netkobietyWszystkie działy
Stres, lęk, nerwica, depresja

Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

8 odpowiedzi9 795 wyświetleńzałożony przez Kareena, 24.11.2013

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!

Jeśli przeżywasz kryzys, porozmawiaj z kimś od razu: Telefon zaufania dla dorosłych 116 123, w nagłym zagrożeniu 112. Wypowiedzi na forum nie zastępują pomocy specjalisty.


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 9 ]

1

Temat: Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

Witam, mam nadzieję że piszę w odpowiednim dziale. Może i mam jakąś formę depresji.
Długo się zastanawiałam, czy napisać coś od siebie, niby zarejestrowałam się na tym forum bo miałam nadzieję na niezależną ocenę, jakieś rady, ale przeczytałam kilka mrożących krew w żyłach historii i pomyślałam, że nie ma sensu zawracać tu nikomu głowy i rozdmuchiwać sprawę. Momentami mi się wydaje, że mam ogromny problem ze swoim życiem, ale potem myślę, że wszystko rozdmuchuję. Nie mam złego życia. Wręcz przeciwnie, moje warunki bytowe się bardzo poprawiły, mam też wszelkie warunki do spokojnego życia, komfortu psychicznego... Ale często myślę, że źle pokierowałam swoim życiem, zmarnowałam sobie przyszłość, a co gorsza - osoby z mojego otoczenia obrywają rykoszetem.
Wiem, że wiele osób się obruszy, jaka jestem podła i nieodpowiedzialna. Możecie mnie zjechać. Może mi to dobrze zrobi, bo cały czas szukam dla siebie usprawiedliwienia.

Chciałam pisać krótko, a już się rozwlekłam. Historia mojego życia w skrócie: Jestem DDA, ojciec pił i urządzał awantury, bieda w domu, bo czworo dzieci, a mama na rencie inwalidzkiej z powodu schizofrenii. Jako dziecko strasznie się stresowałam, ale potem będąc na studiach wciąż mieszkałam u rodziców mimo że pracowałam, było sporo lepiej, bo z siostrą potrafiłyśmy tak ustawić ojca, żeby nie znęcał się psychicznie nad nami ani matką.
Prawie dwa lata temu wyszłam za mąż, mimo pewnych wahań. Mój mąż też ma rodziców alkoholików, jego młodszą o 16 lat siostrę zabrano do domu dziecka, no i musiał się nie zająć, a ja zdecydowałam się mu pomóc. Wynajęliśmy więc mieszkanie i wzięliśmy ślub. Sprawę w sądzie wygraliśmy.
Wtedy, mimo początkowych rozterek, sądziłam, że dobrze robię. Mimo, że nie przepadam za dziećmi. Mimo że gdyby nie ta sytuacja, jeszcze długo nie brałabym pod uwagę ślubu (byliśmy w związku już trzy lata, ale pewnie bym czekała przynajmniej do końca studiów). Mimo, że ani ja ni mąż nie mamy jakiejś super płatnej pracy.
Uważałam, że tak po prostu trzeba. Bo siostrę mego męża (wtedy pięcioletnią) lubię, bo mąż zajmował się nią i tak prawie od urodzenia, więc sobie poradzi, a ja mu do tego pomogę, przecież mam doświadczenie z dziećmi - dwóch siostrzeńców, którymi nieraz się opiekowałam.
Naiwna, myślałam, że moja rola będzie pomocnicza. Bo P. miała wtedy oboje rodziców, którzy - chociaż nieudolni życiowo - się nią interesowali, niby strasznie się przejmowali. Jej ojciec, bardziej odpowiedzialny od matki, twierdził, że co chwilę ją będzie odwiedzał. Matka prawie bez przerwy nawalona, ale istniała złudna nadzieja, że może się poprawi.
I tu właśnie tkwi mój błąd, i ta nieodpowiedzialna decyzja, którą podjęłam. Zdecydowałam się być matką zastępczą, ale wcale nie chciałam być matką. Nie żywię do P. macierzyńskich uczuć. Lubię ją, trochę mi jej żal, to wszystko. Zresztą rodzicielstwo zastępcze niby nie powinno być tak głębokie jak prawdziwe - bo w razie zmiany sytuacji prawdziwych rodziców trzeba dziecko oddać, i trzeba się z tym cały czas liczyć.
Więc myślałam, że wspomogę męża organizacyjnie i finansowo, ojciec P. będzie do niej często przyjeżdżał w weekendy, a my w tym czasie będziemy mogli zorganizować sobie jakieś wyjście.

