Nie wiem co robić, jak postępować, mam w sobie tyle żalu i złości, że odechciewa mi sie żyć. Chyba popadłam w jakąś depresję, bo mam juz niechęć do wszystkiego, do pracy, do otaczających ludzi, do rodziny. Potrafię tylko płakać, i wytrzymałam zaledwie trzy dni, by nie zrobić córce kolejnej sceny. Wychowywałam ją sama (jestem 9 lat po rozwodzie), wydawało mi sie, że jesteśmy mega przyjaciółkami, bo takie były nasze relacje, nie mówiąc o tym jak bardzo ją kocham. Właśnie skończyła studia, całe życie przed nią, a tu pojawia sie on, facet po przejściach, mający dwoje dzieci, którego ściga komornik, za niepłacenie na nie alimentów. Facet nawet nie zamierza wziąć się do pracy i zacząć zarabiać. Mając 30 lat i siedzi u mamusi na garnuszku, mamusia da synkowi zupki i wypierze gacie, bo co ma biedna zrobić. Za to on od kilku lat wciąż rozkręca firmę w internecie chcąc świadczyć usługi Video Marketingu. Naopowiadał mojej córce jaki to on jest pokrzywdzony przez los, bo matka ich dzieci (nie mieli ślubu), zdradzała go, w czasie, gdy on zarabiał na dom, wiec w końcu musiał ją z domu wygonić. Winą za rozpad tego związku wziął na siebie taka, że dużo pracował i nie było go często w domu a powinien (biedactwo). Córka oczywiście we wszystko mu wierzy i zupełnie zwariowała na jego punkcie. Nie docierają do niej żadne racjonalne argumenty, a próbowałam juz użyć chyba każdego. Nie tylko aspektu finansowego, bo przecież przez całe prawie życie, będzie musiała sporą cześć domowego budżetu oddać obcym jej dzieciom, być może nawet kosztem własnego dziecka i swoim. Tłumaczyłam jej, ze zawsze będzie tą druga, że on przeżywał już wielka miłość skoro spłodził dwoje dzieci, przeżywał wszystko co w związku jest najpiękniejsze, najczystsze: ciąże, oczekiwanie na dziecko, wspólną z tego powodu radość, że to wszystko juz miał i, że przez całe życie będzie przez dzieci związany z ich matką, że pojawią sie problemy, gdy te dzieci będą częstymi gośćmi w ich domu, do czego zresztą mają prawo. Że on sam nic nie jest wart, skoro dopuścił się tego, ze nie płaci na te dzieci alimentów, a nawet wprost, że to nieodpowiedzialny lekkoduch i nierób. Mnóstwo różnych innych argumentów, by zrozumiała sama jak bardzo niszczy sobie życie. Ale nic do niej nie dociera, przeciwnie, to ja staje się wrogiem, ta złą matką, która wręcz wymusza na niej by zakończyła tą znajomość. Tak wiem, powinnam pozwolić córce przezywać samej jej dorosłe życie, w końcu i tak zaczęła nie wracać nocami do domu, ale jak to zrobić, gdy wiesz, że będzie przez to nieszczęśliwa i się bardzo skrzywdzi. Mam czasami takie nerwy, ze mam juz na końcu języka by powiedzieć jej, że skoro tak bardzo go chce, to pora wziąć odpowiedzialność ze swoje dorosłe decyzje i wyprowadzić się z domu. Na razie udaje mi sie powstrzymać, tym bardziej, ze ona tez jeszcze nie ma żadnej pracy, ale czuje, ze długo nie wytrzymam i to powiem. Oczywiście wiem że będę wtedy wyrodna matką, ale czuje a nawet wiem, ze nie umiem na dłuższą metę udawać, że wszystko jest ok., bo pęknie mi serce. Czy ja jestem jeszcze normalna? NAPISZCIE MI BŁAGAM KOBIETY KOCHANE, CO WY ZROBIŁYBYŚCIE NA MOIM MIEJSCU.
