Witam,
Jestem nowa na forum, ale bardzo chciałabym prosić o radę w sprawie, która okropnie mnie dręczy. Chciałabym po prostu się wygadać, bo nikomu nie ufam na tyle, żeby powiedzieć mu to wszystko. Nie wiem, czy piszę w dobrym dziale, gdyby nie - proszę o przeniesienie.
Nie wiem od czego zacząć, może od tego, że jako dziecko w podstawówce, nie byłam lubiana w klasie. Wręcz wyśmiewana, bo byłam po prostu gruba i dobrze się uczyłam. Światełko w tunelu pojawiło się, gdy przeprowadziłam się. Myślałam: tutaj zacznę nowe życie, tutaj będzie super, będę mieć nową szkołę, nowych znajomych. Poznałam mieszkającą w sąsiedztwie dziewczynę, i po pewnym czasie zaczęłyśmy trzymać się razem.
Nadeszła rekrutacja do gimnazjum. Ja chciałam iść do klasy o innym profilu niż ona, myślę, że to było pewne przeczucie, że nie powinnam brnąć dalej w tą znajomość. Ale cóż, rodzice mnie przekonali, żebym poszła tam gdzie ona (mimo, że bardzo jej nie lubili, bardzo starałam się ich przekonać, że to fajna dziewczyna). No i tu pokazała się jej prawdziwa twarz.
W podstawówce często tłumaczyłam jej lekcje, pomagałam, czasem coś podpowiedziałam, ale nigdy nie napisałam za nią sprawdzianu. W gimnazjum, tłumacząc się tym, że materiału jest za dużo, i nie da się tego nauczyć, coraz częściej żerowała na mnie. I tak było przez trzy lata. W między czasie kolegowałyśmy się z jedną dziewczyną. Chyba "kolegowałyśmy"... bo one obydwie bez przerwy na mnie najeżdżały - o byle błahostkę. O to, że nie mam chłopaka, że nie zagaduję do facetów na gg, że nie piszczę z zachwytu, jak widzę przystojniaka na ulicy, nie rozumiały, że mi się w tych sprawach nie śpieszy (miałyśmy po 13 lat), rozmawiały tylko o chłopakach, ja byłam na dostawkę, gdy którejś nie było, albo gdy był sprawdzian. Nie wiem do dziś, dlaczego się z nimi trzymałam... Dlaczego one w jednej chwili na mnie najeżdżały, a za parę minut były milutkie... Potem moja "przyjaciółka" pokłóciła się z tamtą o jakąś pierdołę i do dziś się nie odzywamy. Wtedy w sumie było przez jakiś czas normalnie. Pomijając jakieś drobne jazdy o głupoty, i to, że szłam w odstawkę, kiedy poznawała kogoś nowego, kto był taki jak ona (szalony, olewczy i towarzyski) a nie taki jak ja (spokojny i zrównoważony). Potem wracała z płaczem, że się na kimś przejechała.
Pod koniec drugiej gimnazjum podjęłam decyzję - nie idę z nią do liceum. Chcę iść sama, do nowej klasy, znowu zacząć nowe życie, tak jak parę lat wcześniej. Może by się udało, bo dostałam się tam, gdzie chciałam, a ona nie. Byłam w szkole o dobrym poziomie, na fajnym profilu. I co? Przeniosłam się po tygodniu. Do niej. Z powrotem w bagno, na własne życzenie. Do beznadziejnej szkoły, gdzie na lekcjach nie robimy NIC. Wygrała nieśmiałość, nieumiejętność odnalezienia się w grupie nowych ludzi i poczucie, że bez niej jestem zerem, że nikt mnie nie lubi. Po cichu liczyłam na to, że ona się zmieni, że wydorośleje... A gdzie tam. Wszyscy mnie przekonywali, że nie powinnam się przenosić. Rodzice nie chcieli się zgodzić, bo bardzo jej nie lubili i do dziś nie lubią, uważają, że ona ciągnie mnie w dół (bo ciągnęła - oceny miałam i mam po prostu tragiczne...), byłam w dobrej szkole, a chciałam iść do beznadziejnej. Ale ja płaczem i depresją wymogłam na nich, żeby mnie przenieśli. I chyba sama sobie zasłużyłam na ten stan psychiczny, w którym jestem teraz, na dwa miesiące przed maturą... Bo nie zmieniło się nic. Oprócz mnie, bo nabawiłam się nerwicy. Chciałam być wykształconym człowiekiem, jestem głąbem, bo "przyjaciółka" (nasuwają mi się dużo gorsze określenia, ale na forum sobie odpuszczę...) systematycznie ściągała mnie w dół. Na sprawdzianie muszę jej podpowiadać, nie mogę dostać lepszej oceny od niej, bo zarzuci fochem. Chciała mnie skłonić do pisania samej matury podstawowej, ale ja się na szczęście oparłam. Na świadectwie będę mieć same tróje.