Rzeczywistość jest inna. Matka P. odwiedziła ją w ciągu roku może z pięć razy, całkowicie zatraciła się w alkoholu. W czerwcu umarła, zapiła się na śmierć. Mój teść przyjeżdżał częściej, chociaż też nieraz nawalał. Po skończeniu odwyku upił się parę razy, więc z pewnością dalej jest alkoholikiem. Zresztą, jest osobą niudolną, przyjeżdża i nawet nie wie jak zająć dziecku czas, zwykle ogląda telewizor, a dziecko mu organizuje czas (zagramy w to lub tamto).
I ja też nie spełniam swojej roli. Kiedyś bardziej się starałam. Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia myślę, że w ciągu pierwszego roku radziłam sobie lepiej. Starałam się poświęcić P. pewną część dnia, proponowałam zabawy. Od pewnego momentu mi się po prostu nie chce.
Mam lepsze i gorsze dni, ale większość czasu jestem zdenerwowana, zirytowana, naburmuszona. Jestem opryskliwa dla męża i dla P. Gdy odezwę się niemiłym tonem reflektuję się po chwili, zaczynam być milsza, ale zwykle to jest na pokaz. Zaciskam zęby i się uśmiecham, chociaż wewnętrznie chce mi się płakać z bezsilności.

Jestem zła na siebie o to, że w pewnym momencie z jakiegoś powodu (empatia? poczucie obowiązku? litość? bo chociaż kocham męża, miłość by mnie tak nie oślepiła) zapomniałam o tym jak chciałabym żyć i zrobiłam coś, co mój pomysł na życie przekreśliło. Chciałam podróżować, uczyć się języków, poznawać ludzi i świat. Po skończeniu studiów magisterskich chciałam kontynuować naukę - robiąc doktorat albo studia podyplomowe. Tymczasem studia co prawda skończyłam, ale nie obroniłam magisterki i raczej już tego nie zrobię. Nie widzę w tym żadnego sensu, straciłam całą motywację, częściowo dlatego że wybrałam kiepskie studia humanistyczne i tytuł mgr nie zmieni mojej sytuacji na rynku pracy, a na doktorat nie mam już szans.

Jestem zła o to, że pracuję, ale nie mam pieniędzy na kurs językowy (zrezygnowałam z japońskiego, na który chodziłam) ani na jakieś większa przyjemności, bo mamy mnóstwo ważniejszych wydatków. Mąż studiuje zaocznie (bo dzienne studia przerwał po roku z powodu sytuacji rodzinnej), wzięliśmy kredyt na mieszkanie, teraz potrzebujemy wielu rzeczy żeby je urządzić, poza tym dziecko kosztuje. Dodatek dla rodzin spokrewnionych na dziecko nie pokryje wszystkiego. I wiem, że to źle że tak myślę, ale nieraz łapię się na złości, że utrzymuję cudze dziecko i z tego powodu nie mogę kupić sobie butów, nowej sukienki, a przede wszystkim uczyć się dalej.
Chciałam pójść na studia podyplomowe, ale nie mam na to ani pieniędzy ani czasu, bo w weekendy mąż pracuje, a ktoś musi być w domu z dzieckiem. Więc przez najbliższe dwa i pół roku mogę o tym zapomnieć.

Mam też żal sama do siebie, że tak dużo mnie ominęło. Idąc na studia planowałam jakiś wyjazd zagraniczny, ale nie pojechałam, mój wtedy jeszcze chłopak by mnie nie puścił na pół roku za granicę. Ale też nie mogę zrzucać wszystkiego na niego, bo może i tak bym nie pojechała, zawsze bałam się radykalnych zmian, może nie miałabym odwagi. Teraz moja siostra na 5. roku studiów pojechała na semestr do Korei, a ja pluję sobie w brodę, że też był czas, że mogłam się postarać i coś w życiu przeżyć, ale jestem na to zbyt bierna.
Żałuję nawet tego, że w ciągu trzech lat związku ani razu nie pokłóciłam się z chłopakiem na tyle poważnie, żeby musiał o mnie zabiegać. Nie było oświadczyn ani prawdziwego ślubu, przyjęcia. Wydawało mi się, że mi na tym nie zależy, ale teraz mnie prześladuje myśl, że wyszłam za mąż byle jak.

