netkobietyWszystkie działy
Związek na odległość, miłość przez internet

czy dam radę...?

43 odpowiedzi7 544 wyświetleniazałożony przez Unhappy777, 29.01.2011

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 44 ]

1

Temat: czy dam radę...?

Witajcie...jestem tutaj nowa. Niektóre z Waszych historii są mi bardzo bliskie, zwłaszcza jeśli chodzi o związki na odległość, internetowe znajomości... Chciałabym Wam opowiedzieć swoją historię i liczę, że pomożecie mi jakoś przez to przebrnąć bądź też podjąć jakąś decyzję, gdyż samej nie jest mi łatwo.

Wybaczcie, ale nie chcę podawać swojego wieku, z różnych względów. Ponad 2 miesiące temu poznałam przypadkowo pewnego chłopaka. O Naszej znajomości zadecydowały prawdopodobnie ułamki sekund. Jest 5 lat starszy ode mnie i jak to zwykle bywa w tego typu znajomościach, mieszka dosyć daleko - 170km. Zapewne zrozumiecie mnie jeśli napisze, że już po kilkunastu minutach rozmowy z Nim poczułam że to ktoś wyjątkowy... Od tej pory nie było ani jednego dnia żebyśmy nie pisali ze sobą... Rozmawialiśmy i nadal rozmawiamy niemalże o wszystkim... Jeszcze nigdy nie byłam otoczona taka ilością ciepła, zrozumienia i wsparcia. Po miesiącu pisania zdecydowaliśmy się na spotkanie. Przyjechał do mnie. Przywitałam go na dworcu autobusowym, wzięłam mocno za rękę i poszliśmy w kierunku miejsca, w którym się zatrzymał na te kilka dni pobytu w moim mieście. Już od pierwszych chwil "razem" czuliśmy sie wspaniale w swoim towarzystiwe, wcześniej miałam trochę obaw, że rozmowa może sie nie kleić, ale na szczęscie moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Spędziliśmy razem kilka wspaniałych godzin, przytulając się, całując, rozmawiając... Kolejny dzień wyglądał bardzo podobnie. 3-go dnia rano wrócił w swoje strony. Od tego czasu nie widzieliśmy się, a mija juz miesiąc... Oczywiście cały czas piszemy ze sobą, rozmawiamy przez telefon. Zdecydowaliśmy, że chcemy byc razem. No i jesteśmy... Jednak każdy dzień obfituje w ogromną tęsknotę za Nim, która czasami staje się nie do wytrzymania. Szukam różnych zajęć żeby nie myśleć o tym, że on jest daleko, że na razie nie może przyjechać ( praca, studia ), Staram sie to zrozumieć i rozumiem, aczkolwiek są dni, kiedy dochodzę do wniosku, że Nasz związek nie ma sensu. Nie potrafimy bez siebie żyć, a jednocześnie nie możemy niczego zmienić, przynajmniej w tym momencie. Wiem tylko, że chyba nie potrafiłabym z nim zerwać...wiem też, że on również nie bierze takiej opcji pod uwagę. Ciągle prosi mnie o wyrozumiałość, o to, żebym nie traciła nadziei i ja jej nie tracę... Jednak jak każdy normalny człowiek, jak każda kobieta potrzebuję bliskości drugiej osoby, potrzebuję mieć świadomość, że komuś na mnie zależy. I żeby nie było - On mi tą świadomość daje. Boli mnie tylko to, że nie mogę zobaczyć jego usmiechu, poczuć jego dłoni, smaku ust, usłyszeć jego szeptu...

Powiedzcie mi, czy to ma sens...? Czy tu kiełkujące uczucie ma szanse przetrwać...? Jestem zagubiona...nie wiem co robić...;(

2

Odp: czy dam radę...?

Historia bardzo podobna do mojej smile i już mija ponad pół roku...po miesiącu od "pisania" przyjechał na 3 dni, nie było czasu na grzeczną rozmowę, poznawanie się. od razu chcieliśmy się przytulić, poczuć, wziąźć za rękę. i choć uczucie kiełkuje na odległość - nie zamieniłabym go w tej chwili na innego. choć mogłabym pewnie mieć tu kogoś, blisko, na codzień...wątpliwości niekiedy chwytają. obecnie 2 kryzys, chyba powoli zażegnywany. tego nie unikniesz. nie myśl codziennie, jak zaplanować przyszłość. narazie ciesz się chwilą, pojedynczymi spotkaniami, na które obydwoje będziecie czekać. za kilka-kilkanaście takich spotkać, pewnie będziecie już myślec, jak zmienić życie, aby być bliżej...bo niestety -  z każdym kolejnym razem coraz trudniej się rozstać. i choć na poczatku mowi sie, że nie zmieniłoby sie dla niego swojego zycia (praca, miasto, kraj), to teraz powiem Ci szczerze - jesli on by już tego chciał, to bym chyba to zrobiła.

o swoich słabszych dnia, wątpliwościach, czy to ma sens - już mu nie mówię. szkoda sygnalizować, gdy za 5 minut, lub 1 dzień to mija smile wolę przeczekac niz wywołać w nim jakiś strach...

uważam, że póki mam siłe, to będę w tym trwać. jeśli naprawdę jest taki wyjątkowy, to Ty też nie wątp, ciesz się, a wszystko się pomalutku ułoży, tylko w inny sposób niż w "normalnych" związkach smile

3

Odp: czy dam radę...?

Dziękuję Fabia za odpowiedź smile to bardzo ' pocieszające' co napisałaś...:)

To dzięki niemu tak na prawdę mam siłę w tym trwać. Czuję, że ta tęsknota coraz bardziej zbliża Nas do siebie. Słabsze dni, wątpliwości...? Jest dokładnie tak jak napisałaś - mijają po kilku chwilach, czasem wystarczy jeden sms, krótka rozmowa... Tak niewiele potrzeba, aby uśmiech pojawił się na mojej twarzy...
Rozstanie to było coś strasznego... Staliśmy przytuleni do siebie a ja płakałam jak bóbr ;( On ocierał mi łzy zapewniając, że zrobi wszystko, abyśmy za niedługo znów mogli się zobaczyć...
Kiedyś mówił mi, że ma ochotę rzucić wszystko i przyjechać do mnie...i już zostać. Niestety taki "spontan" kosztowałby go utratę pracy...
Nie mam pojęcia jak to wszystko się dalej potoczy, wiem że on myśli nad przeprowadzką, aby byc bliżej mnie... Tylko że jest chyba zbyt wcześnie, żeby podejmować tego typu decyzje. Mam nadzieję, że nie zabraknie mi cierpliwości...

4

Odp: czy dam radę...?

Ja również mam kogoś na odległość. Kogoś, kogo poznałam przez internet. Teraz to męczarnia, bo jest daleko a ja umieram z zazdrości . Dzieli nas jakieś 300 km. Eh, ja jestem tak zazdrosna, że nawet teraz myślę, czy któraś z was ( bo macie podobne związki ) nie jest kochanką mojego faceta smile Powiem tak. Pakować w to się można, jeśli wiecie, że będziecie mieli możliwość wspólnie zamieszkać. Lub po prostu być bliżej, widywać się częściej. I przede wszystkim ZAUFANIE. Jeśli jesteś pewna, że ufasz w 100%...i że jest on warty zaufania to się uda. Pozdrawiam i szczęścia życzę

5

Odp: czy dam radę...?

hmm...jeśli chodzi o mnie, to właśnie w tym sęk, że ja nie uważam tego za swego rodzaju męczarnię. Tęsknię, czasem nawet płacze po nocach, ale uważam, że On jest po prostu warty tego wszystkiego.

Mam wobec niego poważne zamiary, ale jeszcze nie rozmawialismy poważnie o tym co dalej. Narazie jesteśmy razem, w jakiś sposób walczymy o siebie, Każdego dnia jestem przez Niego zdobywana...to niesamowite uczucie...:)

Mam do niego 200 % zaufanie, mimo tej odległości... Odnośnie zazdrości... - nie dał mi nigdy powodu, abym była zazdrosna.
Jesteśmy w kontakcie niemalże 24 godziny na dobę, ciągle smsy, wieczorem długie rozmowy...wiem zatem o wszystkim co się dzieje w jego życiu, w naszym związku nie ma miejsca na nieufność...to przecież podstawa, a jego mogę byż pewna jak nikogo na świecie...

