Witam, mam nadzieję że piszę w odpowiednim dziale. Może i mam jakąś formę depresji.
Długo się zastanawiałam, czy napisać coś od siebie, niby zarejestrowałam się na tym forum bo miałam nadzieję na niezależną ocenę, jakieś rady, ale przeczytałam kilka mrożących krew w żyłach historii i pomyślałam, że nie ma sensu zawracać tu nikomu głowy i rozdmuchiwać sprawę. Momentami mi się wydaje, że mam ogromny problem ze swoim życiem, ale potem myślę, że wszystko rozdmuchuję. Nie mam złego życia. Wręcz przeciwnie, moje warunki bytowe się bardzo poprawiły, mam też wszelkie warunki do spokojnego życia, komfortu psychicznego... Ale często myślę, że źle pokierowałam swoim życiem, zmarnowałam sobie przyszłość, a co gorsza - osoby z mojego otoczenia obrywają rykoszetem.
Wiem, że wiele osób się obruszy, jaka jestem podła i nieodpowiedzialna. Możecie mnie zjechać. Może mi to dobrze zrobi, bo cały czas szukam dla siebie usprawiedliwienia.
Chciałam pisać krótko, a już się rozwlekłam. Historia mojego życia w skrócie: Jestem DDA, ojciec pił i urządzał awantury, bieda w domu, bo czworo dzieci, a mama na rencie inwalidzkiej z powodu schizofrenii. Jako dziecko strasznie się stresowałam, ale potem będąc na studiach wciąż mieszkałam u rodziców mimo że pracowałam, było sporo lepiej, bo z siostrą potrafiłyśmy tak ustawić ojca, żeby nie znęcał się psychicznie nad nami ani matką.
Prawie dwa lata temu wyszłam za mąż, mimo pewnych wahań. Mój mąż też ma rodziców alkoholików, jego młodszą o 16 lat siostrę zabrano do domu dziecka, no i musiał się nie zająć, a ja zdecydowałam się mu pomóc. Wynajęliśmy więc mieszkanie i wzięliśmy ślub. Sprawę w sądzie wygraliśmy.
Wtedy, mimo początkowych rozterek, sądziłam, że dobrze robię. Mimo, że nie przepadam za dziećmi. Mimo że gdyby nie ta sytuacja, jeszcze długo nie brałabym pod uwagę ślubu (byliśmy w związku już trzy lata, ale pewnie bym czekała przynajmniej do końca studiów). Mimo, że ani ja ni mąż nie mamy jakiejś super płatnej pracy.
Uważałam, że tak po prostu trzeba. Bo siostrę mego męża (wtedy pięcioletnią) lubię, bo mąż zajmował się nią i tak prawie od urodzenia, więc sobie poradzi, a ja mu do tego pomogę, przecież mam doświadczenie z dziećmi - dwóch siostrzeńców, którymi nieraz się opiekowałam.
Naiwna, myślałam, że moja rola będzie pomocnicza. Bo P. miała wtedy oboje rodziców, którzy - chociaż nieudolni życiowo - się nią interesowali, niby strasznie się przejmowali. Jej ojciec, bardziej odpowiedzialny od matki, twierdził, że co chwilę ją będzie odwiedzał. Matka prawie bez przerwy nawalona, ale istniała złudna nadzieja, że może się poprawi.
I tu właśnie tkwi mój błąd, i ta nieodpowiedzialna decyzja, którą podjęłam. Zdecydowałam się być matką zastępczą, ale wcale nie chciałam być matką. Nie żywię do P. macierzyńskich uczuć. Lubię ją, trochę mi jej żal, to wszystko. Zresztą rodzicielstwo zastępcze niby nie powinno być tak głębokie jak prawdziwe - bo w razie zmiany sytuacji prawdziwych rodziców trzeba dziecko oddać, i trzeba się z tym cały czas liczyć.
Więc myślałam, że wspomogę męża organizacyjnie i finansowo, ojciec P. będzie do niej często przyjeżdżał w weekendy, a my w tym czasie będziemy mogli zorganizować sobie jakieś wyjście.
