Witam. Jestem 25 latkiem i proszę Was koleżanki o pomoc. Otóż zakochałem się na zabój w pewnej 21-latce. Poznaliśmy się 2,5 miesiąca temu przez internet poprzez ogłoszenie, w którym pisała, że szuka kogoś do uprawiania sportu. Odpowiedziałem na nie, bo również kogoś takiego wtedy szukałem i tak się zaczęliśmy spotykać. Praktycznie codziennie (czasami z 3-4 dniowymi przerwami) spotykaliśmy się na rowery i bieganie, ale również pojawiały się inne rzeczy: pizza, kino, zaproszenia na obiad albo kolacje dla mnie od niej i na odwrót, pomagałem jej z komputerem, a raz nawet pojechaliśmy na całodniową wycieczkę w góry za miasto. Większość tych rzeczy ja wymyślałem i praktycznie nigdy nie odmawiała. W trakcie tych spotkań okazało się, że ona jest niesamowicie inteligentną, mądrą, rozsądną, zawsze uśmiechniętą dziewczyną. Straciłem dla niej głowę do tego stopnia, że swoje popołudnia organizowałem tylko pod to, żeby się z nią spotkać i po każdym spotkaniu nie mogłem się doczekać kolejnego. Oczywiście nie okazywałem jej tego po sobie i ogólnie grałem trochę luzaka, ale zawsze starałem się być dla niej najsympatyczniejszy jak się tylko da. Ona również sprawiała wrażenie zadowolonej z tych spotkań, nigdy się nie spóźniała, chętnie dawała się wyciągnąć z domu, jak i często mnie zapraszała. Niestety nigdy nie doszło między nami do kontaktu fizycznego, nigdy jej nie złapałem za rękę, ani nie przytuliłem, gdyż nie dawała mi do tego żadnych sygnałów ani nie flirtowała ze mną.
Strasznie mnie ta niemoc bolała. Ona po prostu traktowała mnie jak kolegę do uprawiania sportu, a dokładnie kogoś takiego szukała w swoim ogłoszeniu, a na propozycje wyjść pozasportowych po prostu pewnie godziła się ze zwykłej uprzejmości i kultury. Po tym wyjeździe za miasto zaprosiła mnie na kolację do siebie i tam spędziłem wspaniały wieczór. Długo rozmawialiśmy, żartowaliśmy, a nawet nauczyła mnie tańczyć walca (to był pierwszy raz, kiedy ją złapałem za rękę i to było wspaniałe uczucie). Zdaję sobie sprawę z tego, że dla dziewczyn takie coś to nic wielkiego, ale dla mnie to dużo. Na koniec tego spotkania postanowiłem się dowiedzieć czy coś z tego będzie i zapytałem się jej wprost "czy między nami coś jest, czy jesteśmy parą". Okazało się, że to był kardynalny błąd. Niesamowicie się przeraziła tym pytaniem, totalnie nie wiedziała co odpowiedzieć, pytała się "a skąd ci przyszło do głowy, że my jesteśmy parą" (no ciekawe skąd). Do tego powiedziałem, że nie wierzę w przyjaźń damsko-męską. Ogólnie postawiłem ją przed faktem dokonanym (czyli, że niby już jesteśmy parą), za co jestem na siebie wściekły do teraz. Powinienem był się delikatnie spytać "czy chcesz być ze mną". Tak czy siak, powiedziała również, ze nie ma czasu na związki przez swoją pracę i studia i, że ona się ogólnie do związków nie nadaje (co uważam za bzdurę, gdyż jest niesamowita).
I tutaj dochodzimy do motywu jej pracy. Ona ma bardzo nietypową pracę, bardzo dużo jeździ po całej Polsce i potrafi pracować nawet i całą dobę i nie spać w nocy, również w weekendy. Tak więc bardzo często jej nie ma w domu, a gdy jest to jest cały czas jest na telefon. Bardzo lubi swoją pracę i jest ona dla niej absolutnym, bezapelacyjnym numerem 1 w tym co ma teraz w swoim życiu. Skutecznie się w niej realizuje. Do tego studiuje zaocznie dobry kierunek. Po tym wydarzeniu nie widziałem się z nią przez 3 tygodnie, ale próbowałem odkręcić sprawę. Zadzwoniłem do niej i się jej wytłumaczyłem i przeprosiłem za tamto i sama powiedziała "okej nie było tematu". Potem znowu z różnych powodów nie mogłem się z nią spotykać, odmawiała głównie przez jej pracę. Przez ten czas napisała mi bardzo szczerego maila. Napisała, że bardzo mnie lubi i ogólnie absolutnie nie chce kończyć tej znajomości, ale nie wie jak to ma teraz wyglądać, że jako kto mielibyśmy się spotykać. Nie wyobraża sobie być w tej chwili w żadnym związku, właśnie przez jej pracę. Że praca i nauka są dla niej teraz najważniejsze i przez to, że jest sama ma więcej czasu i jest jej łatwiej. Że dla niej związek wymagałby kompromisów związanych z jej pracą. Prościej jej też jest odmówić spotkania koledze bez skrupółów, niż chłopakowi, gdyż obawia się, że od chłopaka usłyszy żal i pretensje, a tego nie chce. Napisała też, że żałuje tych pozasportowych spotkań ze mną, gdyż dopiero teraz rozumie, że przez to mogłem robić sobie nadzieje, a nawet mnie za nie przeprosiła. Ja odpisałem jej jeszcze bardziej szczerego i długiego maila, w którym opisałem jej jak te spotkania tak naprawdę wyglądały z mojej perspektywy i dlaczego robiłem sobie nadzieję, ale również zapewniłem ją, że nie mam do niej żalu za kosza, dalej chcę się z nią spotykać na sportowo i, że udowodnię sobie, że przyjaźń damsko-męska jest prawdziwa (mimo, że dobrze wiem, że strasznie będę się męczył na tych spotkaniach, ale chyba jestem uzależniony od jej towarzystwa). Po 3 tygodniach spotkaliśmy się porozmawiać przez godzinkę, gdzie zadeklarowała, że dalej chce ze mną uprawiać sport, ale ja wiem na pewno nie będziemy się widywać tak często jak do tej pory.
I teraz drogie koleżanki pytanie: Jak jej wytłumaczyć, że związek wcale nie musi się łączyć z kompromisami i wyrzeczeniami? Że kochające się osoby akceptują siebie nawzajem i sposób w który żyją. Oraz, że nigdy, ale to nigdy nie usłyszałaby ode mnie żalu, kiedy po raz milionowy odwołałaby spotkanie ze względów służbowych? Widywalibyśmy się po prostu kiedy ona może, bo ja każde popołudnie mam wolne.
Do tego chciałbym jej też powiedzieć, żeby nie żałowała tamtych pozasportowych spotkań, gdyż były one przyjemne zarówno dla mnie i dla niej, a to, że zinterpretowałem je trochę inaczej niż ona to tylko mój problem, a nie jej.
Jest w ogóle sens starać się o nią więcej, niż ten sport? Nigdy wcześniej się w żadnej dziewczynie tak nie zakochałem, mimo, że już swoje lata mam, no ale jak by nie patrzeć, moje uczucie nie jest odwzajemnione. Dalej chcę z nią utrzymywać jakikolwiek kontakt, ale wiem, że jeśli dalej będę się z nią widywał i nawet nie będę mógł jej przytulić będę się zwyczajnie męczył...