Czy uważacie że w małżeństwie są pewne granice wytrzymałości?Chodzi o to że bardzo kocham mojego męża.Zawsze to ja byłam tą co walczyła o nas i dawała wszystko z siebie.Ale jak bywa w małżeństwie czesto sie też kłócilismy niestety.W styczniu była nasza duża kłótnia.Mąż mnie uderzył jak był bardzo pijany(ale to juz nie pierwszy raz).Powiedziałam że jak sie nie zmieni to wezme dzieci i sie wyprowadze.I problem w tym że on bardzo sie zmienił jeszcze nigdy nie było u nas tak dobrze.Nawet w domu mi pomaga i na święta też pomagał.Jest wspaniałym tatą-dzieci za nim przepadają.Okazuje mi uczucia,mówi że kocha (a dawniej robił to bardzo rzadko).I problem w tym że we mnie wszytko sie zmieniło.Wogóle mnie to nie cieszy.Nie umiem sie cieszyć z chwil spedzonych razem.Wole jak wieczorem idzie psac a ja mam czas dla siebie.Ale bardzo chciała bym by było jak jeszcze w ubiegłym roku tyllko jak mam przełamać w sobie tą bariere?Bo jest mi bardzo z tym źle.Czy jednak nie jest tak że człowiek juz po pewnych przejściach nie umie uwierzyć i zaufac i się podaje?
Podobne tematy
Myślę, że to, co się w Tobie zmieniło, to zaufanie. A może nie potrafisz (już) funkcjonować w "zdrowym" związku?
Czy rozmawialiście o Was? O tym związku? Mąż zrobił pierwszy krok, uważam, że warto o tym, o Waszej relacji porozmawiać przy kuchennym stole, wieczorem..
Czy uważacie że w małżeństwie są pewne granice wytrzymałości?Chodzi o to że bardzo kocham mojego męża.Zawsze to ja byłam tą co walczyła o nas i dawała wszystko z siebie.Ale jak bywa w małżeństwie czesto sie też kłócilismy niestety.W styczniu była nasza duża kłótnia.Mąż mnie uderzył jak był bardzo pijany(ale to juz nie pierwszy raz).Powiedziałam że jak sie nie zmieni to wezme dzieci i sie wyprowadze.I problem w tym że on bardzo sie zmienił jeszcze nigdy nie było u nas tak dobrze.Nawet w domu mi pomaga i na święta też pomagał.Jest wspaniałym tatą-dzieci za nim przepadają.Okazuje mi uczucia,mówi że kocha (a dawniej robił to bardzo rzadko).I problem w tym że we mnie wszytko sie zmieniło.Wogóle mnie to nie cieszy.Nie umiem sie cieszyć z chwil spedzonych razem.Wole jak wieczorem idzie psac a ja mam czas dla siebie.Ale bardzo chciała bym by było jak jeszcze w ubiegłym roku tyllko jak mam przełamać w sobie tą bariere?Bo jest mi bardzo z tym źle.Czy jednak nie jest tak że człowiek juz po pewnych przejściach nie umie uwierzyć i zaufac i się podaje?
Kaczorek86 przyzwyczaiłaś się do pewnego schematu. To wbrew pozorom nie jest rzadkie zjawisko, kiedy kobiety nie cieszą się ze zmian swoich partnerów. Dotyczy to najczęściej żon alkoholików, przemocowców, tzw. "kobiet, które kochają za bardzo". Kiedyś czytałam artykuł na ten temat. wynikało z niego, że kobiety te w rzeczywistości boją się prawdziwej bliskości. Same są z partnerami, którzy z różnych przyczyn nie mogą dać im tej bliskości, to dla nich wbrew pozorom ucieczka od rzeczywistych problemów. Kobiety te spełniają się tylko przy takich trudnych partnerach.
Przypuszczam, że w twojej sytuacji może być podobnie. Polecam bardzo dużo cierpliwości, może terapia jakaś. Jeżeli maż tak bardzo się stara, to powinien się zgodzić.
Ważne jest to aby mąż odzyskał Twoje zaufanie, żeby to nie była zmiana tylko na chwilę z jego strony. Nie martw się na zapas. Życzę szczerze aby wam sie udało pokonac ten kryzys, jezeli zmiana z jego strony rzeczywiście jest prawdziwa.
Ciekawe pytanie - gdzie jest granica wytrzymałości w małżeństwie?
Wiele razy się nad tym zastanawiałam. Wiele kobiet wypłakuje się na forum, sytuacja wskazuje wyraźnie, że ewidentnie granica została przekroczona (przemoc, alkoholizm, długi, toksyczne relacje, itp), ale nie są w stanie uciec z takiego układu, bo ... brak kasy, dzieci, brak mieszkania.
Są też emocje, uczucia, których nie da się tak łatwo "zważyć". Większość osób kocha swojego partnera, dlatego pozwala na przesuwanie tej granicy.