Podobne tematy
Współczuję, że musi to pani przechodzić. Niestety najgorsze jest to, że chyba nic nie da się zrobić. Córka sama musi albo zrozumieć, że to nie jest facet dla niej, albo musi się na nim przejechać (oby nie było za późno). Zakochanej młodej dziewczynie, która nigdy wcześniej nie przeżywała wielkiej miłości ciężko cokolwiek wybić z głowy. Dla niej teraz nie liczą się żadne argumenty (swoją drogą - bardzo mądre) i nie myśli przyszłościowo - co będzie z jego dziećmi, co będzie z kasą, co będzie jeśli on całe życie będzie rozkręcał firmę, z której nie będzie żadnych dochodów. Teraz to dla niej nieważne.
Samo to, że nie płaci alimentów na własne dzieci stawia go w złym świetle...
Ile są już razem?
3 2013-08-30 01:44:00 Ostatnio edytowany przez celina co mniema (2013-08-30 01:45:22)
Potrafię tylko płakać, i wytrzymałam zaledwie trzy dni, by nie zrobić córce kolejnej sceny.
U mnie bylo prawie identycznie.
Okolicznosci inne,a konsekwencje takie same.
Córka oczywiście we wszystko mu wierzy i zupełnie zwariowała na jego punkcie. Nie docierają do niej żadne racjonalne argumenty, a próbowałam juz użyć chyba każdego.
Uwierz mi na slowo,to niczego nie zmieni.Twoje proby,laduja w Kosmosie.Ja probowalam ,sugerowalam,"otwieralam oczy",przez dobrych kilka lat.
Doszlam do muru Jej niecheci.Oddalilysmy sie.Dopiero wtedy zrozumialam,ze albo azakceptuje Jej wybory,albo Ja strace.Wolalam to pierwsze.Po kilku latach,niestety,okazalo sie,ze to ja mialam racje.Moje Dziecko cierpi,a ja nie wiem jak Jej pomoc.Nie moge powiedziec:"a nie mowilam..".Z moim,troche chyba dziwnym podejsciem do zycia,nie potrafie Jej powiedziec,ze wszystko bedzie bobrze.
Staram sie z Nia rozmawiac dziennie,zapraszam do siebie,organizuje wyjazdy,ale widze,ze Ona nie potrafi sie uspokoic i wyciszyc,i doprawdy,nie wiem,co moge jeszcze zrobic.Rozmowa juz nie jest "taka dretwa",jak kiedys,ale nie moge jej jeszcze,nazwac "szczera".
Zobaczymy,co czas przyniesie.
Niczego,niestety radzic Ci nie bede.Bo do tego,zeby radzic,trzeba wiedziec.Ja,niestety,nie naleze do tego grona.Zwyczajnie - NIE WIEM.
Pozdrawiam Cie,zycze duzo sily i cierpliwosci.
Skoro nic nie mogę zrobić, to czy dobrym pomysłem będzie powiedzieć jej by wyprowadziła się z domu, by zaczeła być odpowiedzialna za swoje decyzje sama? Wydaje mi się, że to szybko otworzyło by jej oczy. Nie radze sobie zupełnie, nie wiem co robić. Znajomość zaczeła się w kwietniu tego roku.
Szafire, niezależnie od tego jakie to trudne - nie powinnaś ingerować w życie dorosłej córki. To jej wybory i ona będzie ponosiła ich konsekwencje. Ty proces wychowawczy powinnaś uznać za zakończony.
Tym co robisz teraz sprawiasz, że ona będzie się uparcie tego związku trzymała, nawet wbrew własnej logice. Bo do tej pory byłaś najbliższą jej osobą a teraz pokazujesz, że ta najbliższa osoba nie akceptuje jej wyborów, stosuje naciski, chce narzucić jej swoje zdanie. Gdyby tak się zachowała przyjaciółka to przestałaby być jej przyjaciółką. I Ty też wypadasz z tej roli. W jej odczuciu ją zawodzisz. A jeśli najbliższa osoba zawodzi to co się robi odruchowo? Ze wszystkich sił przyczepia się do innej osoby, która daje namiastkę bliskości. Rozumiesz?