W o wiele gorszym stanie niż moje oceny, jest moja psychika. Obecnie nienawidzę tej dziewczyny, a muszę jeszcze dwa miesiące udawać, że wszystko jest cudownie i jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Może to się skończy 30 czerwca, razem z wynikami matur, bo ona prawdopodobnie matematyki nie zda. Będzie płacz i zgrzytanie zębów, do mnie się nie odezwie, ale poleci do innych skarżyć się, że ja jej w ogóle nie pocieszam, i jestem okropna, bo zdałam lepiej maturę. Czepia się mnie o głupoty. Wywyższa się, że ja nie mam faceta, że ja nigdzie w ferie nie wychodzę, że jestem dziwna, bo *tu wstaw coś, o co nigdy byś nikomu nie robił pretensji*. Że ona ma tylu znajomych. W sumie to przez trzy lata tak było. A ja cierpię cały czas. Nie ma siły nawet o niej myśleć, bo mam ochotę coś rozwalić... Przygaduje mi na każdym kroku, ośmiesza mnie przed znajomymi, wymyśla sobie różne dziwne fakty na mój temat i w nie wierzy.
Nikt nie wie o tym, jak ja się czuje. Jedynie czasami się na nią poskarżę mojej kumpeli, która mieszka daleko i jej nie zna.
Ale do czego zmierzam? Czuję, że zepsułam sobie całe lata szkolne. Mama ciągle mi powtarza, jak ja niby w przyszłości będę tęsknić za szkołą, to jest najlepszy okres w życiu... Jaki najlepszy?! Moje lata szkolne to pasmo udręk, na własne życzenie, zamiast się uczyć i cieszyć, że nie mam zbyt wielu zmartwień, ja bałam się, czy jak przyjdę rano na przystanek, to ona nie będzie mieć złego humoru i nie wyjedzie na mnie. Czuję się kompletnym zerem. Jestem dzieckiem lekarskim, i wpadam w kompleksy, kiedy widzę, co robią inne: dobra szkoła, przyszłościowe, trudne studia... Żadnych problemów. Bardzo żałuję, że moja mama mnie tak nie wychowała, żebym była świadoma swojej wartości, i nie bała się pokazywać, że jestem w czymś dobra. Już wolałabym być zadzierającym nosa i zapatrzonym w siebie dzieciakiem, niż taką sierotką Marysią jak teraz. Mogłam osiągnąć wiele, zdawać na maturze chemię, matematykę rozszerzoną, nie bać się, że ona mi powie, że zwariowałam... Nie wiem, czy dostanę się na wymarzone studia. Zawsze mogę poprawić maturę za rok, ale to już nie to samo. Nie nadrobię już straconych lat. Nie nadrobię straconych nerwów, nie naprawię tego, że jestem znerwicowana, zamiast spokojna tak jak kiedyś... Tak bardzo chciałabym cofnąć czas do pierwszego dnia w liceum, usiąść wtedy z koleżanką poznaną na apelu, a nie sama... Wszystko byłoby inaczej.
Zrobiło mi się cholernie przykro parę dni, kiedy podsłuchałam rozmowę telefoniczną mojej mamy. Opowiadała komuś, jaka była szczęśliwa, kiedy ja szłam do innego liceum niż ta koleżanka, że ona tak bardzo ciągnęła mnie w dół, a ja nie umiałam się postawić. I jak się z tatą cieszyli, że ja chcę iść do innej szkoły. W między czasie bardzo chorowała moja babcia, chorowała mama, więc miałam przykrywkę dla mojego zachowania - że nie chcę się stresować samotnością w nowej szkole, bo i bez tego mam dużo nerwów.
Nie wiem, czego od Was oczekuję: albo kopa w tyłek, dobicia mnie, że jestem beznadziejna, albo wsparcia, że nie wszystko stracone, i na studiach wreszcie będzie dobrze... Chciałabym, ale boję się, że znowu nie podołam, że znowu wygra ze mną nieśmiałość, że dalej będę słaba. Bo jak na razie jestem na dnie.
Pozdrawiam, i bardzo przepraszam za długość postu.