Jednak czasem to nie wystarcza...czy to ja jestem zbyt wybredna, coś jest ze mną nie tak...

6

Odp: czy dam radę...?

unhappy: choćbym słyszała siebie:P

tak, owszem, za wcześnie na planowanie, ciesz się narazie tym co jest, i pamietaj - płacz w poduchę lub przyjaciółce w ramie, nigdy jemu, albo nie za często..rada taka

7

Odp: czy dam radę...?

...każdy dzień z Nim jest dla mnie wyjąkowy i staram się czerpać z niego ile tylko się da smile


Właśnie sprawa wygląda tak, że im bardziej jestem wylewna wobec niego, tym stajemy sie sobie blizsi... Cęzko mi to wytłumaczyc tak po prostu, ale On jest bardzo wrażliwym mężczyzną i wręcz oczekuje ode mnie, że będę się z nim dzielć wszystkimi radościami i smutkami... Chce byc ze mną w każdy czas...nigdy nie dał mi do zrozumienia, że jest obojętny na to co się ze mną dzieje, interesuje go każdy szczegól z mojego życia... To wg mnie urocze. Poznałam już bardzo wielu mężczyzn i jednoznacznie moge stwierdzić że On jest wyjatkowy...pod każdym wzgledem...:)

8

Odp: czy dam radę...?

Popatrz na swoje posty.. ja tam widzę milość mimo tej okropnej odległości. Fabia dobrze radzi Ci. Nie zniszcz tego.
Pracy mu szukaj w swoim mieście i żyjcie razem!

9

Odp: czy dam radę...?

Po kilku nieudanych związkach obiecałam sobie, że jeśli tylko spotkam kogos naprawdę wyjątkowego, zrobię wszystko aby z nim być. I tak właśnie zamierzam, a raczej zamierzamy:) dziękuję Wam wszystkim za te ciepłe słowa, które dodaja mi otuchy i wiary w to, że Nasz związek ma ogromne szanse przetrwać.

Wspomniałaś o miłości...chyba powoli zaczynam w nią wierzyć...:)

Po tych wszystkich wpisach widzę, że nie jestem odosobniona z tego typu problemem, co bardzoo podnosi mnie na duchu.

Zmiana miejsca zamieszkania to poważna decyzja. On w tym momencie kończy studia, nie pracuje w "swoim" zawodzie, więc istnieje duża szansa, że będzie chciał to niebawem zmienić. Zrobiłabym wszystko, żeby zamieszkał bliżej mnie, bo jak na razie wspólne mieszkanie nie wchodzi w grę, z kilku istotnych powodów.
Hmm..nie wiem jak to nazwać do końca, ale mam pewną "przypadłość" wynikającą chyba z niskiej samooceny, bo za każdym razem gdy ktoś chce się dla mnie poświęcać, bądź robi to, mam ogromne wyrzuty sumienia... Dlatego tak ciężko jest mi go prosić o cokolwiek, nie mówiąc już o wywieraniu jakiejś presji, co oczywiście nie tylko z tego względu nie ma prawa bytu w Naszym związku.

10

Odp: czy dam radę...?

owszem, faceci też są wrazliwi smile i chcą z nami dzielić smutki i radości nawet na odległość. chcą, ale zauważyłam po swoim przypadku, że im bardziej będziemy pisać że nam smutno, tym bardziej ich może to później przerazić, że są daleko, a nie moga zbytnio nam pomoc. im bardziej się w sobie zakochacie, tym wieksza bedzie potrzeba bliskosci. tym trudniej bedzie sie zegnac. miej to na uwadze wink dlatego ja, ktora jeszcze kilka miesiecy tem mowila ze nie wyjade z tego kraju, teraz po cichu przed sama soba mowie juz co innego smile

11

Odp: czy dam radę...?

Mam to na uwadze... nieustannie o tym myśle... aczkolwiek staram się postępować tak jak On mi mówi - nie myśląc o rozstaniu lecz o wspólnie przeżytych chwilach, do których jeszcze nie raz będziemy powracać. Zapewne masz rację, pisząc że jego z biegiem czasu może przerażać, czy raczej dręczyć myśl, że nie może być przy mnie, tez to zauważyłam, ale mówiąc mu od czasu do czasu o tym, że jest mi bez niego bardzo źle, pokazuje jak bardzo mi na Nim zależy, co chyba tez jest dość istotne w związku. Staram się nie popełniać jakichś błędów, które mogłyby rozluźnić więzi jakie Nas łączą. Między Wami musi być ten magnez, który przyciąga również mnie i mojego Mężczyznę...podobnie jak Ty myśle o ewentulanej zmianie miejsca zamieszkania, gdyby np. On nie mógł z różnych względów. Życie zweryfikuje...:)

12

Odp: czy dam radę...?
Unhappy777 napisał/a:

Zapewne masz rację, pisząc że jego z biegiem czasu może przerażać, czy raczej dręczyć myśl, że nie może być przy mnie, tez to zauważyłam, ale mówiąc mu od czasu do czasu o tym, że jest mi bez niego bardzo źle, pokazuje jak bardzo mi na Nim zależy, co chyba tez jest dość istotne w związku.

oooo i właśnie o to mi chodzi smile oczywiście każdy jest inny, ale skoro już wymieniamy punkty widzenia, to ja też myślałam, że pisząc mu jak bardzo tęsknię, jak bardzo mi go brak, że kocham itd - że utrzymuję więź, że mu jest miło. na początku gdy facet świruje z uczucia - owszem. ale potem, nawet w związkach na odległość, przychodzi taka rutyna, facet już wie, że jest Twój, Ty jego, i nie zapewnia tak o uczuciach tongue a my tego potrzebujemy. on jest świadomy tego, co do niego czujesz, on wie co do Ciebie - Ty mu to powtarzasz 10 razy, on może 5, potem już czuje się przytłoczony. potem już wogóle nie mówi...

też byłam święcie przekonana, że to utrzymuje więź, ale stało się inaczej. faceta to przytłacza, ktoś mi doradził coś innego, i powiem Ci, że 3 dzień widzę różnicę na plus... (ale Wy dopiero zaczynacie, jeszcze poznasz go na tyle, żeby wiedzieć, co on pragnie i chce).tak na marginesie...jesli chcesz to kilka tematów wcześniej od Twojego, napisałam swój, w miare świeży, o tym że poprosił o czas...możesz zerknąc? smile

3maj się ciepło, i wierz w Was smile

13

Odp: czy dam radę...?

Własnie sprawa wygląda tak, że On wie o moich uczuciach, myślę, że zbytnio nie potrzebuje jakichś zapewnień z mojej strony. W zasadzie tu wszystko kręci się wokół mnie. Wiem, to trochę egoistycznie zabrzmiało. Wydaje mi się, że problem tkwi w tym, że to ja potrzebuję ciąglych zapewnień o tym, że on jest przy mnie, że mnie nie opuści, że damy sobie radę ze wszystkim. Być może w ten sposób próbuję go "zachęcić" do takich deklaracji...Ale o czym innym może to świadczyc jak nie o miłości do niego...?:(

Jeśli chodzi o mnie to jestem raczej zwolenniczką swobody z związku, nie przeżyłabym chyba, gdyby mój Mężczyzna męczył się ze mną, czuł się przytłoczony... To są początki, masz rację, dlatego staram się jakoś wyczuć wszystko,  żeby wiedzieć jak się zachować w pewnych sytuacjach. Ondośnie jego - jak na razie nie przestaje zapewniać o swoich uczuciach, twierdzi, że dla niego liczy się tylko i wyłącznie moje szczęscie i nie pozwoli abym kiedykolwiek o tym zapomniała. Wiem z doświadczenia, że później już nie będzie tak kolorowo w każdej sprawie, pewnie pojawią się kłótnie, bo jak narazie ( odpukać ) jesteśmy  raczej jednomyślni, nie mieliśmy żadnych sprzeczek, nawet najdrobniejszych. Przede wszystkim chciałabym uniknąc tej rutyny, która bardzo negatygnie wpływa na związek.

