Witam! Prawie rok jestem z moim facetem w związku na odległość,dzieli nas 100km więc nie jet to jakaś kosmiczna bariera której nie da się przeskoczyć ale niestety widujemy się rzadko(ostatnio widzieliśmy się 2 miesiące temu). On pracuje u siebie,rozkręca coś swojego,ja pracuję pod ściśle wyznaczony grafik więc bywa i tak,że w weekend też jestem w pracy ale zawsze staram się wszystko tak zorganizować żebym mogła się z nim spotkać(łącznie z braniem urlopu w pracy). No i tu się zaczyna problem,o ile wcześniej całkiem dobrze to funkcjonowało tak od pewnego czasu mój ukochany ma coraz mniej czasu na spotkania w rezultacie nie widujemy się całymi tygodniami. Już nie zliczę ile razy umawialiśmy się na konkretny weekend i ja czekałam,nastawiałam się że go zobaczę a tu co? Dzień przed mi mówi ,że niestety ale coś tam mu wypadło do załatwienia i wtedy szlag mnie trafia,w takich momentach kiedy mamy spięcia wymyśla kolejny termin kiedy możemy się zobaczyć ale chyba tylko po to żeby mnie udobruchać bo jak przychodzi co do czego to jest dokładnie tak samo jak ostatnio. Nie powiem bo codziennie do siebie dzwonimy i piszemy ale jak długo związek może opierać się na samym telefonie? Gdy próbuje spokojnie o tym z nim porozmawiać to od razu się denerwuje że w kółko wałkuje ten sam temat,on nic na to nie poradzi bo jest daleko,bo teraz nie ma czasu itd. albo zawsze jest nieodpowiednia chwila bo albo jest zmęczony i śpiący i nie ma teraz do tego głowy i tak ciągle,w rezultacie nigdy nie ma dobrego momentu na rozmowę na ten temat bo na każdy inny jak najbardziej jest.Wczoraj pokłóciliśmy się przez to przez tel bo powiedziałam mu że chce o tym porozmawiać jak dalej ma to wyglądać i że nie można problemów odsuwać na bok bo wtedy tylko się piętrzą a on na to ,że nie będzie ze mną rozmawiał bo naskakuje na niego i w kółko zaczynam to samo. Tęsknię za nim,kocham go,tak dawno juz się nie widzieliśmy ale czasem naprawdę brak mi już sił na to wszystko i przestaje widzieć sens w takim rodzaju związku,nie wiem co robić dalej,jak z nim rozmawiać...
Podobne tematy
Ja przez 3 lata byłam w związku z chłopakiem, który mieszkał 700km ode mnie (pochodził znad morza i tam mieszkał na studiach), ja chodziłam do wymagającego liceum, on studiował. Byliśmy szczęśliwą parą, widywaliśmy się CO TYDZIEŃ na weekend, czasem co dwa tygodnie, czasem zdarzało się też, że co trzy tygodnie, jak brakowało funduszy na dojazdy (;)). Rozstaliśmy się nie z powodu odległości, bo ona nie była ŻADNĄ przeszkodą, nie z powodu braku zaufania, czy tęsknoty. Rozstaliśmy się, bo mieliśmy różne plany życiowe i priorytety, tak po prostu późno to wyszło na jaw.
Moim zdaniem 100km to nawet nie związek na odległość. Rozumiem - praca jest przeszkodą, jego zmęczenie, jakieś plany, ale u licha ileż można pracować? Też otwieram swoją firmę, ale żeby pracować od razu 7 dni w tygodniu?
Nie chcę Cię martwić, ale może on się po prostu wykręca od tych spotkań? Trudno ocenić, bo go nie znam, nie wiem jakim tonem do Ciebie mówi, jak wyglądają Wasze relacje, jednak niepokoi mnie jego ciągły brak czasu.
Nie myśleliście o tym, aby spróbować zamieszkać gdzieś bliżej? To znaczy, żeby jedno z Was się przeprowadziło? Ewentualnie możecie zamieszkać razem gdzieś w połowie drogi, każde z Was miałoby 50km do pracy - dużo, ale dla związku czasem warto. Ale to tylko moje gadanie. ![]()
Koniecznie postaraj się dowiedzieć dokładnie dlaczego Twój partner nie ma czasu. Wymówki pt. "pracuję", "jestem zmęczony" to za mało. Musisz z nim porozmawiać, powiedzieć, że Cię taka sytuacja bardzo niepokoi, że nie możesz tak dłużej, że jesteście już ze sobą rok i powinniście się widywać częściej, a nie rzadziej.