"Uderzył, ale był pijany", "to było pierwszy raz więc trzeba dać szansę", "przekreślić te wszystkie lata?" "jest przecież dobrym ojcem"... itp
Myślę, że małżeństwo jest czymś wartym pielęgnowania, dbania, wybaczania, warto zawalczyć, mimo iż jest to trudniejsza droga niż rozwód (i nie ma żadnej gwarancji sukcesu). Zastanów się nad tym jak każdy z was funkcjonuje w rodzinie - czy ty jesteś tylko żoną/matką, czy masz trochę przestrzeni dla siebie, czy twoje dzieci będą szczęśliwsze słuchając kłótni, czy jeżdżąc na weekendy do drugiego rodzica, czy twój mąż tak się zachowuje, bo taki jest, czy raczej wycofał się na "bezpieczną" pozycję.
Ostatnio oglądałam film "Dwoje do poprawy" - ciekawy, chociaż trochę dołujący, ale jak powiedział psycholog w tym filmie - małżeństwa przyjeżdżają do niego, albo by naprawić związek, albo by go zakończyć.
Ciekawe pytanie - gdzie jest granica wytrzymałości w małżeństwie?
Wiele razy się nad tym zastanawiałam. Wiele kobiet wypłakuje się na forum, sytuacja wskazuje wyraźnie, że ewidentnie granica została przekroczona (przemoc, alkoholizm, długi, toksyczne relacje, itp), ale nie są w stanie uciec z takiego układu, bo ... brak kasy, dzieci, brak mieszkania.
Są też emocje, uczucia, których nie da się tak łatwo "zważyć". Większość osób kocha swojego partnera, dlatego pozwala na przesuwanie tej granicy.
"Uderzył, ale był pijany", "to było pierwszy raz więc trzeba dać szansę", "przekreślić te wszystkie lata?" "jest przecież dobrym ojcem"... itpMyślę, że małżeństwo jest czymś wartym pielęgnowania, dbania, wybaczania, warto zawalczyć, mimo iż jest to trudniejsza droga niż rozwód (i nie ma żadnej gwarancji sukcesu). Zastanów się nad tym jak każdy z was funkcjonuje w rodzinie - czy ty jesteś tylko żoną/matką, czy masz trochę przestrzeni dla siebie, czy twoje dzieci będą szczęśliwsze słuchając kłótni, czy jeżdżąc na weekendy do drugiego rodzica, czy twój mąż tak się zachowuje, bo taki jest, czy raczej wycofał się na "bezpieczną" pozycję.
Ostatnio oglądałam film "Dwoje do poprawy" - ciekawy, chociaż trochę dołujący, ale jak powiedział psycholog w tym filmie - małżeństwa przyjeżdżają do niego, albo by naprawić związek, albo by go zakończyć.
Dla mnie aby naprawić związek potrzebna jest bardzo duża dojrzałość. Niby wina zawsze leży po obu stronach. Ciekawa czym zawiniła kobieta, którą mąż bije?
Dopóki taki człowiek nie poczuje ogromnej chęci poprawy i nie zrozumienie swojego błędu, ratowanie małżeństwa będzie raczej bezskuteczne.
Moją koleżankę facet kiedyś uderzył i jeszcze był zdziwiony, że ona ma do niego pretensje. Niektórzy męzczyzźni mają naprawdę spaczony obraz świata.
Dziwne, że kobieta oddać nie potrafi u mnie bicie jednostronne by nie przeszło ![]()
Ja nie jestem w stanie doradzać w takich tematach, bo nie potrafię być obiektywna...
Miałam ojca alkoholika tyrana i kata... Podejrzewam że gdyby mąż mnie uderzył to pomimo ogromnego uczucia jakie jest między nami, najzwyczajniej odeszłabym od niego. Kiedyś sobie przysiegłam że nigdy nie pozwolę na to żeby ktoś mnie bił a tym bardziej partner.
Dziwne, że kobieta oddać nie potrafi u mnie bicie jednostronne by nie przeszło
Mi się wydaje, że faceci gdzieś podświadomie wyczuwają, które kobiety można bić. Nie wierzę, że są tacy cwani do każdej.
Onaona nie chodzi o to, by za wszelką cenę ratować związek, czasem chodzi o to, by dojrzeć do tak poważnej (i często wywracającej świat do góry nogami) decyzji o rozwodzie.
Nie do końca też mogę się zgodzić z argumentem,
Dla mnie aby naprawić związek potrzebna jest bardzo duża dojrzałość. Niby wina zawsze leży po obu stronach. Ciekawa czym zawiniła kobieta, którą mąż bije?
Oczywiście, trzeba mieć dużą dojrzałość, by wejść w związek, by go tworzyć, a kiedy psuje się, by go naprawić.
Rzecz w tym, że rodzinę zakładają często młodzi, niedoświadczeni ludzi, przez cały czas trwania związku - uczą się na własnych błędach. Każdy człowiek się zmienia - przecież emocjonalnie, doświadczeniem nie jesteś taka sama jak przed 10 laty, prawda?
Ja też w to nie wierzę! Czytałam zresztą, że kat zawsze wybiera sobie ofiarę-prawdziwą ofiarę.