Jednak to, co mnie najbardziej dręczy, to że podjęłam się wychowywania dziecka i pełnienia roli matki, na którą nie jestem gotowa. Nie wzięłam pod uwagę, że dziecko za które biorę odpowiedzialność jest niedopieszczone, zaniedbane emocjonalnie, że opieka nad nią nie jest taka jak nad moimi siostrzeńcami. Że ona będzie lgnąć i zechce, bym była jej mamą.
To może dziwne, na początku w ogóle mi nie przeszkadzało, że mówi do mnie "mamo", ale to było zanim jej prawdziwa matka umarła. Mówiła, że ma dwie mamy. Ale teraz, kiedy została tylko jedna, czuję, że powinnam kochać ją jak własne dziecko. Myślę, że jestem do tego niezdolna, że nawet własnego dziecka bym nie kochała, dlatego nie zamierzam go mieć. Dzieci jako takich nie lubię, bo są egoistyczne (wiem, jak to absurdalnie brzmi, bo sama jestem egoistką), bo chcą absorbować sobą otoczenie, a poza ty są podatne na działanie rówieśników i w grupie są okrutne (dla innych dzieci i dla zwierząt). Kocham zwierzęta i to nimi chciałam się otoczyć. Wyszło, jak wyszło. Myślałam, że będę dodatkiem, a nie tą osobą, która ma być oparciem. Tymczasem P. mnie coraz częściej irytuje tym, jak próbuje przyciągnąć uwagę. Dlatego bywam dla niej zbyt surowa, chociaż nie krzyczę. Ale często mówię surowym, chłodnym tonem gdy to niepotrzebne. Z drugiej strony zauważyłam, że gdy tłumaczę coś cierpliwie i łagodnie, np. odpowiadam cierpliwie na kolejne męczące pytania - ona to wykorzystuje, wyczuwa "niszę" i chce coś na tym ugrać. Krótko mówiąc, dzieci zachowują się na zasadzie: daj palec, a weźmie całą rękę. Najchętniej wszystko by sobie wzięło, oddaj jej swoją torebkę, kup zabawki, za chwilę będzie wołać o następne.
Najbardziej chyba mnie irytuje to, że dziecko szuka kontaktu. Kiedyś mi nie przeszkadzało, że się przytuli, da buziaka, teraz mnie to irytuje. Nie okazuję tego bezpośrednio, ale dzieci chyba wyczuwają takie rzeczy.
Prześladuje mnie myśl, że sama zostałam wychowana na osobę zamkniętą w sobie, która ma utrudnione kontakty z otoczeniem, i to samo robię z tym dzieckiem. Zresztą mój mąż też jest introwertyczny, i to też moim zdaniem kwestia środowiska rodzinnego, choć gdy był mały rodzice jeszcze nie pili.

Wiem, że to był strasznie długi wywód. Przepraszam, że was zmuszam do czytania.
Meritum sprawy jest takie, że szukam przyczyny. Nie podoba mi się to, że jestem wiecznie rozdrażniona, mam pretensje do całego świata a najbardziej do siebie. Nawet gdy znajdę chwilę czasu nie potrafię się skoncentrować na nauce (języków), a to jest jedna z niewielu rzeczy, które lubię robić. Mam wrażenie, że moje życie już się skończyło, nic już nie przeżyję. Nie będzie mnie stać na podróże. Gdy dziecko będzie pełnoletnie i może będę mogła wydać zarobione pieniądze na siebie, pewnie już mi się nic nie będzie będzie chciało, będę zgorzkniałą kobietą po 30. Już teraz żyję tak, jakbym miała lat 50. Praca, w miarę możliwości w nadgodzinach, sprzątanie, gotowanie, cały dzień czeka na wieczór by móc zrobić coś dla siebie czyli się pouczyć, a gdy nad tym przysiądę - szybko rezygnuję, bo wszystko mi wolno wchodzi do głowy. Więc oglądam coś w internecie albo idę spać, nawet jeśli jest wcześnie.
Skłamałabym, gdybym twierdziła, że wszystko jest na mojej głowie. Mąż też dużo pracuje, często gotuje (właściwie gotujemy sobie osobno, bo on nie lubi rzeczy które ja lubię), czasem zrobi pranie lub posprząta. Stara się. Choć nadal uważam, że ja sprzątam, robię więcej, a on czasem narzeka, że właściwie nic nie robię. Kiedyś mniej sprzątał, przychodziłam do domu z pracy lub uczelni i byłam wściekła, że tyle jest do zrobienia. A jednak nie byłam tak zniechęcona do życia jak teraz, gdy on nawet więcej robi, nie przesiaduje aż tyle przed komputerem).