14

Odp: czy dam radę...?

Szczerze..? nie wyobrażam sobie aby mój facet kiedykolwiek poprosił mnie o chwilę wytchnienia... Ciężko mu kilka godzin wytrzymać bez rozmowy ze mną a co dopiero... Myśle, że nie będziemy odczuwali potrzebę odpoczynku od siebie. Wspomniałaś w poście o cechach charakteru swojego Faceta, w tym rzecz, że mój jest nieco inny pod tym względem. Zależy mu, abym była blisko, pomimo tej odległości jaka nas dzieli.
Pogmatfane to wszystko...;(

15

Odp: czy dam radę...?

no to fajnie smile nie przejmuj się na zapas smile ja mu dałam odetchnąć na jeden dzień, i teraz znów on zabiega o kontakt tongue a ja spokojnie moge czekac na smsy itp smile
własnie ja tez tak mam, że chciałabym aby ciągle mnie zapewniał o uczuciu, o tym, że tęskni, o tym, że bedzie dobrze itd, bo na początku tak było i teraz mi po prostu tego brakuje. wiec az zadroszcze Wam tych początków, które teraz przezywacie smile

ja też czasem jestem przytłoczona, czasem nie mam ochoty do niego pisac, zwłaszcza wtedy gdy akurat chcialabym aby było obok - wole nie pisac bo sie zmartwi, ze jest mezczyzną a nie moze pomoc swoje kobiecie ;p smile ja to tak odbieram smile a faceci nie lubia byc zasypywani smsami, ciagle rozmowy na gg, lub tel w koncu ich mecza i ograniczaja...poczytaam tu wiele tematow, i widze ze wiekszosc z dziewczyn jest w takiej sytuacji, wiec to chyba normalne - dajmy sobie zyc, aby kiedyś życ razem smile

a to forum pozwala na pozbycie sie tych watpliwosci o ktorych nie chcemy ich "zawiadamiac" smile

16

Odp: czy dam radę...?

Twoje ostatnie zdanie jest chyba najbardziej trafne - właśnie dlatego postanowiłam pisać o swoim problemie na forum.
Mimo tego, jak już wcześniej wspomniałam, że staram się mówić mu o wszystkim, tego typu wątpliwości, czy przemyślenia staram się zostawiać dla siebie, no a teraz dzielę się nimi z Wami...:) Nie byłabym w stanie zadręczać go tym wszystkim, nie mogłabym go ranić bo wiem, że On się naprawdę stara. Nie chciałabym żeby pomyślał, że robię mu jakieś wyrzuty, w końcu to nie jego wina, że mieszka tak daleko.

Nie jest też tak, że zasypuję go smsami, przeważnie to On pierwszy pisze, w ciągu dnia kilka razy się pyta co robię, czy wszystko w porządku, zapewnia mnie że myśli o Nas...mówi, że tęskni...to urocze, bo tak jak wspomniałam, jestem nieustannie przez Niego zdobywana. Chce mu jakoś okazać wdzięczność za to jaki dla mnie jest, przy Nim naprawdę czuję że żyję... Gdyby tylko mogł być przy mnie...miałabym raj na Ziemi...;(

17

Odp: czy dam radę...?
Unhappy777 napisał/a:

... Gdyby tylko mogł być przy mnie...miałabym raj na Ziemi...;(

wtedy to nie byłby związek na odległość, i nie pisałabyś juz na tym forum ;p czego sobie i Tobie życzę w bliższej lub dalszej przyszłości:)

ja wczoraj nareszcie usłyszałam, że bardzo tęskni...taktyka "milczenia+brak wylewu uczuć" dała skutki...pozytywne

18

Odp: czy dam radę...?

Niestety nie można mieć wszystkiego... Zycie to jedno wielkie czekanie na "coś"...Jednak są rzeczy, na które warto czekać chociażby całe życie, są ludzie, na których warto czekać... Boję się, że kiedyś braknie mi tej cierpliwości, obawiam się, że będę chciała pójść na łatwiznę i znaleźć sobie kogoś na miejscu... Jednak sytuacja wymaga życia z dnia na dzień, nie myśląc zbytnio o dalekiej przyszłości...

Gdyby chociaż miał jakąś wadę..."niestety" na próżno jej szukać... Wiem, że nie ma ludzi idelanych, chociaż patrząc na niego zaczynam się nad tym zastanawiać... Między nami nie padło jeszcze słowo "kocham"... aczkolwiek coraz częściej chce mu się do tego przyznać bo ja...chyba kocham...potrzebuje tylko czasu, aby całkiem się o tym przekonać...potrzebuję jego....

19 Ostatnio edytowany przez Catleen (2011-02-05 18:08:40)

Odp: czy dam radę...?

Drogie Forumowiczki...

przyszła i moja kolej na opisanie swojej historii i oczekiwanie na wsparcie z Waszej strony...

Kocham mojego Mężczyznę nad życie - poznaliśmy się przez Internet w lutym zeszłego roku, więc za 3 tygodnie naszej znajomości wybije już rok. Niestety, poznaliśmy się w momencie, gdy byłam świeżo po rozstaniu z moim poprzednim chłopakiem, więc chciałam poczekać ze spotkaniem nieco czasu, żeby nie traktować mojego Mężczyzny jako zamiennik czegokolwiek po byłym związku...

Jednak stało się - zakochałam się w moim Mężczyźnie od razu... bałam się tego, zastanawiałam się długo nad spotkaniem... w końcu się zgodziłam. Niestety, dzien przed spotkaniem, napisał że musi wyjechać pilnie w interesach do miasta oddalonego ode mnie o 400 km. Było mi bardzo smutno.. ale nadal mailowaliśmy i pisaliśmy smsy...

Od tamtego momentu minęło już 10 miesięcy... On nie wrócił do miasta naszego zamieszkania, przebywa cały czas na wyjeździe tam. Przeszedł wiele problemów związanych z pracą, chorobę poważną, gdzie kilka razy lądował w szpitalu, pojawiły się u niego również problemy finansowe i choroba bliskiej mu osoby... jednak w ciągu trwania całej naszej znajomości komunikujemy się tylko przez smsy i komunikator... nidgy nie widziałam jego twarzy w kamerce, nie słyszałam głosu (ma ponoć zepsuty telefon)... chciałam do niego pojechać - ale zabronił mi, wywiązała się z tego poważna awantura. Również nie chce mi podać swojego adresu, żebym wysłała mu jakiś mój działający stary telefon... (zaznaczam, że nie jestem nachalna... i nie naciskam na nic... )

Dzisiaj napisałam mu, że mam tego dosyć - że musimy to zmienić... odpisał mi, że nie poradzi sobie z tym wszystkim... kocham go i mam w sobie wielką pewność, że on mnie nie okłamuje... ale gdzieś wewnątrz mnie, odzywa się głos rozsądku, który mówi mi, że coś jest nie tak... że On mnie okłamuje... ;(

Bardzo cierpię, boję się ze nie wytrzymam już dłużej... że powiem mu, że mam dosyć i że musimy przerwać ten kontakt... wydaje mi się, że to już podpada pod kryteria "chorej" relacji. Sama uświadomiłam sobie już pewne sprawy, ale serce mówi co innego...

Powoli tracę do niego zaufanie. Przestaje mu wierzyć. Oddalam się. A on to wie, czuje... widzi to... ale ja nie umiem tego powstrzymać..  kocham go i nie wiem jak dam sobie radę jak się z nim rozstanę... nie mogę i nie chcę tego zrobić... z drugiej jednak strony wiem, że kontynuowanie tego będzie ranić mnie jeszcze bardziej niż utrzymywanie tego "związku"...

Między nami padły słowa "kocham", wiele razem przeszliśmy - nawet tak na odległość. Otrzymałam od niego 100 razy więcej niż od mojego byłego faceta, z którym spotykałam się w realu. W ogóle - uczucia do Mojego Obecnego Mężczyzny nie da się z niczym porównać... z drugiej strony - taka relacja, jaką mamy, może być jakimś echem pragnienia miłości, które każdy w sobie nosi.. jednak wierzcie mi - jestem osobą chłodno myślącą, bardziej pragmatyczną niż romantyczną. Moje serce jednak podpowiada mi, że to jest coś prawdziwego i właściwego.. ale boję się, bo kocham go tak bardzo, że mój rozsądek czasem totalnie ginie...