No właśnie w tym jest problem,że nie mogę się z nim porozumieć jeśli zaczynam temat "nas" to on od razu przestaje mieć ochote na dalszą rozmowę bo twierdzi ,że go atakuje ni stąd ni zowąd i jak tu rozmawiać na ten temat? Kiedyś napomknęłam coś o tym jakby miało to wszystko dalej wyglądać w odpowiedzi usłyszałam że on na razie nie chce sie żenić ani podejmować życiowych decyzji w stylu zamieszkanie razem,że niby jeszcze nie teraz. To był pierwszy i ostatni raz kiedy weszłam na ten temat,chciałam tylko wyczuć grunt no to się dowiedziałam...Byłam wtedy akurat u niego,wieczorem on oczywiście zasnął a ja ryczałam w poduszkę. Rano byłam gotowa na spakowanie się i powrót do domu,wtedy mocno przytulił się do mnie i powiedział że nic takiego się nie stało,przecież nie chce się ze mną rozstawać. Nie chodzi mi o to żeby go na coś naciskać,ze ślubem też mi się nie spieszy ale zależy mi na tym żeby ten związek miał ręce i nogi,tyle razy się pytam czy nie da się tej jego pracy tak zorganizować żeby miał chociaż co drugi weekend wolny to w odpowiedzi słyszę tylko ile to on ma teraz na głowie i że gdyby było bliżej to inaczej by wszystko wyglądało. Teraz też nie wiem kiedy się spotkamy następnym razem bo on nie potrafi mi tego powiedzieć,ile można czekać nie wiadomo na co?
100km to jest co najwyżej 2 godziny samochodem, albo 3 godziny Pekaesem czy busem. Chłopak ma chyba dość tego związku, a nie chce Cię zranić, dlatego nie zrywa.
Za nami kryzys który udało nam się wspólnie pokonać i wyjść na prostą. Teraz jest między nami wszystko tak jak powinno być,tak mi się przynajmniej zdawało... Z racji tego,że dzieli nas pewna odległość nie jesteśmy w stanie widywać się jakoś bardzo często,dlatego też postanowiliśmy że święta spędzamy z naszymi rodzinami a Sylwestra i Nowy Rok wspólnie. Wszystko było naprawdę super,miło,romantycznie,czule,dodam że spędzaliśmy sylwestra tylko we dwoje bo właśnie tak chcieliśmy i tylko jedna rzecz mnie jakoś zdziwiła a mianowicie fakt,że nie dostałam od niego żadnego prezentu na święta. Szczerze mnie to zaskoczyło. Nie jestem materialistką i nie chodzi tu o sam prezent tylko o sam fakt,w końcu są święta,jakoś tak przykro mi się zrobiło bo ja już od dawna miałam dla niego przygotowany prezent gwiazdkowy. I kolejna głupia sytuacja to taka,ze nie wiedziałam do końca jak sama mam się zachować w związku z tym. Najpierw zrobiło mi się przykro,potem byłam zła a na końcu doszłam do wniosku że jeśli teraz ja wyskoczę z prezentem dla niego to zrobi się niezręczna sytuacja,nie chciałam żeby jemu zrobiło się głupio i w efekcie prezent dla niego nadal leży schowany w mojej szafie. W weekend jadę do niego i tak się zastanawiam czy dać mu teraz ten prezent czy jednak nie, darować sobie i nie wnikać w całą sytuację,zostawić to tak jak jest. Z jednej strony chcę mu go dać,z drugiej co mam powiedzieć? spóźniony prezent od Mikołaja? Przecież mogłam go dać jak był u mnie. Też jakoś dziwnie wyjdzie. Jak Wy na to patrzycie,co byście zrobiły/zrobili na moim miejscu?
Powiedz otwarcie mu - kupiłam Ci prezent na gwiazdkę, ale Ci nie dałam, bo poczułam się nie najlepiej, gdyż nic mi nie podarowałeś i byłoby mi głupio. O takich sprawach informuje się przed świętami, by potem nie było rozczarowania...
Największe byłyby "jaja" gdyby się okazało, że On też coś kupił i czekał, aż mu pierwsza podarujesz
I tak sobie czekaliście...