Zastanawiałam się, z czego wynika moje samopoczucie. W najgorszych dniach myślałam, że mam depresję, szczególnie że myślałam że najlepiej byłoby umrzeć. Przeszło mi to, już nie mam takich czarnych myśli. Zastanawiałam się, czy nie mam choroby Hashimoto, ostatnio przy dniu cukrzycy nawet zaczęłam sobie wmawiać tę chorobę. Że może stąd się bierze moje czarnowidztwo, zniechęcenie do życia, zmęczenie nawet wtedy gdy jestem wyspana.
Na razie nie robiłam sobie badań, pewnie je wykonam, ale i tak wątpię bym była chora. Jeśli już to na głowę. Wieczne niezadowolenie z życia to pewnie też choroba.
Kiedyś byłam pozytywnie nastawiona do przyszłości, choć przez całą szkołę użerała się z ciężką sytuacją w domu, choć przez większość studiów wiecznie brakowało mi kasy, bo nie pracowałam na pełen etat. Byłam pewna, że zapracuję sobie na lepszą przyszłość. Myślałam o pracy naukowej. Ale już na studiach zrozumiałam, że do bycia profesorem się nie nadaję, ani nie jestem dość mądra, ani mnie to tak naprawdę nie kręci.

I teraz tak się zastanawiam, skąd się bierze moje zniechęcenie do życia. I widzę kilka możliwości wymyślone dzisiaj, jakoś nie potrafiłam do tego dotrzeć zanim nie zaczęłam pisać):
- zbyt duża presja z rolą matki, do której ani się nie nadaję, ani nie mam chęci, a która teraz mnie dopadła z całą mocą - bo dopiero teraz zrozumiałam, że wiara, że kiedyś teściowie się poprawią i odzyskają córkę i dadzą jej normalny dom było mrzonką
- poczucie pustki po skończeniu studiów. Już nawet nie zależy mi na dyplomie magistra, ale studiowanie samo w sobie było frajdą, dawało jakiś cel (zdać tan i następny egzamin, skończyć studia, obronić się), zmuszało do pracy. Teraz przestałam się rozwijać, stoję w miejscu
- myśl, że być może ślub i cały ten związek okaże się pomyłką, za parę lat nic nas już nie będzie łączyć, dziecko podrośnie to powinnam odejść - i biorąc pod uwagę taką możliwość, nie powinnam pozwolić, by P. się do mnie bardziej przywiązywała
Nie dodałam, że chociaż mój związek z mężem jest udany, że choć denerwują mnie jego wady i tak uważam, że w porównaniu z większością facetów jest super i świetnie trafiłam, cały czas mam w głowie taką myśl, że może on kiedyś się załamać psychicznie, nie wytrzymać nerwowo i zacząć się wyładowywać na mnie psychicznie i fizycznie, tak jak mój ojciec na matce, tak jak teść na teściowej (choć teściowa chyba była jeszcze gorsza pod tym względem). Jest nerwowy, potrafi krzyczeć bez powodu, a ja po ślubie dostrzegłam że ma kilka cech odziedziczonych wprost po swoim ojcu, m.in. właśnie łatwe denerwowanie się, niezaradność w niektórych sytuacjach życiowych.
Z tego powodu cały czas w mojej głowie jest myśl, by mieć plan awaryjny, bo małżeństwo może się skończyć. Nawet nim zaciągnęliśmy ten kredyt dokładnie wymyśliłam co z nim zrobić w razie rozwodu.
Najważniejsze jest w tym wszystkim dobro dziecka, a mnie się wydaje, że taka osoba jak ja - chłodna emocjonalnie, nie lubiąca dzieci - nie jest dobrą osobą do wychowywania, więc może po prostu powinnam się usunąć, żeby mój mąż mógł znaleźć kogoś, kto będzie lepszą matką?
A może myślę o tym tylko dlatego, że tak byłoby dla mnie najwygodniej.