Rzeczywistość jest inna. Matka P. odwiedziła ją w ciągu roku może z pięć razy, całkowicie zatraciła się w alkoholu. W czerwcu umarła, zapiła się na śmierć. Mój teść przyjeżdżał częściej, chociaż też nieraz nawalał. Po skończeniu odwyku upił się parę razy, więc z pewnością dalej jest alkoholikiem. Zresztą, jest osobą niudolną, przyjeżdża i nawet nie wie jak zająć dziecku czas, zwykle ogląda telewizor, a dziecko mu organizuje czas (zagramy w to lub tamto).
I ja też nie spełniam swojej roli. Kiedyś bardziej się starałam. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia myślę, że w ciągu pierwszego roku radziłam sobie lepiej. Starałam się poświęcić P. pewną część dnia, proponowałam zabawy. Od pewnego momentu mi się po prostu nie chce.
Mam lepsze i gorsze dni, ale większość czasu jestem zdenerwowana, zirytowana, naburmuszona. Jestem opryskliwa dla męża i dla P. Gdy odezwę się niemiłym tonem reflektuję się po chwili, zaczynam być milsza, ale zwykle to jest na pokaz. Zaciskam zęby i się uśmiecham, chociaż wewnętrznie chce mi się płakać z bezsilności.
Jestem zła na siebie o to, że w pewnym momencie z jakiegoś powodu (empatia? poczucie obowiązku? litość? bo chociaż kocham męża, miłość by mnie tak nie oślepiła) zapomniałam o tym jak chciałabym żyć i zrobiłam coś, co mój pomysł na życie przekreśliło. Chciałam podróżować, uczyć się języków, poznawać ludzi i świat. Po skończeniu studiów magisterskich chciałam kontynuować naukę - robiąc doktorat albo studia podyplomowe. Tymczasem studia co prawda skończyłam, ale nie obroniłam magisterki i raczej już tego nie zrobię. Nie widzę w tym żadnego sensu, straciłam całą motywację, częściowo dlatego że wybrałam kiepskie studia humanistyczne i tytuł mgr nie zmieni mojej sytuacji na rynku pracy, a na doktorat nie mam już szans.
Jestem zła o to, że pracuję, ale nie mam pieniędzy na kurs językowy (zrezygnowałam z japońskiego, na który chodziłam) ani na jakieś większa przyjemności, bo mamy mnóstwo ważniejszych wydatków. Mąż studiuje zaocznie (bo dzienne studia przerwał po roku z powodu sytuacji rodzinnej), wzięliśmy kredyt na mieszkanie, teraz potrzebujemy wielu rzeczy żeby je urządzić, poza tym dziecko kosztuje. Dodatek dla rodzin spokrewnionych na dziecko nie pokryje wszystkiego. I wiem, że to źle że tak myślę, ale nieraz łapię się na złości, że utrzymuję cudze dziecko i z tego powodu nie mogę kupić sobie butów, nowej sukienki, a przede wszystkim uczyć się dalej.
Chciałam pójść na studia podyplomowe, ale nie mam na to ani pieniędzy ani czasu, bo w weekendy mąż pracuje, a ktoś musi być w domu z dzieckiem. Więc przez najbliższe dwa i pół roku mogę o tym zapomnieć.
Mam też żal sama do siebie, że tak dużo mnie ominęło. Idąc na studia planowałam jakiś wyjazd zagraniczny, ale nie pojechałam, mój wtedy jeszcze chłopak by mnie nie puścił na pół roku za granicę. Ale też nie mogę zrzucać wszystkiego na niego, bo może i tak bym nie pojechała, zawsze bałam się radykalnych zmian, może nie miałabym odwagi. Teraz moja siostra na 5. roku studiów pojechała na semestr do Korei, a ja pluję sobie w brodę, że też był czas, że mogłam się postarać i coś w życiu przeżyć, ale jestem na to zbyt bierna.
Żałuję nawet tego, że w ciągu trzech lat związku ani razu nie pokłóciłam się z chłopakiem na tyle poważnie, żeby musiał o mnie zabiegać. Nie było oświadczyn ani prawdziwego ślubu, przyjęcia. Wydawało mi się, że mi na tym nie zależy, ale teraz mnie prześladuje myśl, że wyszłam za mąż byle jak.
Jednak to, co mnie najbardziej dręczy, to że podjęłam się wychowywania dziecka i pełnienia roli matki, na którą nie jestem gotowa. Nie wzięłam pod uwagę, że dziecko za które biorę odpowiedzialność jest niedopieszczone, zaniedbane emocjonalnie, że opieka nad nią nie jest taka jak nad moimi siostrzeńcami. Że ona będzie lgnąć i zechce, bym była jej mamą.