Nie wiem co mam robić.. Nie proszę Was o radę, bo wiem, że to taka sytuacja, w której każdy popukałby się w czoło i machnął na mnie ręką, ale... co byście zrobiły na moim miejscu? Ja już tracę zmysły i mam straszną depresję z tego powodu... ;(

20 Ostatnio edytowany przez Okruszka (2011-02-05 20:48:54)

Odp: czy dam radę...?

Powiem tak, wszystko zależy od was. Twoja historia jest mi niesamowicie bliska. Twoje obawy, plany, tęsknoty. No, jakbym widziała siebie. Moja historia zaczęła się w wakacje 2009. Odległość mega, miłość wielka. Byliśmy ze sobą do wakacji 2010. Uczucia i doznania identyczne jak opisujesz. On sam mi tyle powiedział, byłam taką boginią w jego oczach. Ale mieliśmy kłopot ze spotykaniem się, ze względu na to, że po prostu jesteśmy zajęci. Praca, studia itp. Rozstanie przeżyłam ciężko i do dzisiaj nie mogę się z tym pogodzić. Problem był w tym, że on po prostu w wielu kwestiach, w efekcie końcowym, był niedojrzały. A jeszcze ostatnio (w związku z tym, ze sporadycznie rozmawiamy) temat rozstania powrócił, bo sobie po prostu nie radziłam i było mi wciąż bardzo przykro. Usłyszałam, że "on wie", że na dłuższą metę byłabym z nim nieszczęśliwa... Tak jakby specjalnie mnie odpychał. Coś o 180% innego niż to, co zawsze deklarował za naszych "dobrych czasów".
Na pocieszenie powiem Ci, że uważam, że każdy związek na odległość jest możliwy, ale tylko i wyłącznie pod warunkiem, że jesteście w stanie ponieść ryzyko, poświęcenie i wszystko to, co wiąże się z decyzją bycia razem fizycznego. Mi się akurat nie udało, ale wierzę, że jeśli uczucie jest prawdziwe, to nie byłoby problemu. Z mojej strony nie miałam go. Nawet powoli planowałam co i jak poukładać żeby zmienić stan rzeczy. To on wymiękł. Zaczął bardzo dobrze, z wielkim zaangażowaniem (nawet większym od mojego), ale z czasem coś się stało... Chyba zdał sobie sprawę jak wielką odpowiedzialność bierze na swoje barki, w razie jakby chciał mnie "sprowadzić" do siebie. A raczej tylko taka opcja wchodziła w grę. Co związek to historia.
Dzisiaj (nie ukrywam) jest mi wciąż przykro, ale patrząc na to z innej perspektywy jest mi też lżej. Nie odliczam do następnego spotkania, nie sprawdzam lotów, nie patrzę na inne pary myśląc o nim, nie planuje co i gdzie pojedziemy, co zrobimy jak się spotkamy. Nie zatapiam się w marzeniach. Już nie. To one były najbardziej bolesne, bo były tylko i wyłącznie w mojej głowie. Takie perfekcyjne, pełne ciepła i uczucia a zakończone na niczym w czynach... Bez sensu już dzisiaj. I chociaż w tej chwili nie mam nikogo to już nie męczę się tak jak jeszcze kilka miesięcy temu. Więc ma to jakiś spory plus. Bo tak na prawdę, albo jak najszybciej zbieracie się w sobie aby połączyć wasze światy, albo żyjesz z dnia na dzień, czekając na nie wiadomo co, SAMA, tworząc sobie w głowie obraz który z dużym prawdopodobieństwem jest przekłamany...
Ach, oczywiście też nigdy nie uznawałam tego za męczarnie. Oj nie, jak bardzo byłam szczęśliwa gdy dostawałam od niego sms-y, maile, jakieś zdjęcie. Powierzchownie zdawać by się mogło, że odległość wcale nie przeszkadzała. Ale jednak... No, nie wracałam do domu w którym on na mnie czekał, nie robiliśmy sobie razem jedzenia, nie oglądaliśmy filmów wieczorem, nie wychodziliśmy razem, przeżywali pewnych momentów. Dopiero dzisiaj zrozumiałam, że jego nigdy nie było. Wszystko działo się w mojej głowie... Nigdy nie zapomnę banalnego momentu gdy siedzieliśmy przytuleni w samochodzie jak u niego byłam a ja prosiłam go "zatrzymaj czas, proszę"... Bo nie mogłam w końcu wyszarpać do końca tego szczęścia będąc razem. Cierpiałam długo dla kilku chwil szczęścia. Nie żałuję tego absolutnie, ale wiem, że już nigdy nie pozwolę sobie na taki związek. Ma być konkretnie, ma być blisko... Ja zostałam emocjonalnie doszczętnie przez tą odległość wypalona...

21

Odp: czy dam radę...?
Okruszka napisał/a:

Powiem tak, wszystko zależy od was. Twoja historia jest mi niesamowicie bliska. Twoje obawy, plany, tęsknoty. No, jakbym widziała siebie. Moja historia zaczęła się w wakacje 2009. Odległość mega, miłość wielka. Byliśmy ze sobą do wakacji 2010. Uczucia i doznania identyczne jak opisujesz. On sam mi tyle powiedział, byłam taką boginią w jego oczach. Ale mieliśmy kłopot ze spotykaniem się, ze względu na to, że po prostu jesteśmy zajęci. Praca, studia itp. Rozstanie przeżyłam ciężko i do dzisiaj nie mogę się z tym pogodzić. Problem był w tym, że on po prostu w wielu kwestiach, w efekcie końcowym, był niedojrzały. A jeszcze ostatnio (w związku z tym, ze sporadycznie rozmawiamy) temat rozstania powrócił, bo sobie po prostu nie radziłam i było mi wciąż bardzo przykro. Usłyszałam, że "on wie", że na dłuższą metę byłabym z nim nieszczęśliwa... Tak jakby specjalnie mnie odpychał. Coś o 180% innego niż to, co zawsze deklarował za naszych "dobrych czasów".
Na pocieszenie powiem Ci, że uważam, że każdy związek na odległość jest możliwy, ale tylko i wyłącznie pod warunkiem, że jesteście w stanie ponieść ryzyko, poświęcenie i wszystko to, co wiąże się z decyzją bycia razem fizycznego. Mi się akurat nie udało, ale wierzę, że jeśli uczucie jest prawdziwe, to nie byłoby problemu. Z mojej strony nie miałam go. Nawet powoli planowałam co i jak poukładać żeby zmienić stan rzeczy. To on wymiękł. Zaczął bardzo dobrze, z wielkim zaangażowaniem (nawet większym od mojego), ale z czasem coś się stało... Chyba zdał sobie sprawę jak wielką odpowiedzialność bierze na swoje barki, w razie jakby chciał mnie "sprowadzić" do siebie. A raczej tylko taka opcja wchodziła w grę. Co związek to historia.
Dzisiaj (nie ukrywam) jest mi wciąż przykro, ale patrząc na to z innej perspektywy jest mi też lżej. Nie odliczam do następnego spotkania, nie sprawdzam lotów, nie patrzę na inne pary myśląc o nim, nie planuje co i gdzie pojedziemy, co zrobimy jak się spotkamy. Nie zatapiam się w marzeniach. Już nie. To one były najbardziej bolesne, bo były tylko i wyłącznie w mojej głowie. Takie perfekcyjne, pełne ciepła i uczucia a zakończone na niczym w czynach... Bez sensu już dzisiaj. I chociaż w tej chwili nie mam nikogo to już nie męczę się tak jak jeszcze kilka miesięcy temu. Więc ma to jakiś spory plus. Bo tak na prawdę, albo jak najszybciej zbieracie się w sobie aby połączyć wasze światy, albo żyjesz z dnia na dzień, czekając na nie wiadomo co, SAMA, tworząc sobie w głowie obraz który z dużym prawdopodobieństwem jest przekłamany...
Ach, oczywiście też nigdy nie uznawałam tego za męczarnie. Oj nie, jak bardzo byłam szczęśliwa gdy dostawałam od niego sms-y, maile, jakieś zdjęcie. Powierzchownie zdawać by się mogło, że odległość wcale nie przeszkadzała. Ale jednak... No, nie wracałam do domu w którym on na mnie czekał, nie robiliśmy sobie razem jedzenia, nie oglądaliśmy filmów wieczorem, nie wychodziliśmy razem, przeżywali pewnych momentów. Dopiero dzisiaj zrozumiałam, że jego nigdy nie było. Wszystko działo się w mojej głowie... Nigdy nie zapomnę banalnego momentu gdy siedzieliśmy przytuleni w samochodzie jak u niego byłam a ja prosiłam go "zatrzymaj czas, proszę"... Bo nie mogłam w końcu wyszarpać do końca tego szczęścia będąc razem. Cierpiałam długo dla kilku chwil szczęścia. Nie żałuję tego absolutnie, ale wiem, że już nigdy nie pozwolę sobie na taki związek. Ma być konkretnie, ma być blisko... Ja zostałam emocjonalnie doszczętnie przez tą odległość wypalona...