Strasznie się rozpisałam. Miałam wymyślić jakieś pytanie "do publiczności", ale nawet nie wiem o co mogłabym zapytać. O radę? Żadne wyjście nie jest dobre. Niemniej ten post pomógł mi po trosze poukładać myśli.
Pozdrawiam

2 Ostatnio edytowany przez N4VV (2013-11-25 00:53:10)

Odp: Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

Dlaczego nie porozmawiasz o tym wszystkim z mężem?
Może razem było by wam łatwiej znaleźc przyczynę i jej zaradzić.

3

Odp: Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?
Katariina napisał/a:

Nie dodałam, że chociaż mój związek z mężem jest udany, że choć denerwują mnie jego wady i tak uważam, że w porównaniu z większością facetów jest super i świetnie trafiłam, cały czas mam w głowie taką myśl, że może on kiedyś się załamać psychicznie, nie wytrzymać nerwowo i zacząć się wyładowywać na mnie psychicznie i fizycznie, tak jak mój ojciec na matce, tak jak teść na teściowej (choć teściowa chyba była jeszcze gorsza pod tym względem). Jest nerwowy, potrafi krzyczeć bez powodu, a ja po ślubie dostrzegłam że ma kilka cech odziedziczonych wprost po swoim ojcu, m.in. właśnie łatwe denerwowanie się, niezaradność w niektórych sytuacjach życiowych.
Z tego powodu cały czas w mojej głowie jest myśl, by mieć plan awaryjny, bo małżeństwo może się skończyć. Nawet nim zaciągnęliśmy ten kredyt dokładnie wymyśliłam co z nim zrobić w razie rozwodu.

Czytając to co cytuje nasunęła mi się myśl czy Ty w ogóle kochasz męża?Czy wzięliście sobie ślub z braku laku,żeby sprawa w sądzie o opiekę nad siostrą męża sprawniej poszła?

Wzięłaś na siebie chyba zbyt wiele.Jest Ci z tym ciężko bo sama nie możesz się rozwijać.Jesteś matką,a na to nie jesteś nawet gotowa.
Usuwając się zrobisz dobrze dla siebie(wreszcie ruszysz do przodu z kształceniem)raniąc przy tym nie tyle co męża,a właśnie "swoją córkę".
Porozmawiaj z mężem powiedz jak Ci ciężko.
Ja myślę że nie jesteś egoistką,po prostu porwałaś się na coś na co nie byłaś tak na prawdę gotowa.
Jeżeli jest Ci teraz źle i myślisz że jeśli odejdziesz będzie Ci lepiej,to to po prostu zrób.Nie chcesz być chyba wiecznie marudzącą niezadowoloną z życia kobietą?W życiu bywają chwilę kiedy trzeba być egoistą i pomyśleć "czego JA chcę od życia".
Już teraz zadajesz sobie pytania "co by było gdyby".
Chcesz się obudzić pewnego dnia,zdać sobie sprawę że masz już 50dych na karku a w życiu nie zrobiłaś czegoś co tak na prawdę chciałaś?(turystyka,nauka języków).
Ciągła frustracja wykończy Twoją psychikę hmm

4

Odp: Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

xYxAngelxYx, wbrew pozorom kocham tongue

Oczywiście, macie rację, że tutaj pomoże tylko rozmowa.
Muszę dobrze przemyśleć, jak to wszystko dobrze ująć w słowa, bo oczywiście rozmawiałam już kiedyś na ten temat z mężem... który powiedział, że jeśli jestem nieszczęśliwa, to mnie nie będzie próbował zatrzymywać. Zdaje się, że on też to tak rozumie, że jeśli coś mnie w obecnej sytuacji tak strasznie uwiera, to znaczy, że go nie kocham albo kocham za mało.
Tylko gdyby tak było, rozwiązanie byłoby proste tongue
Przemyślę wszystko i porozmawiam.

Natomiast muszę powiedzieć, że samo opisanie tego wszystkiego bardzo mi pomogło poprawić sobie samopoczucie, choć pewnie chwilowo. Jakoś z nikim nie potrafię o tym porozmawiać, choć niejednokrotnie chciałam. Wszyscy z mojego otoczenia myślą, że jestem taka empatyczna i dobra, zdolna do poświęceń, jednak wychodzi na to, że jestem niekonsekwentna i sama nie wiem, czego chcę. Co innego popełniać błędy, na których tylko samemu się cierpi, a co innego wciągać w to innych.
Dzięki za rady i za to, że nikt mnie nie zmieszał z błotem, czego się obawiałam big_smile

5

Odp: Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

Hej Katariina!

