widziałem?

- Tak się Panu wydawało- wymamrotał dziedzic.

- Ależ nie jest to kwestia wydawania się! Szkic przypomniał mi co widziałem wcześniej i upewniłem się najpierw, że to było Oldbourne, zanim spojrzałem na tytuł.

- Cóż, Baxter znał się na architekturze. Ośmielę się zasugerować, że z tego co zostało, umiał wyobrazić sobie resztę.

- Oczywiście, może ma Pan rację, ale ja wątpię, żeby nawet profesjonalista potrafił to oddać tak akuratnie. Nie pozostało absolutnie nic z Fulnaker oprócz resztek fundamentów. Jakkolwiek to nie jest najbardziej kuriozalne.

- A co ze Wzgórzem Wisielców?- zapytał dziedzic- Patten, chwila, posłuchaj tego. Pamiętasz jak powiedziałem Ci co Pan Fanshawe zobaczył ze wzgórza?

- A tak, Jaśnie Panie Henryku, rzekł Pan, i muszę przyznać, że nie byłem zdziwiony.

- W porządku, w porządku. Zatrzymaj to na później. Chcemy usłyszeć najpierw co Pan Fanshawe zobaczył dzisiaj. No, niech Pan mówi, Fanshawe. Zawróciłeś Pan koło Ackford i Thornfield, tak?

- Tak, i zajrzałem do obydwu kościołów. Potem poszedłem zakrętem, który wiedzie do Wzgórza Wisielców; zauważyłem, że jak zawlokę  moją maszynę na wzórze, mogę wskoczyć na drogę docelową po tej stronie. Było wpół do siódmej kiedy dotarłem na szczyt, i brama na prawo, gdzie winna być, prowadząca do szkółki.

Posty [ 16 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » Debiuty literackie - artykuły, opowiadania Netkobietek » Widok ze wzórza- M. R. James (tłumaczenie)

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026