Mogę powiedzieć coś z doświadczenia drugiej strony: kiedy moja mama protestowała przeciwko mojemu związkowi (dużo mniej napastliwie niż Ty, ona tylko mi mówiła od czasu do czasu, że nie wie co ja w nim widzę i że to nie jest facet dla mnie) to ja, na zasadzie "a ja wam pokażę", jeszcze bardziej się do niego przekonywałam. Mimo, że w głębi duszy wiedziałam, że mama ma rację. Musiało minąć 7 trudnych lat, żebym sobie tę znajomość odpuściła.
Możesz kazać jej się wyprowadzić, ale nie sądzę, żeby to cokolwiek pomogło. Wtedy ona będzie miała tylko jego i będzie się go trzymała nawet jak będzie faktycznie źle. W myśl zasady "nie mam nikogo, rodzina się odwróciła, nie mam dokąd pójść, on jest całym moim światem". Mylisz się, że otworzą jej się oczy po wyprowadzce. Ona wtedy będzie widziała tylko niedobrą matkę i wybawiciela w swoim facecie.
Co możesz zrobić? Zaakceptować jej wybór. Powiedzieć jej po raz ostatni, spokojnie, co myślisz o jej związku, dodać, że jest Ci ciężko ale spróbujesz zaakceptować jej wybór. Tylko przy poczuciu, że zawsze może na Ciebie liczyć jest szansa, że dziewczyna nie będzie ignorowała złych sygnałów w swoim związku i nie będzie się wahała go zakończyć. O ile złe sygnały będą. Może okaże się, że facet się ogarnie i będą szczęśliwi?
Nie powinnaś ingerować w życie córki. Ona jest teraz tak zaślepiona, że żadne najlepsze argumenty nic nie dadzą.
Ja bym jej spakowała walizki, niech idzie, ale obserwowała, co się u niej dzieje.
Zresztą, jest dorosłą kobietą po studiach - powinna już być samodzielna.
Skoro nic nie mogę zrobić, to czy dobrym pomysłem będzie powiedzieć jej by wyprowadziła się z domu, by zaczeła być odpowiedzialna za swoje decyzje sama? Wydaje mi się, że to szybko otworzyło by jej oczy. Nie radze sobie zupełnie, nie wiem co robić. Znajomość zaczeła się w kwietniu tego roku.
Znają się krótko, myślę, że "pozwól" córce mieszkać jeszcze w domu, może otworzą jej się oczy. Jeśli będziesz ciągle rzucać tekstami typu "powinnaś się usamodzielnić" "powinnaś brać odpowiedzialność za swoje czyny", to sama wyprowadzi się z domu, ale niestety nie będąc na to gotowa. Jeśli już ma się wyprowadzić to niech wie, że ZAWSZE może do ciebie wrócić. Bo jeśli nakażesz jej wyprowadzkę, to (myślę co ja bym zrobiła na jej miejscu) nawet jakbym rozeszła się z tym chłopakiem, nawet jakbym nie miała gdzie mieszkać i za co żyć, to nie wróciłabym do domu, z którego mnie wyrzucili... niestety.
Dziękuje Wam, że do mnie piszecie.