Czytając Twój post doszłam do wniosku, że jest w nim więcej frustracji niż bólu. Myślę, że to dobry znak.
Pierwsze co mi się nasunęło, to fakt Twojego bycia DDA. Spójrz- zaczęłaś od tego, i to jest kwitesencja całej Twojej wypowiedzi. W tym skrócie kryje się mała podpowiedź do Twoich pytań- DZIECKO. Myślę, że ono jeszcze nadal w Tobie tkwi, a z reguły dzieci nie zajmują się dziećmi, więc jak mogłabyś się czuć dobrze zajmując się 5letnią dziewczynką?To niemal niemożliwe. Dziecko w tym ujęciu to osoba, która boi się dorosłości, odpowiedzialności, która ma niskie poczucie wartości, bo nigdy nie czuła, że jest kochana bezwarunkowo. Czujesz zapewne sporą złość na rodziców , i tym samym nie odnajdujesz w sobie na tyle spokoju, by przekazać go innym (bliskim, którzy Cię otaczają).
Nie wiem czy przeszłaś jakąś terapię, ale jeśli nie i nie widzisz w tym problemu, to radziłabym sięgnąć do fachowej literatury dotyczącej tego syndromu i przemysleć wszystko na nowo.

Nie czuj się osamotniona, nie jesteś jedyna. Pokrótce opowiem Ci moją historię, byś zdała sobie sprawę, że nie jest tak źle.
Jestem DDA i o tym się rozpisywać nie będę, bo nie ma sensu. Studia miały być moim wybawieniem, ale na 1. roku zaszlam w ciąże, teraz mam 5letnią córkę.  Rok po tym wzięłam ślub, teraz już sama nie wiem czemu, w tym roku się rozwiedlismy, kosztowało nas to bardzo dużo bólu, ciągłych kryzysów itd. Mamy też kredyt na mieszkanie, teraz jest tylko na mojej głowie (pomagają mi rodzice), a ja bezskutecznie szukam pracy. Wielokrotnie byłam pozostawiona sama sobie, wielokrotnie miałam myśli samobójcze, nie widzialam już sensu istnienia. Miałam zostać na uczelni, ale spasowałam tuż przed licencjatem, nie obroniłam się, choć większość moich rówiesników, nierzadko malo zdolnych jest już po magisterce. Frustracja, bol, załamanie nerwowe. Nawet nie wiesz ile razy takie uczucia towarzyszyły mi w zyciu. Przede wszystkim czuję się jak w matni, ponieważ wszystko jest zależne od pieniędzy, ewentualnie od wsparcia i pomocy rodziny, bliskich, a tych mam bardzo daleko. Przeszłam ponad 3letnią terapię, chodziłam do psychiatry, szukałam problemu w sobie, próując się leczyć, jakoś zmagac z rzeczywistością.Teraz jestem w związku z mężczyzną, który jest tzw. Piostrusiem Panem (odsyłam do watku na forum), także zmagam się z kolejnym problem, ponieważ niejednokrotnie pozostawalam sama z problemami, mój partner ma tendencję do ucieczki w zabawe lub alkohol, natomiast nie ma potzreby jakichkolwiek deklaracji. Nie mogę realizować swoich pasji, bo jest to koszt, na który sobie nie mogę pozwolić. Nie podróżuję tak jak kiedyś, nie uczę sie chociaż chciałam.
I tak naprawdę, nie wiem czy moge mieć do kogokolwiek pretensje, bo przecież to moje wybory.