to jest po prostu magiczne...czytając zdanie po zdanie, słowo po słowie, literka po literce - jakbym czytała samą siebie...z tą rożnicą że rozstanie kilka dni temu.. narazie cierpię i czekam, może zrozumie..."nie bedziesz ze mna szczesliwa", "ze mna nic nie zaplanujesz", to ja planowałam, układałam obrazy w głowie, to ja myslalam o przeprowadzce do niego. choć "w naszych dobrych czasach" on też... jeszcze niedawno był mega zaangażowany - teraz przegrałam z praca, brakiem czasu i możliwoscia spotkania. już nie musze sprawdzac lotów....

to głupie, ale aż mi łzy popłynęły czytając Twoję wypowiedź...

22

Odp: czy dam radę...?

Fabia, co on ma zrozumieć? Jeżeli (niestety) przeglądasz się w tym co napisałam, to z przykrością muszę Ci powiedzieć, że jeszcze Cię czeka długa droga do wyzdrowienia sad. Ja od lipca, jeszcze do dwóch tygodni temu żyłam z nadzieją, że mu się odwidzi. Rozmawiamy ze sobą (niestety nie mogłam z tego zrezygnować) i w tych rozmowach jest zawsze taki miły, ciekawy co u mnie, ciekawy jakiegoś zdjęcia itd. Stwierdziłam, że tego typu rozmowy mają na celu "przytrzymanie mnie" pomimo rozstania. Chodzi o to, że może teraz nie możemy być razem, ale jak tylko uporamy się z tym, co nam doskwiera to on wtedy coś zrobi. Poza tym, przy rozstaniu powiedział mi, że zawsze mu zależało i będzie zależało na mnie, ale teraz nie możemy być razem. Tym bardziej miałam podstawy aby sądzić, że coś się jeszcze zmieni. Dzisiaj wiem, że to jeden wielki bullshit.

Twój ból będzie teraz objawiał się w następujący sposób:
Teraz będziesz miała etap "nadziei". Jednego dnia będziesz się uśmiechała (twoja głowa będzie Ci tworzyła obrazy gdzie jednak jesteście razem), a kiedy indziej będziesz leżała w łóżku słuchając smutnych piosenek o nieszczęśliwej miłości i złamanym sercu i płakała w poduszkę.

Potem się czymś zajmiesz. Jakoś będzie Ci się wiodło, szkoła/praca/cokolwiek pozwoli Ci na chwilę odwrócić myśli.
Następnie przeżyjesz jeszcze jednego doła, bo dowiesz się, że już kogoś ma. Ja akurat nie mam 100% info na temat, ale coś tam zauważyłam. Nawet jeśli się mylę, to sobie wmówiłam, że tak jest. Wtedy myślę o nim "dupek" i jakoś łatwiej. Aczkolwiek będziesz się wkurzała, dlaczego on już kogoś ma ( i jakim prawem) a ty nie...

No i tak jak napisałam powyżej, ostatnio wróciłam do tematu i usłyszałam, że on nie jest odpowiednim kandydatem na faceta dla mnie. W tym momencie nastąpił przełom. Ktoś kiedyś napisał. "Jeśli facet mówi, że nie jest wart Ciebie... To znaczy, że nie jest!!!"... Utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że jego wspaniałość, osobowość i cała ta otoczka to tylko i wyłącznie MÓJ ideał, powstały w mojej głowie w który chciałam wierzyć. A tym łatwiej było mi w to wierzyć bo byłam na odległość! Któregoś dnia się obudziłam i stwierdziłam, że zniknął w pewnym sensie. I chociaż wciąż mi trudno, to jednak w 70% już się wyleczyłam.

Kolejny etap leczenia, to bunt. Bo wszyscy dookoła mówią "poznasz kogoś lepszego/jeszcze się zakochasz/tego kwiatu..." a Ty się wściekasz. Jak można kogoś poznać, ot tak??? Kochasz tylko raz wspaniale, on był wielką miłością/nic Cię lepszego nie spotka... Podobno to też mija, ale ja póki co jestem na etapie "Pier**** facetów", więc Ci nie powiem co jest dalej.

Przepraszam wszystkie panie, nie chcę zniechęcać, nie mówię, że tak jest zawsze... Tylko dlaczego do cholery scenariusz jest wiecznie ten sam??? Wielki entuzjazm z jego strony, przyjazd, deklaracje, prezenty, non stop włączony komunikator. Zapewnienia "damy radę, uwierz, że możesz". Potem nagle budzimy się zakochane, w transie. Zaczyna się rodzić pytanie "co by tutaj zrobić aby być razem?". Potem zaczynają się dyskusje na ten temat już z ukochanym... A potem, powoli, powoli zauważamy spadek formy. Raz mówi, że tęskni, potem, że jest zajęty, potem nic nie mówi... Potem cisza, potem znowu kocha... W międzyczasie my tracimy rozum... "Dlaczego?/jestem zazdrosna!/...", zaczynamy go tłumaczyć: "no przecież to facet, oni tak mają, rutyna iw ogóle" i "nie chcę wyjść na nachalną" a potem słyszymy "to nie ma sensu" sad.

Ja wysiadam. Dosyć. Niestety nie ma antidotum na to. Fabia, Jedyne co możesz zrobić to powtarzać sobie codziennie, że dasz radę bez niego. Może na początku będziesz trochę słaba, bledsza... Ale stawiając sobie cele będziesz stawała się z dnia na dzień silniejsza. Staraj się otaczać ludźmi, znajomymi, nie siedź w domu. Wyłącz na jakiś czas gg/skype/facebooka. Staraj się nie wchodzić na jego profile i nie katować nim, a będzie Cię piekielnie korciło. Zostaw go. ON CIĘ NIE CHCE. I choć będzie bolało, powtarzaj to. To będzie Twoja huśtawka uczuć, wzlotów i dołów. Ale wierz mi. Z czasem powoli, leniwie wszystko się ułoży smile.

23 Ostatnio edytowany przez Fabia (2011-02-06 11:11:41)

Odp: czy dam radę...?

Okruszka - dzieki za wyczerpującą wypowiedź wink może tak być, a nie musi, ale przynajmniej wiem, jak to może wyglądać.
w naszym przypadku to ja w końcu postanowiłam KONIEC, choć we łzach zapewniałam go, że kocham ale to nie ma sensu. on przyznawał mi racje, mowiac te teksty o tym, że nie bede z nim szczesliwa, ze nie zaplanuje itd.
zarzucilam mu tez dwie sprawy, ktorych nie zmienil do tej pory, a mial, dzieki czemu bylibysmy razem i mogli planowac przyszlsc - odpowiedzial ze narazie ich nie zmieni bo mu to pasuje.

i co? minęło kilka dni od tej rozmowy, czyli naszego "rozstania" - dalej o nim mysle ale nie pisze pierwsza. on pisze codziennie, wierzysz? wczoraj napisal mi wieczorem, że mam sie nie martwic, wszystko bedzie dobrze, i ze wzial sie za te DWIE SPRAWY. ze juz wczoraj zaczal....nie skomentowalam...czekam, moze pojdzie po rozum do glowy.


tak więc wracając do tematu wątku, sztuką jest wytrzymać w związku na odlegość, ale jeszcze większą wytrzymać to, co przychodzi po jego końcu - jak widać może to być koniec lub KONIEC. raz się ułoży, raz nie...

