Tak wiele miesiecy minelo od zdrady mojego meza. Nic nie jest dla mnie jasniejsze, wrecz przeciwnie, z dnia na dzien jeszcze mniej jasne. Jestem niepoprawna optymistka, pierwsza do wybaczenie, pierwsza do znalezienia czegos dobrego nawet w najgorszym.
Kochalam go jak wariatka. Moze troche na pograniczu uzaleznienia, ale jak tak sobie analizuje, to nie koniecznie. Mam wrazenie, ze przez 18 lat tkwilam w mniejszym lub wiekszym stanie zakochania sie. Budzilam sie rano z nosem wetknietym w jego kark, wdchalam jego zapach i az na chwile wstrzymywalam oddech ze szczescia, ze jest tutaj. Wieczorem ukladalam sie spac, wpasowana w niego jak lyzeczka, z uczuciem, ze wreszcie dobilam do portu i moge odpoczac. I tak czas sobie plynal. Ale on najwyrazniej czul inaczej. Moze jest dobrym aktorem, moze ma pokrecone przekonanie, ze wszystko mu sie nalezy. Moze uwaza, ze zasluguje na wiecej. Sama nie wiem. Jedyne co wiem, to to, ze zadne oznaki nadchodzacego nieszczescia do mnie nie dotarly.
Zostalam z nim. Kiedy sie dowiedzialam, stracilam rozum. Moj umysl popadl w jakis mrok, nie bylam zdolna do jakiegolwiek logicznego myslenia. On chyba tez nie zdawal sobie sprawy z tego, co sie stalo. Dzis mam 100% wiecej wszystkiego, czulosci, milosci, troski, cierpliwosci. Jakbym ogladala ewolucje w przyspieszonym tempie. I nastepny problem. Skoro tego wszystkiego bylo az tyle mniej, jak malo musial mnie kochac? A moze tylko jest dobrym aktorem? Patrzac na niego mam wrazenie, ze gra jakas kiepska sztuke. Tylko czekam, kiedy mu sie znudzi. Wszak natury nie oszukasz...
Prubuje znalezc cos dobrego w tej zdradzie i nie potrafie. Bo co dobrego moze byc w swiadomosci, ze zylo sie z czlowiekiem, ktory kochal tak malo, ze czlowiek, z ktorym spedzilo sie tyle lat, okazal sie zdolny do najwiekszej podlosci w stosunku nie tylko do mnie, ale i dzieci, zdolny do najpodlejszego klamstwa, co dobrego moze byc w swiadomosci, ze ukochany chcial budowac zycie na klamstwie tak strasznym, ze kiedy pomysle, az robi mi sie ciemno przed oczami. Co dobrego moze byc w wiedzy, ze im powazniejszy problem, tym bardziej musze liczyc tylko na siebie. Nie umiem tego zrozumiec, nie umiem tego zaakceptowac, nie umiem tego wybaczyc. Jakbym ogladala swoje zycie w krzywym zwierciadle.
Ile czasu trzeba, zeby to odeszlo? Co musi sie wydarzyc, zeby moje serce spowrotem wypelnila milosc do niego? Czy to w ogole jest mozliwe? Jak moge sobie pomoc?
Zostalam z nim. Nie dla dzieci, nie ze wzgledu na sprawy finansowe. Jestem silna istotka, wiem ze poradzilabym sobie. Zostalam ze wzgledu na to, co bylo. Zostalam, bo mialam dobre zycie. Zostalam, bo chce odzyskac moje zycie spowrotem. Tylko jak?