Moja skromna rada- nie poddawaj się. Dziewczyno, jesteś młoda, i 30lat to będzie początek Twojego zycia, a nie koniec. Bądź wdzięczna za faceta z którym jesteś (uwierz, poznałam takie elementy, że głowa mała...). Gwarantuję Ci- jak nie odnajdziesz siebie, Twoje problemy nie znikną. Nie pomoże Ci ani Japonia, ani Korea, bo ten problem masz w sobie. Dziecko-cięzko mi się odnieśc, bo nie wiem jak to jest zajmować się nie swoim, ale wiem jedno- w moim zyciu, w chwilach smutku i beznadziei moja córeczka zawsze była blisko i jej roześmiane oczy dawały mi szczęście. Żadna rozrywka nie daje takiej siły i wiary w siebie jak dziecko. Masz opcję rzucenia wszystkiego, ale jesli za rok, dwa znowu się okaże że to nie to- do kogo wrócisz??Myślę, że powinnaś zaznajomić sie też z banalną lekturą Małego Księcia. Jestes odpowiedzialna za to, co oswoiłaś. Zawsze pozostaje Ci wybór, a jakże- ale odpowiedzialności nikt za cieie nie przejmie. Niestety, takie są prawa dorosłości.
Życzę Ci dużo szczęścia i miłości. Rozumiem Cię doskonalne, bo dla mnie każdy dzień jest walką, ale mimo wszystko nie warto tak szybko się poddawać, teraz każdy się poddaje. W imię czego? Znajdź sobie pasję tutaj, podrózuj,ale z rodziną, z dzieckiem wybierz się może do psychologa, rozmawiaj codziennie i uważnie z mężem, a Twoje zycie będzie lepsze. Jesteś dobrą kobietą,pewnie mamą również. To wielka sztuka być mamą nieswojego dziecka. Ja moge tylko podziwiać. Zobaczysz, dobro które podarujesz innym, kiedyś do Ciebie wróci. Nie szukaj problemów w innych, szukaj rozwiązania w sobie.

wink

6

Odp: Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

Dzieci nie są problemem by się realizować.Masz jednego skarba i dużo mega czasu możesz coś z tym zrobić.Uwież mi dasz radę.

7

Odp: Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?
waga73 napisał/a:

Dzieci nie są problemem by się realizować.Masz jednego skarba i dużo mega czasu możesz coś z tym zrobić.Uwież mi dasz radę.

Kłopot w tym, że dziecko moim skarbem nie jest i nie będzie, wolę mojego psa. Dziecko miało być w centrum zainteresowania swojego brata, tylko okazało się, że tak jak przed wylądowaniem w domu dziecka, tak samo po dostaniu rodziny zastępczej - przegrywa z komputerem. Mój wtedy jeszcze chłopak był przekonany, że sam sobie z wychowywaniem świetnie poradzi, jedynie łatwiej mu będzie jak wynajmę z nim mieszkanie. Ale i to oczywiście nie jest konieczne, on sobie poradzi. Tak bardzo był o tym przekonany, że zataił przede mną, że wziął kredyt na spłatę długu swoich starych, żebym się nie rozmyśliła przed podpisaniem umowy najmu.
Rezultat jest taki, że chociaż jestem w tej sytuacji bardziej macochą niż matką, a przynajmniej ja czuję się jak macocha, to dziecko i tak woli żebym ja je zaprowadzała i odbierała ze szkoły i do mnie przychodzi prawie ze wszystkim. Nic dziwnego, gdyż ukochany braciszek prawie cały dzień siedzi przed komputerem, ze słuchawkami na uszach, więc nawet jak do niego coś powie, to musi w najlepszym wypadku powtórzyć, o ile zwróciła na siebie uwagę.
Ciekawe jest przy tym, że szanowny brat jest bardzo zadowolony z siebie i uważa, że postąpił jak najsłuszniej biorąc dziecko do siebie, a ja mam wyrzuty sumienia, bo nie potrafię pokochać cudzego dziecka, co więcej nie znoszę być nazywana mamą gdyż stawia mnie to w jednym rzędzie z jej starym alkoholikiem i nieudacznikiem.

8 Ostatnio edytowany przez 1dwa3 (2013-12-05 21:51:58)

Odp: Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

Ech ech ech...

Myśle sobie po przeczytaniu tego co napisałaś... że.. dużo w tym wszystkim niezgody twojej na stan rzeczy a co za tym idzie musisz być nieszczęśliwa, może sfrustrowana, nerwowa...

Też takie stany miałam... zazwyczaj po próbach ratowania sytuacji (czym w twoim przypadku jest rozmowa z mężem np..)dochodziłam do wniosku że... hm - albo trzeba się pogodzić ze stanem rzeczy, uznać za norme, nie wnikać, nie szarpać się - zaakceptować, poszukać plusów sytuacji, odnaleźć sie i amen,  lub też trzeba dokonać zmian radykalnych. Skoro tu piszesz to chyba jesteś przed takim wyborem.. a jaki by nie był będzie dobry bo da ci spokój ducha

Posty [ 9 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Jestem złą żoną i matką, jak się zmienić?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026