24

Odp: czy dam radę...?

dość długo nie pisałam...nie miałam czasu...

Tydzień temu w niedzielny poranek obudził mnie sms-em. Pisał, że jak tylko się obudzę mam do niego zadzwonić, że to niespodzianka. Natychmiast to zrobiłam. Usłyszałam słowa, za którymi tak bardzo tęskniłam - "przyjeżdzam". Byłam w niebo wzięta, zwłaszcza że miał być u mnie już w poniedziałkowe południe...

Cały dzień niemalże fruwałam nad ziemią z radości... Poniedziałek rano - " przepraszam, ale nie dam rady przyjechać..." - coś pilnego mu wypadło i musiał zmienić swoje plany... Nie wiem kiedy znów się zobaczymy...;(

To juz półtora miesiąca od Naszego ostatniego spotkania...nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam...

Kilka dni temu przechodziłam dośc poważny kryzys, ciągle myślałam o nim, o Naszej sytuacji, stwierdziałam że Nasz związek nie ma sensu, że tylko sie oszukujemy...na szczęście on mi na to nie pozwolił, nie pozwolił zniszczyć tego co jest między Nami...
Po tej sytuacji juz wiem, że nigdy więcej nie będę chciała go zostawić...;(

25 Ostatnio edytowany przez Kyaa (2011-02-12 21:59:44)

Odp: czy dam radę...?

Cóż doskonale Cie rozumiem....ja mam bardzo podobną sytuacje o tyle że ja czekałam zawsze 2 miesiace a teraz czekaja mnie 4...wiem że bedzie bardzo ciezko ale dam rade i jestem pewna ze Ty rowniez dasz^^Napewno sie uda, zreszta mozna na to patrzeć tez optymistycznie przetrwasz najgorszy czas i rozłaki ktore beda ciezkie napewno ale przyjdzie moment że bedziecie razem i nie bedzie trzeba sie już zegnac a dla takiego uczucia ja jestem wstanie wytrwac ten czas i mam nadzieje Ze Tobie rowniez sie to uda i pamietaj nie kazdy zwiazek na odległosc  konczy sie katastrofa i wiez w to że sie uda. Pozdrawiam i życze szczescia oraz duzo siły^^

26

Odp: czy dam radę...?

Cały czas w to wierzę, nie mam innego wyjścia. Nie chce go stracić, bo wiem, że drugiego takiego już nie znajdę... W końcu to w Nim jestem tak bardzo zakochana a nie w innym...;( Raz na jakiś czas nachodzą mnie czarne myśli, które na szczęście On szybko eliminuje... Nie wiem co ja bym bez Niego zrobiła...;(

Dziekuję za ciepłe słowa...wierzcie mi lub nie, bardzo mi pomagają przetrwać to wszystko...

Jutro walentynki, więc mam zamiar mu powiedziec to, co czuję smile zresztą...On to wszystko wie...

27

Odp: czy dam radę...?

Minęło kilka następnych tygodni...wciąż razem...i niestety wciąż bez spotkania...;( juz sama nie wiem co mam o tym myśleć. Rozumiem, że nie ma czasu przyjechać, ja zresztą też mam mase zajęć na co dzień i często trudno jest mi wygospodarować choćby godzine żeby odpocząć... nie widziałam go już 2 miesiące i tak szczerze powiem, zaczynam wątpić czy jeszcze kiedykolwiek zobacze. Między nami niby wszystko po staremu, nadal tworzymy " idealny związek" jeśli można to tak w ogóle określić. Zero kłótni, we wszystkim jednomyślni, ciągłe wspieranie siebie nawzajem, ale jednak czegoś mi brakuje. Na szczęście mam tyle zajęć, że nie mam kiedy myśleć. Boję się, panicznie się boję, że któregoś dnia taki stan rzeczy zacznie mi odpowiadać, a później to już w ogóle będzie mi wszystko obojętne... codziennie zadaje sobie pytanie, czy my jesteśmy razem, czy to tylko takie okłamywanie samych siebie...ciężko jest mi sobie wyobrazić juz teraz, że mogłoby się coś zmienić w naszej sytuacji, niby walczymy cały czas, ale czuję, że gdzieś tam coś zaczyna się powoli wypalać... pomóżcie ;((((

28

Odp: czy dam radę...?

Ja mam to samo. Tylko jestem w trudniejszej sytuacji sad((

29

Odp: czy dam radę...?

po to tutaj jesteśmy żeby pomagac sobie nawzajem, zatem jesli chcesz możesz opisać swoją sytuację, bardzo chętnie się z nią zapoznam... być może to w jakis sposób pomoże Ci przetrwać, zresztą mi też to może w jakis sposób pomóc. Pozdrawiam.

30

Odp: czy dam radę...?

Witam Was,

chcę się podzielić moją historią.
Znamy się z M. od liceum. Poszliśmy na ten sam uniwersytet (z dala od domu). Potem przyszły problemy, on musiał zmienić uczelnię, Teraz jest od września 550km ode mnie, nie mamy wiele pieniędzy by często do siebie przyjeżdżać. B. często płaczę w akademiku, nie jestem w stanie dać rady.. Niedługo będzie nasza 4 rocznica. On jest zadowolony, mieszka bliżej swojego taty, jest na lepszej uczelni, ma inne dodatkowe plusy ze zmiany miejsca i nie przeszkadza mu że widzimy się max 2 razy w miesiącu. Jednak wcześniej widzieliśmy się codziennie i to jest tak duża zmiana dla mnie...nie do przeskoczenia. On wie, że się źle czuję z tą sytuacją, jak przyjeżdża to mnie pociesza, jest tak "jak dawniej". Nie wiem ile jeszcze wytrzymam, bo nie mogę przestać tęsknić za poprzednim stanem. Kilka razy się o to pokłóciliśmy, on nie rozumie chyba, że czuję się samotna, nie wspiera mnie tak jak tego chcę, choć cały czas zapewnia, że mnie kocha, że tęskni, ale ja tego nie czuję, tzn on tego jak teraz na to patrzę, nie okazuje tego. A jednak związek na odległość to też walka o podtrzymanie go.. Bardzo go kocham, ale nie wiem czy to ma sens, nie wiadomo w jakim czasie on skończy studia, bo M. zaczął studia od początku. Nie wiadomo czy nasze drogi się złączą i czy on będzie na mnie czekał. Nie podoba mi się to, że mój nastrój zależy od tego czy on ze mną porozmawia czy będzie miły i czy będzie miał ochotę rozmawiać. Nie wiem co robić, bo tak jest od września. On ma taki wielki wpływ na mnie, a ja się tak przywiązałam...
Czasem czuję, że jestem tylko taką odskocznią od jego życia i że jak on już odjeżdża, to ja go nie interesuję.
Jest dobrym człowiekiem, ale ja nie mogę żyć tylko wspomnieniami i czekać na coś, nie mając pewności. Jak mogę zyskać taką pewność? Nie chcę, by to źle zabrzmiało, ale może go jakoś sprawdzić????
Napiszcie mi proszę, co myślicie..

31

Odp: czy dam radę...?
Unhappy777 napisał/a:

Witajcie...jestem tutaj nowa. Niektóre z Waszych historii są mi bardzo bliskie, zwłaszcza jeśli chodzi o związki na odległość, internetowe znajomości... Chciałabym Wam opowiedzieć swoją historię i liczę, że pomożecie mi jakoś przez to przebrnąć bądź też podjąć jakąś decyzję, gdyż samej nie jest mi łatwo.

