Witam was dziewczyny. Opiszę krótko moją historię. Tak naprawdę myslałam,że sobie z tym poradzę, ale coraz częściej niestety myślę, żeby się do niego odezwać.
Bardzo oboje się kochaliśmy i robiliśmy dla siebie naprawdę dużo. Byliśmy dla siebie wsparciem i wiedzieliśmy,że zawsze możemy na sobie polegać. Często wychodziliśmy do resturacji, spacery, spędzanie wspólnego czasu. Wszystko byłoby super gdyby nie to, że się kłóciliśmy... zdaję sobie sprawę z tego,że większość kłotni było prze mnie niestety jestem osobą bardzo porywczą i chyba nadpobudliwą. W ciągu roku rozstawaliśmy się może z dwa razy i były tez takie większe kłótnie,ale zawsze na drugi dzień się do siebie odzywaliśmy, rozmailiśmy i staraliśmy się wszystko naprawić.
Tym razem było inaczej. przed samymi świętami strasznie się pokłóciliśmy, najgorsza z możliwych kłótni to była. Tym razem ja go uderzyłam (a nigdy tego nie robiłam) a on mnie pchnął na łóżko żeby mnie uspokoić. Wygoniłam go z domu i już nie wrócił... Żadnych sms-ów, żadnego dzwonienia, żadnego odzewu. Zero, cisza i pustka. Myślałam, że znowu się odezwie i będzie jak dawniej, ale nie tym razem. pierwszy tydzień myślałam,że dobrze się stało, ile można sie kłócić. Ale teraz już nie daje sobie rady. nie chce mi się jeść, chodzić do pracy, w ogóle nic. myślę tylko żeby się do niego odezwać i powiedzieć jak bardzo mi go brakuje
wiem w głębi duszy, że powinnam to zostawić tak jak jest, ale tak bardzo chciałabym go zobaczyć. mam straszny mętlik w głowie, nie wiem co mam robić chociaż pewnie powinnam po prostu przeczekać aż mi minie i czas mnie wyleczy...