To może dziwne, na początku w ogóle mi nie przeszkadzało, że mówi do mnie "mamo", ale to było zanim jej prawdziwa matka umarła. Mówiła, że ma dwie mamy. Ale teraz, kiedy została tylko jedna, czuję, że powinnam kochać ją jak własne dziecko. Myślę, że jestem do tego niezdolna, że nawet własnego dziecka bym nie kochała, dlatego nie zamierzam go mieć. Dzieci jako takich nie lubię, bo są egoistyczne (wiem, jak to absurdalnie brzmi, bo sama jestem egoistką), bo chcą absorbować sobą otoczenie, a poza ty są podatne na działanie rówieśników i w grupie są okrutne (dla innych dzieci i dla zwierząt). Kocham zwierzęta i to nimi chciałam się otoczyć. Wyszło, jak wyszło. Myślałam, że będę dodatkiem, a nie tą osobą, która ma być oparciem. Tymczasem P. mnie coraz częściej irytuje tym, jak próbuje przyciągnąć uwagę. Dlatego bywam dla niej zbyt surowa, chociaż nie krzyczę. Ale często mówię surowym, chłodnym tonem gdy to niepotrzebne. Z drugiej strony zauważyłam, że gdy tłumaczę coś cierpliwie i łagodnie, np. odpowiadam cierpliwie na kolejne męczące pytania - ona to wykorzystuje, wyczuwa "niszę" i chce coś na tym ugrać. Krótko mówiąc, dzieci zachowują się na zasadzie: daj palec, a weźmie całą rękę. Najchętniej wszystko by sobie wzięło, oddaj jej swoją torebkę, kup zabawki, za chwilę będzie wołać o następne.
Najbardziej chyba mnie irytuje to, że dziecko szuka kontaktu. Kiedyś mi nie przeszkadzało, że się przytuli, da buziaka, teraz mnie to irytuje. Nie okazuję tego bezpośrednio, ale dzieci chyba wyczuwają takie rzeczy.
Prześladuje mnie myśl, że sama zostałam wychowana na osobę zamkniętą w sobie, która ma utrudnione kontakty z otoczeniem, i to samo robię z tym dzieckiem. Zresztą mój mąż też jest introwertyczny, i to też moim zdaniem kwestia środowiska rodzinnego, choć gdy był mały rodzice jeszcze nie pili.
Wiem, że to był strasznie długi wywód. Przepraszam, że was zmuszam do czytania.
Meritum sprawy jest takie, że szukam przyczyny. Nie podoba mi się to, że jestem wiecznie rozdrażniona, mam pretensje do całego świata a najbardziej do siebie. Nawet gdy znajdę chwilę czasu nie potrafię się skoncentrować na nauce (języków), a to jest jedna z niewielu rzeczy, które lubię robić. Mam wrażenie, że moje życie już się skończyło, nic już nie przeżyję. Nie będzie mnie stać na podróże. Gdy dziecko będzie pełnoletnie i może będę mogła wydać zarobione pieniądze na siebie, pewnie już mi się nic nie będzie będzie chciało, będę zgorzkniałą kobietą po 30. Już teraz żyję tak, jakbym miała lat 50. Praca, w miarę możliwości w nadgodzinach, sprzątanie, gotowanie, cały dzień czeka na wieczór by móc zrobić coś dla siebie czyli się pouczyć, a gdy nad tym przysiądę - szybko rezygnuję, bo wszystko mi wolno wchodzi do głowy. Więc oglądam coś w internecie albo idę spać, nawet jeśli jest wcześnie.
Skłamałabym, gdybym twierdziła, że wszystko jest na mojej głowie. Mąż też dużo pracuje, często gotuje (właściwie gotujemy sobie osobno, bo on nie lubi rzeczy które ja lubię), czasem zrobi pranie lub posprząta. Stara się. Choć nadal uważam, że ja sprzątam, robię więcej, a on czasem narzeka, że właściwie nic nie robię. Kiedyś mniej sprzątał, przychodziłam do domu z pracy lub uczelni i byłam wściekła, że tyle jest do zrobienia. A jednak nie byłam tak zniechęcona do życia jak teraz, gdy on nawet więcej robi, nie przesiaduje aż tyle przed komputerem).
