Szatanie litościwy...
Przecież to jest celowa hiperbola, celowe przerysowanie, i celowe podymienie, aby zmusić, poprzez oburzenie, do zaprezentowania swojego zdania.
I to kompletnie wyrwane z kontekstu.
Bo chwile potem pisze o takim samym obowiązku względem żony.
ale złośliwa Miri, juz tego fragmentu nie dodała.
To tez pokazuje jak łatwa można was baitować, i jak mała uwagę przykuwacie do sprawdzenia informacji.
Porażka.
Z reszta, idę o zakład, że podobna wypowiedz, o takiej konieczności zamieściła tutaj wieka i Olinka, jak będę miał kilka godzin na wykopanie tego, to tu zamieszczę, ale jestem tego pewien.
Tylko z racji ze napisały to kobiety, no to była cisza.
Ahh te podwójne standardy.
Ale tak, uważam że seks w małżenstwie jest obowiązkowy, zresztą pośrednio mówi o tym nawet Polskie Prawo.
Bo skoro można dostać rozwód, z orzeczeniem o winie, i alimentami, z powodu tego że partner/partnerka unika kontaktów seksualnych z nami.
to tak, trzeba założyć, że jest on obowiązkowy.
Choć, jak do wszystkiego, nikt nie ma prawa nas do tego zmuszać.
ale, tak jak nikt nie ma prawa zmuszać nas do pracy, tak musimy liczyć się z konsekwencjami braku tej pracy (zdechniemy z głodu, ewentualnie będziemy wyciągać ręce po social)
To również unikanie kontaktów seksualny (zazwyczaj przez kobietę) wiąże sie z konsekwencjami dla małżeństwa.
Wielu tutaj nieświadomych użytkowników, myli przyczynę z skutkiem.
Zazwyczaj (nie zawsze) jest tak, że to odsuniecie sie od partnera, nie wypełnianie swojego obowiązku, względem niego, jest POWODEM tego, że małżeństwo zaczyna sie sypać.
A nie tak, jak większość tutaj myśli, i wypisuje bzdury, że jakieś inne perturbacje w związku, są POWODEM tego, że częstotliwość seksu spada.
Zachęcam do przeczytania książek najwybitniejszego polskiego seksuologa Prof. Lew-Starowicza.
U mnie w małżenstwie, to żona ma większe libido ode mnie.
Mi by wystarczyło nawet raz na dwa dni.
Ale zona przeważnie chce dwa razy, ale na dzień.
Idac za poradami niektórych pan tutaj, że mam wyłączne prawo do swojego ciała, to powinienem powiedzieć żonie, że seks będzie, ale kiedy ja będę miał na niego ochotę
A jak nie będę miał, to nie będzie.
Tyle że wchodząc w związek małżeński, zrzekasz sie swojej suwerenności na rzecz swoje drugiej polówki.
W wielu kwestiach znika JA, pojawia sie MY.
I strefa seksualna jest jedną z nich.
więc tak, uprawiam seks z zona, pomimo że nie mam na niego ochoty, bo nie jestem najważniejszy w tej relacji
Uważam, że to ta osoba z niższym libido, powinna sie dostosować do tej z wyższym.
Bo to tak, jak by zmuszać partnera, żeby niedojadał.
Dla mnie jest to abstrakcja, żeby nie rozumieć, że w małżenstwie mamy obowiązek zaspokajać swoje potrzeby.
Bo po co sie wchodzi w związek małżeński?
Żeby prowadzić spółkę z.o.o pod nazwa dom? Gdzie robi sei zrzutę na rachunki, ewentualnie an dziecko?
Po co to komu?
bo taniej życ we dwoje?
Jak kto woli.
Jak można funkcjonować, i jeszcze nazywać sie dobrym małżonkiem, gdzie widzi frustracje seksualna u partnera.
Serio, zastanawiam sie, jak kobiety kładąc sie z mężem do łóżka, czuje jest zwód, i poraź któryś mu odmawia?
To jest dobra zona według was?
Mająca w dupie potrzeby partnera?
choć to formułowanie ejst tutaj średnio trafne.
Zabawne sa tez podwójne standardy w tej kwestii.
Jak psize kobieta, że maz odmawia jej seksu, że wpada w kompleksy itp, to dostaje z góry porody o rozwodzie, żeby nie marnowała czasu na krypto geja albo na impotenta, że usycha niczym kwiat.
Jak to sam napisze mężczyzna, to słysz że dla seksu chce rozwlac rodzinę, że jest zwierzęciem które nad soba nie panuje, że warto sie zastanowić, bo rozwód kosztuje itp.
Ja pierdole.