Wszyscy mi radzicie, bym zaprzestała jakichkolwiek prób otwarcia oczu mojej córce. Oczywiście, wiem, że każdy młody człowiek musi sam uczyć sie na własnych błędach. Uwierzcie mi, ze nigdy, ale to nigdy nie ingerowałam w związki mojej córki, bo niczego na świecie bardziej nie pragnę, jak tego by była szczęśliwa. Jednak trzeba nie być matką by pozwolić dziecku tak zmarnować sobie życie. Vinnga pisze "...To jej wybory i ona będzie ponosiła ich konsekwencje...", chyba nie jest matką, bo nie wie, że matka zawsze ponosi konsekwencje, bo jak cierpi jej dziecko, cierpi również ona. Matka jak widzi łzę w oku swego dziecka, lub chociażby smutek to pęka jej serce. Myślę, że " celina co mniema " mnie rozumie. Nemezys powiem Ci, że nie rzucam tekstami typu " powinnaś się usamodzielnić, powinnaś brać odpowiedzialność za swoje czyny ", ten pomysł pojawił się tylko w mojej głowie, bo wyobraziłam sobie, że to otworzy oczy mojej córce i zrozumie, że robi źle i krzywdzi samą siebie. Piszecie jednak, że to zły pomysł, pewnie macie racje, człowiek próbuje łapać się wszystkiego, co możliwe. Wychodzi na to, ze nie mogę zrobić zupełnie nic. Ale gdzie w tym wszystkim też moje uczucia, jak mam sobie z nimi poradzić?. Najgorsze uczucie bezsilności, złości, żalu, przygnębienia. Jak to przetrwać, by ciągle nie płakać i nie zwariować?, nie mówiąc już o tym, że zaczęłam odczuwać fizyczne bóle stresu, gniecie mnie w klatce i ciężko mi oddychać.
Tak, najtrudniejszym dla niektórych rodziców jest uświadomienie sobie, że ich dziecko dorosło i samo decyduje o swoim życiu i podejmuje swoje decyzje.
Do czego Cię zachęcam? Do tego, byś traktowała swą córkę adekwatnie do jej wieku, jak partnera. Obie jesteście dorosłymi kobietami.
Ułożyłaś sobie swoje życie, podejmowałaś i podejmujesz swoje decyzje. Dlaczego masz podejmować decyzje za córkę? Możesz wyrażać swą opinię, przekazywać informacje, dzielić się doświadczeniem, ale i tak (jeśli nie ubezwłasnowolniłaś psychicznie córki) to ona podejmuje decyzje o swoim życiu.
Pytasz o swe uczucia. Nie hamuj ich, daj im ujście, byle nie w obecności córki. Uczucia mają to do siebie, że mijają.
By uniknąć wątpliwości: mam dwoje dorosłych, samodzielnych i samo-stanowiących o sobie dzieci. Vinnga też jest matką. ![]()
Przeczytaj słowa mądrego człowieka:
(...)A kobieta trzymająca dziecko przy piersi odezwała się: Mów nam o dzieciach.
A on rzekł:
Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi,
Są synami i córkami Życia, które pragnie istnieć.
Rodzą się dzięki wam, lecz nie z was,
I chociaż z wami przebywają, nie należą do was.Możecie obdarzyć je waszą miłością, lecz nie waszymi myślami.
Albowiem mają swoje własne myśli.
Możecie dać schronienie ciałom ich, ale nie duszom.
Albowiem ich dusze zamieszkują dom jutra, do którego nie możecie wstąpić nawet w snach.
Możecie usiłować upodobnić się do nich, lecz nie starajcie się, aby one stały się do was podobne.
Albowiem miłość nie cofa się wstecz ani nie ociąga się, by pozostać w dniu wczorajszym.
Jesteście łukami, z których wystrzelono wasze dzieci jak żywe strzały.
Łucznik dostrzega cel na drodze do nieskończoności i napina was Swą mocą, aby Jego strzały pomknęły szybko i daleko.
Niech napięcie dłonią Łucznika napełni was radością;
Albowiem Ten, który kocha lecącą strzałę, nie mniej miłuje nieruchomość łuku.(...)
Wszyscy mi radzicie, bym zaprzestała jakichkolwiek prób otwarcia oczu mojej córce.