Zastanawiałam się, z czego wynika moje samopoczucie. W najgorszych dniach myślałam, że mam depresję, szczególnie że myślałam że najlepiej byłoby umrzeć. Przeszło mi to, już nie mam takich czarnych myśli. Zastanawiałam się, czy nie mam choroby Hashimoto, ostatnio przy dniu cukrzycy nawet zaczęłam sobie wmawiać tę chorobę. Że może stąd się bierze moje czarnowidztwo, zniechęcenie do życia, zmęczenie nawet wtedy gdy jestem wyspana.
Na razie nie robiłam sobie badań, pewnie je wykonam, ale i tak wątpię bym była chora. Jeśli już to na głowę. Wieczne niezadowolenie z życia to pewnie też choroba.
Kiedyś byłam pozytywnie nastawiona do przyszłości, choć przez całą szkołę użerała się z ciężką sytuacją w domu, choć przez większość studiów wiecznie brakowało mi kasy, bo nie pracowałam na pełen etat. Byłam pewna, że zapracuję sobie na lepszą przyszłość. Myślałam o pracy naukowej. Ale już na studiach zrozumiałam, że do bycia profesorem się nie nadaję, ani nie jestem dość mądra, ani mnie to tak naprawdę nie kręci.
I teraz tak się zastanawiam, skąd się bierze moje zniechęcenie do życia. I widzę kilka możliwości wymyślone dzisiaj, jakoś nie potrafiłam do tego dotrzeć zanim nie zaczęłam pisać):
- zbyt duża presja z rolą matki, do której ani się nie nadaję, ani nie mam chęci, a która teraz mnie dopadła z całą mocą - bo dopiero teraz zrozumiałam, że wiara, że kiedyś teściowie się poprawią i odzyskają córkę i dadzą jej normalny dom było mrzonką
- poczucie pustki po skończeniu studiów. Już nawet nie zależy mi na dyplomie magistra, ale studiowanie samo w sobie było frajdą, dawało jakiś cel (zdać tan i następny egzamin, skończyć studia, obronić się), zmuszało do pracy. Teraz przestałam się rozwijać, stoję w miejscu
- myśl, że być może ślub i cały ten związek okaże się pomyłką, za parę lat nic nas już nie będzie łączyć, dziecko podrośnie to powinnam odejść - i biorąc pod uwagę taką możliwość, nie powinnam pozwolić, by P. się do mnie bardziej przywiązywała
Nie dodałam, że chociaż mój związek z mężem jest udany, że choć denerwują mnie jego wady i tak uważam, że w porównaniu z większością facetów jest super i świetnie trafiłam, cały czas mam w głowie taką myśl, że może on kiedyś się załamać psychicznie, nie wytrzymać nerwowo i zacząć się wyładowywać na mnie psychicznie i fizycznie, tak jak mój ojciec na matce, tak jak teść na teściowej (choć teściowa chyba była jeszcze gorsza pod tym względem). Jest nerwowy, potrafi krzyczeć bez powodu, a ja po ślubie dostrzegłam że ma kilka cech odziedziczonych wprost po swoim ojcu, m.in. właśnie łatwe denerwowanie się, niezaradność w niektórych sytuacjach życiowych.
Z tego powodu cały czas w mojej głowie jest myśl, by mieć plan awaryjny, bo małżeństwo może się skończyć. Nawet nim zaciągnęliśmy ten kredyt dokładnie wymyśliłam co z nim zrobić w razie rozwodu.
Najważniejsze jest w tym wszystkim dobro dziecka, a mnie się wydaje, że taka osoba jak ja - chłodna emocjonalnie, nie lubiąca dzieci - nie jest dobrą osobą do wychowywania, więc może po prostu powinnam się usunąć, żeby mój mąż mógł znaleźć kogoś, kto będzie lepszą matką?
A może myślę o tym tylko dlatego, że tak byłoby dla mnie najwygodniej.
Strasznie się rozpisałam. Miałam wymyślić jakieś pytanie "do publiczności", ale nawet nie wiem o co mogłabym zapytać. O radę? Żadne wyjście nie jest dobre. Niemniej ten post pomógł mi po trosze poukładać myśli.
Pozdrawiam