Wybaczcie, ale nie chcę podawać swojego wieku, z różnych względów. Ponad 2 miesiące temu poznałam przypadkowo pewnego chłopaka. O Naszej znajomości zadecydowały prawdopodobnie ułamki sekund. Jest 5 lat starszy ode mnie i jak to zwykle bywa w tego typu znajomościach, mieszka dosyć daleko - 170km. Zapewne zrozumiecie mnie jeśli napisze, że już po kilkunastu minutach rozmowy z Nim poczułam że to ktoś wyjątkowy... Od tej pory nie było ani jednego dnia żebyśmy nie pisali ze sobą... Rozmawialiśmy i nadal rozmawiamy niemalże o wszystkim... Jeszcze nigdy nie byłam otoczona taka ilością ciepła, zrozumienia i wsparcia. Po miesiącu pisania zdecydowaliśmy się na spotkanie. Przyjechał do mnie. Przywitałam go na dworcu autobusowym, wzięłam mocno za rękę i poszliśmy w kierunku miejsca, w którym się zatrzymał na te kilka dni pobytu w moim mieście. Już od pierwszych chwil "razem" czuliśmy sie wspaniale w swoim towarzystiwe, wcześniej miałam trochę obaw, że rozmowa może sie nie kleić, ale na szczęscie moje obawy były zupełnie bezpodstawne. Spędziliśmy razem kilka wspaniałych godzin, przytulając się, całując, rozmawiając... Kolejny dzień wyglądał bardzo podobnie. 3-go dnia rano wrócił w swoje strony. Od tego czasu nie widzieliśmy się, a mija juz miesiąc... Oczywiście cały czas piszemy ze sobą, rozmawiamy przez telefon. Zdecydowaliśmy, że chcemy byc razem. No i jesteśmy... Jednak każdy dzień obfituje w ogromną tęsknotę za Nim, która czasami staje się nie do wytrzymania. Szukam różnych zajęć żeby nie myśleć o tym, że on jest daleko, że na razie nie może przyjechać ( praca, studia ), Staram sie to zrozumieć i rozumiem, aczkolwiek są dni, kiedy dochodzę do wniosku, że Nasz związek nie ma sensu. Nie potrafimy bez siebie żyć, a jednocześnie nie możemy niczego zmienić, przynajmniej w tym momencie. Wiem tylko, że chyba nie potrafiłabym z nim zerwać...wiem też, że on również nie bierze takiej opcji pod uwagę. Ciągle prosi mnie o wyrozumiałość, o to, żebym nie traciła nadziei i ja jej nie tracę... Jednak jak każdy normalny człowiek, jak każda kobieta potrzebuję bliskości drugiej osoby, potrzebuję mieć świadomość, że komuś na mnie zależy. I żeby nie było - On mi tą świadomość daje. Boli mnie tylko to, że nie mogę zobaczyć jego usmiechu, poczuć jego dłoni, smaku ust, usłyszeć jego szeptu...

Powiedzcie mi, czy to ma sens...? Czy tu kiełkujące uczucie ma szanse przetrwać...? Jestem zagubiona...nie wiem co robić...;(

170km? Też bym tak chciała, mój mężczyzna mieszka ponad 600 km ode mnie. Na drugim końcu Polski, jednak uważam że jeśli go kochasz, to nie zrywaj, nie kończ z tym. Bo to ma sens! Ja też z moim klikałam, spotkaliśmy się, zakochaliśmy w sobie i jest super. Co prawda widzimy się raz na 3-4 miesiące ale warto czekać! Jesteśmy już razem 2 lata, on mieszka tam, ja tu. Ale spotykamy się na święta, sylwestra, wakacje... Ufamy sobie i jest ok :-) Chcemy razem zamieszkać. Mam nadzieję, że się uda. Tęsknota jest straszna lecz czasem warto pocierpieć, aby potem móc rozkoszować się chwilami razem.
Pozdrawiam!

32

Odp: czy dam radę...?

Witajcie po raz kolejny! smile dość dawno mnie tu nie było, ale dziś znalazłam trochę czasu aby podzielić się z Wami tym, co się wydarzyło przez ostatni czas...:)

Nadal razem...już prawie 5 miesięcy... Już nie miewam takich wątpliwości, o których często pisałam tu, na forum. Być może wreszcie dojrzałam do takiego zwiazku, bo przecież ludzie będący w ziwązku na odległość muszą się wykazywac na co dzień ogromną dojrzałością, aby przetrwać te ciężkie dni i móc dalej patrzeć w przyszłość, wspólną...

Ostatnie spotkanie tylko umocniło mnie w przekonaniu, że chce z nim być już zawsze...chce Go kochać i być przez Niego kochaną... Mimo, że z każdym dniem coraz ciężej wytrzymac tą rozłąkę, to wiem, że jakoś musimy sobie z tym poradzić, bo obojgu Nam na sobie zależy... Nie wiem jak to możlwie, ale z każdym dniem kocham Go jeszcze bardziej, nie wiem czy kiedyś ten stan ulegnie zmianie, mam nadzieję że nie, choc to tylko od Nas zależy tak naprawdę...

Wcześniej dosyć często pisałam o różnych wątpliwościach, które nachodziły mnie przeważnie każdego dnia, teraz już ich nie ma. Być może świadczy to również o tym, że nie byłam do końca pewna swoich uczuć, nie byłam pewna jego uczuć... Teraz wszystko się zmieniło. Każdego dnia otrzymuję od Niego mnóstwo wsparcia, nie pozwala mi wątpić w Nasz związek... Teraz tylko pozostaje skupić się na jak najczęstszych spotkaniach, na tym, aby pogłębiac Nasze uczucie. Każda godzina z Nim spędzona jest dla mnie najcenniejsza na świecie. Podczas ostatniego spotkania po raz pierwszy mogłam zasnąć w jego ramionach, czułam że jest tylko mój...każdy jego gest świadczył o tym, jak bardzo jestem dla niego ważna...to takie nieziemskie uczucie... Chciałabym, aby każdy Nasz dzień wyglądał w ten właśnie sposób, chce zasypiać i budzić się w jego objęciach, chcę szeptać " kocham Cię..." Na szczęście wierzę w swoją, Naszą determinację i już teraz wiem, że przetrwamy, mimo wszystko. smile))

33

Odp: czy dam radę...?
dziewczyna111 napisał/a:

Witam Was,

chcę się podzielić moją historią.
Znamy się z M. od liceum. Poszliśmy na ten sam uniwersytet (z dala od domu). Potem przyszły problemy, on musiał zmienić uczelnię, Teraz jest od września 550km ode mnie, nie mamy wiele pieniędzy by często do siebie przyjeżdżać. B. często płaczę w akademiku, nie jestem w stanie dać rady.. Niedługo będzie nasza 4 rocznica. On jest zadowolony, mieszka bliżej swojego taty, jest na lepszej uczelni, ma inne dodatkowe plusy ze zmiany miejsca i nie przeszkadza mu że widzimy się max 2 razy w miesiącu. Jednak wcześniej widzieliśmy się codziennie i to jest tak duża zmiana dla mnie...nie do przeskoczenia. On wie, że się źle czuję z tą sytuacją, jak przyjeżdża to mnie pociesza, jest tak "jak dawniej". Nie wiem ile jeszcze wytrzymam, bo nie mogę przestać tęsknić za poprzednim stanem. Kilka razy się o to pokłóciliśmy, on nie rozumie chyba, że czuję się samotna, nie wspiera mnie tak jak tego chcę, choć cały czas zapewnia, że mnie kocha, że tęskni, ale ja tego nie czuję, tzn on tego jak teraz na to patrzę, nie okazuje tego. A jednak związek na odległość to też walka o podtrzymanie go.. Bardzo go kocham, ale nie wiem czy to ma sens, nie wiadomo w jakim czasie on skończy studia, bo M. zaczął studia od początku. Nie wiadomo czy nasze drogi się złączą i czy on będzie na mnie czekał. Nie podoba mi się to, że mój nastrój zależy od tego czy on ze mną porozmawia czy będzie miły i czy będzie miał ochotę rozmawiać. Nie wiem co robić, bo tak jest od września. On ma taki wielki wpływ na mnie, a ja się tak przywiązałam...
Czasem czuję, że jestem tylko taką odskocznią od jego życia i że jak on już odjeżdża, to ja go nie interesuję.
Jest dobrym człowiekiem, ale ja nie mogę żyć tylko wspomnieniami i czekać na coś, nie mając pewności. Jak mogę zyskać taką pewność? Nie chcę, by to źle zabrzmiało, ale może go jakoś sprawdzić????
Napiszcie mi proszę, co myślicie..