Tak wszyscy radzą bo Twoje próby nie mają szans powodzenia.
Jak to trafnie wskazała Vinnga, Twoja córka, nawet jeśli z pewnych rzeczy zdaje (lub zda) sobie sprawę to z przekory może nie podjąć właściwej decyzji.
Vinnga jest matką, tak jak i niektóre z piszących tu kobiet. Ja też i domyślam się jak Cię serce boli.
Twoja córka już zna Twoje zdanie. Nic więcej w tym momencie zrobić nie możesz. Wiem, że to brzmi brutalnie.
11 2013-08-31 00:59:19 Ostatnio edytowany przez celina co mniema (2013-08-31 01:01:19)
Witaj Szafire.
Strasznie to trudne.Wiem.
Tym co robisz teraz sprawiasz, że ona będzie się uparcie tego związku trzymała, nawet wbrew własnej logice. Bo do tej pory byłaś najbliższą jej osobą a teraz pokazujesz, że ta najbliższa osoba nie akceptuje jej wyborów, stosuje naciski, chce narzucić jej swoje zdanie....W jej odczuciu ją zawodzisz. A jeśli najbliższa osoba zawodzi to co się robi odruchowo? Ze wszystkich sił przyczepia się do innej osoby, która daje namiastkę bliskości. Rozumiesz?
CZYTAJ TO SZAFIRE KILKA RAZY DZIENNIE.(szkoda,ze mnie nikt tego nie podpowiedzial).
Czy Ci sie podoba,czy nie- nie masz innego wyjscia,jak zaakceptowac Jej wybor.
Skoro nic nie mogę zrobić, to czy dobrym pomysłem będzie powiedzieć jej by wyprowadziła się z domu, by zaczeła być odpowiedzialna za swoje decyzje sama? Wydaje mi się, że to szybko otworzyło by jej oczy.
Szczerze? moim zdaniem nic nie osiagniesz,a jeszcze zaognisz sytuacje.
bo jak cierpi jej dziecko, cierpi również ona. Matka jak widzi łzę w oku swego dziecka, lub chociażby smutek to pęka jej serce.
Dokladnie tak. Matka to etat na zycie i martwisz sie tak samo,czy dziecko ma 5,15,35,65 lat(zakladajac,ze jeszcze zyjesz)
Najgorsze uczucie bezsilności, złości, żalu, przygnębienia. ....gniecie mnie w klatce i ciężko mi oddychać
Skad ja to znam?
Jezeli jestescie na tym etapie,ze jeszcze potraficie ze soba rozmawiac - sprobuj.
Jezeli ten etap macie juz za soba-zostaw sprawy takimi jakie sa.
Pozwol jej pojsc gdzie chce,a Ty dalej badz Jej przyjaciolka.
Przytulam Cie,bo wiem,jakie to karkolomne przedsiewziecie.
Nemezys powiem Ci, że nie rzucam tekstami typu " powinnaś się usamodzielnić, powinnaś brać odpowiedzialność za swoje czyny ", ten pomysł pojawił się tylko w mojej głowie, bo wyobraziłam sobie, że to otworzy oczy mojej córce i zrozumie, że robi źle i krzywdzi samą siebie.
I bardzo dobrze, nie mów tak... mam nadzieję, że sytuacja się rozwiąże i albo córka przejrzy na oczy, albo "zięć" się ogarnie ze swoim życiem...
13 2013-08-31 13:15:49 Ostatnio edytowany przez LeeBee (2013-08-31 13:16:15)
Autorko, a czy w ogóle próbowałaś poznać chłopaka córki? Skąd masz te wszystkie informacje, o których tu piszesz?
szafire Co u Ciebie?Jakis postep?Stagnacja,regres?
Trzymam za Ciebie kciuki.Rozegraj to madrze,a nie stracisz Dziecka.Moje,coraz czesciej sie otwiera.I obie z tego czerpiemy.
Tobie tez tego zycze.