Na początek odniosę się do tego "sprawdzenia". Myślę, że to nie jest zbyt dobry pomysł. To by oznaczało, że nie masz do niego zaufania, wbrew temu co piszesz.


Najlepiej będzie jeśli porozmawiacie o tym na jakimś nautralnym gruncie, bez jakichkolwiek wyrzutów w jego kierunku. Po prostu powiedz mu co czujesz, że masz wątpliwości. Musisz również pamiętać, że miłość to jedno wielkie poświecenie. Jednakże rozumiem Twoje położenie, bo sama ciężko wytrzymuję rozłąkę, nawet najkrótszą. Zapewne kwestia tego, że mieszka bliżej ojca jest tutaj istotna, pewnie dzięki temu może liczyć na jego wsparcie przede wszystkim pod względem finansowym, wspomniałaś też o lepszej uczelni... To wszystko składa się na to, że Twoj chłopak jak na razie nie zamierza niczego zmienić. Wygoda jest tu chyba odpowiednim słowem, masz rację. Wydaje mi się, że stawianie go pod ścianą nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem. Nie każ mu wybierać.

Cóż mogę powiedzieć więcej, bądź cierpliwa i czekaj momentu, gdy wreszcie będziecie mogli być razem... Pozdrawiam:) trzymaj się ciepło.

34

Odp: czy dam radę...?

witam ja tez bylam w zwiazku na odleglosc trwalo to 2 lata i niestety juz nie jestesmy razem, dwa rozne swiaty ja tu on tam u siebie i dwa rozne widzenia dotyczace zycia...zabila nas odleglosc, tesknota, brak wytrwalosci...szkoda bo bylo nam dobrze ze soba.probowalismy wrocic do siebie ale ta proba sie nie udala i choc od zerwania minely 3 mce nadal o sobie myslimy...dziwne to troche ale tak jest

35

Odp: czy dam radę...?
kasienka28 napisał/a:

witam ja tez bylam w zwiazku na odleglosc trwalo to 2 lata i niestety juz nie jestesmy razem, dwa rozne swiaty ja tu on tam u siebie i dwa rozne widzenia dotyczace zycia...zabila nas odleglosc, tesknota, brak wytrwalosci...szkoda bo bylo nam dobrze ze soba.probowalismy wrocic do siebie ale ta proba sie nie udala i choc od zerwania minely 3 mce nadal o sobie myslimy...dziwne to troche ale tak jest

Skoro było Wam ze sobą dobrze to nie rozumiem dlaczego przestaliście o siebie walczyć ? czy miłość nie jest najważniejsza ? Czasem trzeba pocierpieć, żeby później móc być naprawdę szczęśliwym. Tego typu związki wymagają ogromnych pokładów cierpliwości, wytrwałości. Tęsknota tak naprawdę powinna umocnić Wasz związek, choć wiem, że z reguły bywa inaczej...
Mam tylko nadzieję, że ja nigdy nie zrezygnuję ze swojego związku, że będę silna mimo wszystko, że przetrwamy to razem z moim Chłopakiem...

Dla mnie osobiście miłość to świętość... I tego będę się trzymać smile

36

Odp: czy dam radę...?

Ja tam nie wiem - moja siostra tez tkwi w podobnym zwiazku i powiem Wam szczerze, ze jeszcze chwila, a sama go zakoncze w jej imieniu ... no ale reguly nie ma

37

Odp: czy dam radę...?
Kawka napisał/a:

Ja tam nie wiem - moja siostra tez tkwi w podobnym zwiazku i powiem Wam szczerze, ze jeszcze chwila, a sama go zakoncze w jej imieniu ... no ale reguly nie ma

Racja, reguły nie ma. Jedni się męczą będąc w takim związku, a drudzy są cholernie szczęśliwi i pełni nadziei na wspólną przyszłość, tak jak jest to w moim przypadku. Zależy od człowieka i jego nastawienia, ale także od tego czy kocha tą druga osobę, bo bez miłości ani rusz...

Można się oszukiwać przez długi czas, ale trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie po co ? Zanim podejmie się jakieś działania trzeba to dobrze przemysleć, bo można niechcący kogoś bardzo skrzywdzić, a przecież nie o to tutaj chodzi...:) Pozdrawiam.

38

Odp: czy dam radę...?

Witajcie.
Mam 22 lata mój facet 28 mieszkamy ze sobą rok a jesteśmy razem 1,5  roku. boje sie ponieważ wyjeżdża za granice do pracy. Kiedy jeszcze nie wiedzielismy o swoim istnieniu on byl w zwiazku 4 lata po czym po wyjezdzie zdradzil ja. Mowi ze on mi tego nie zrobi i wogole, ale ja bardzo sie boje. Na swoim kacie mam juz 2 zdrady dlatego wiem co to znaczy a na nim mi bardzo zalezy. Wierze mu ze mnie kocha i ze chce byc ze mna, ale czy jej tez tak mowil?

39

Odp: czy dam radę...?
ona22124 napisał/a:

Witajcie.
Mam 22 lata mój facet 28 mieszkamy ze sobą rok a jesteśmy razem 1,5  roku. boje sie ponieważ wyjeżdża za granice do pracy. Kiedy jeszcze nie wiedzielismy o swoim istnieniu on byl w zwiazku 4 lata po czym po wyjezdzie zdradzil ja. Mowi ze on mi tego nie zrobi i wogole, ale ja bardzo sie boje. Na swoim kacie mam juz 2 zdrady dlatego wiem co to znaczy a na nim mi bardzo zalezy. Wierze mu ze mnie kocha i ze chce byc ze mna, ale czy jej tez tak mowil?

Skoro jesteście razem już 1,5 roku to chyba coś znaczy. A czy on zapewnia Cię o swojej miłości na co dzień ? To wazny aspekt w związku. Przed jego wyjazdem porozmawiajcie szczerze, przecież nie jest powiedziane że na pewno będzie Cię zdradzał, tak jak tamtą. Przez te lata na pewno dojrzał. Choć tak naprawdę nic nie jest pewne. Ciężko mi cokolwiek napisać, bo przecież go nie znam. Wiesz chociaż jak często planuje przyjeżdzać do Polski ?

40

Odp: czy dam radę...?

Planuje co 3 miesiące. Ale już wspominał że jak wszystko będzi dobrze to mnie zabierze ze sobą.

41

Odp: czy dam radę...?

A czy zapewnia mnie o miłości? tak mówi mi bardzo często że mnie kocha.

42

Odp: czy dam radę...?

Znowu długo nie pisałam...ciągle ten sam powód - brak czasu... minęło już pół roku, wciąż ten sam "problem"... przez ten ostatni czas byłam bardzi silna, prawie w ogóle nie płakałam z tęsknoty, wierzyłam, że za niedługo się spotkamy, jednak nie widzieliśmy się już 3 miesiące...;/ moja dusza powoli zaczyna obumierać, usycham, nie wiem jak to jeszcze mam nazwać... kocham go jak jakaś wariatka, ale możecie mi wierzyć, że mimo wszystko jest tego warty... coraz cześciej wspomina i wspólnej przyszłości, co bardzo mnie cieszy, ale także nakręca, co na dłuższą mete jest przygnębiające, bo wiem że do spełnienia tych zamierzeń jest jeszcze długa droga przed nami... chyba jestem zbyt zachłanna, bo najchętniej wszystko chciałabym mieć od razu. niestety, nie da się tak... muszę, a w zasadzie musimy przebrnąc przez pewien etap w naszym życiu, niestety nie możemy go '' przeskoczyć '' ;/

dziś musiałam się tym z wami podzielić, bo czuje że źle się ze mną dzieje ;/ napiszcie, cokolwiek...;/

43

Odp: czy dam radę...?

dziewczyny , uważajcie na związki zaczęte na internecie, przeczytajcie moją historię w dziale -moja niesamowita historia-DWA ŚWIATY

Posty [ 44 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026