czy wśród was są kobiety,których mężowie pracują za granicą,a wy(tak jak ja)wychowujecie dzieci w POLSCE,same przez większość dni w roku(nie licząc jakichś krótkich urlopów mężów czy waszych wyjazdów tam z dziećmi)???
jak sobie z tym radzicie??????
bo ja chyba wcale sobie nie radzę...Mąż wyjeżdża już drugi rok,nasza córeczka 2,5letnia coraz więcej rozumie,bardziej przeżywa rozstania czy takie nasze życie NORWEGIA-POLSKA,jest rozbita,smutna jak mąż wyjeżdża....Ja chyba tak nie potrafię,a może jestem słaba psychicznie i wyolbrzymiam,naciągam to wszystko,nie wiem sama.... ![]()
W okolicy gdzie mieszkam wiele rodzin tak żyje,mężowie wyjeżdżają,kobiety wychowują dzieci,dbają o finanse,oszczędności itp.Patrzę tak z boku na nie i je podziwiam,że są uśmiechnięte,super zadbane,mają czas i chęć na wypad z dziećmi do miasta do kina czy choćby parku,a ja?-nic mi się nie chce,mam złość do całego świata za to jak jest,choć pewnie gdyby mąż został w POLSCE byłoby nam bardzo ciężko,a może nawet by nie pracował w tamtym zakładzie.
Zazdroszczę innym kobietom,że mają mężów na codzień,a ich dzieci tatusia,że mogą sie w każdej chwili do niego przytulić,czymś pochwalić itp.
Ja w oczach mojej córci widzę smutek,zazdość,że inne dzieci mają więcej niż ona(a ma dopiero dwa latka i tyle już widzi ,rozumie)
wiem,że mąż to wszystko robi ,żeby coś osiągnąć-wybudować dom,zapewnić jakiś start naszemu dziecku i że póki co tam to nie są warunki dla rodziny(nie w hotelu i małym pokoiku),
ale już mam dość-nie cieszy mnie to co już mamy dzięki tym wyjazdom...wolałabym mieć mniej,a być tam z nim i dzieckiem-wiadomo,utrzymanie za granicą jest drogie i pewnie mało uda nam się odłożyć na coś w POLSCE,ale już sama nie wiem,jestem rozdarta emocjonalnie i sama nie wiem jak na to wszystko patrzeć i sobie radzić
postawiłam mężowi warunek-albo nas do siebie ściągnie do końca roku,zapewni tam warunki,albo będzie sam!postawiłam go pod ścianą,bo narazie nie ma szans na zmiany na lepsze,ale już sama nie wiem,nie umiem sobie poradzić z takim naszym ,,podwójnym życiem rodzinnym"
pewnie to wszystko chaotyczne,ale może któraś z was to przeczyta,spojrzy swoim okiem i pomoże mi to ogarnąć,doradzi...
Podobne tematy
Coprawda mój maz byl na krótszych wyjazdach ,ale bardzo dobrze cie rozumiem uwierz my z mezem tez sie do tego nie nadajemy.Moj maz byl w Niemczech 2-miesiace i warjowalismy on tam ja z dziecmi tu.Coprawda teraz moze lepiej bo internet jest to mniejsze rachunki za telefon.U nas tez widze rodziny które zyja na odleglosc mezowie zjezdzaja co 3miesiace na tydzien dwa sprawiaja wrazenie kochajacej sie rodzinki ,ale widac jak sie oddalaja.nie powiem zyje sie lepiej stac ich na dwa auta w utrzymaniu,dzieciaki kolonie co roku ,remonty mieszkan robia,nie licza sie z kazda zlotówka kiedy ja wydaja.Ale czy sa szczesliwi znam malzenstwo gdzie mieli klopoty finansowe i maz wyjechal na rok a jest juz 5-lat i nie mysli o zjezdzaniu...Nie krytykuje tych malzenstw radza sobie z codzienna samotnascia rozstaniem ja tak nie potrafie.....
dziewczyny powiem wam tak,takie rozstania nigdy nie prowadza do niczego dobrego,a zazwyczaj prędzej czy póżniej kończą się zdrada jednej ze stron.żeby nie wiem jak udane było małzeństwo po dłuższym czasie tak oddala się od siebie,ze wkoncu nawet rozmawiac i zrozumiec sie nie potrafia....wiec jeżeli macie jeszcze jakiś wpływ to ściągnijcie mężów do siebie,bo moim zdaniem te pieniądze które oni zarobią i tak wyjdą wam bokiem.......
ale może chociaż trochę naświetlę wam swoją sytuację.....
otóż zawsze wydawało mi się,że jesteśmy dla siebie stworzeni,mimo,że nasze życie nie było sielanką,zawsze umieliśmy znależc kompromis...nie mieliśmy powodow do kłotni innych jak o nasze rodziny,rodzeństwo...wydawało mi się,że jesteśmy dopełnieniem siebie......na początku naszego związku mąz miał problemy z alkoholem ale kiedyś nie brałam tego tak do siebie...kiedy po raz pierwszy zaszłam w ciąże(siedem lat temu) mąż przestał pić wogóle......syn rósł i nie żle to wszystko wyglądał....pojawiła się okazja wyjazdu za granicę(cztery lata temu) i ja byłam za skorzystaniem....rozmawialiśmy o tym,ze jak bedziemy widzieli ze coś się między nami psuje mąz automatycznie wraca.........było dobrze,zjeżdzał często i jakoś leciało,zaczęliśmy budowę domu i trochę długów zaciągnęliśmy,więc bylo jasne ze mąż nadal musi tam pracować,ale było miedzy nami dobrze(trzy lata temu urodziłam córeczkę)............az nagle kiedy byłam trzecim dzeckiem w ciąży coś sie zaczęlo psuć.....mąz nagle znowu zaczął pić.....powiedziałam,że czuję,ze w jego życiu pojawiła się druga kobieta....zaprzeczył.........ale ja wiedziałam,czułam to....rozmawiałam,że pewnie się zauroczył i nie radzi sobie z tym,dlatego znowu pije.....wszystko zaczęło się walić,ja w ciąży on tam,ciągłe kłotnie i niedomówinia(najgorsze dla mnie było podejrzenie,ze ta kobieta była tu nie tam i była mi całkiem bliska)mąż wszystiemu zaprzeczał....dopiero po czasie wyznał,ze owszem,jest druga ale to tam(ale dla mnie wszystko wskazywało na to,ze to ja mam rację.....nadal często przyjeżdżał....ale nie spędzal czasu w domu tylko głównie w towrzystwie tej gówniary...(ale jak mówiłam o tym...to twierdził,że sie myle i wymyślam....tylkoze na temat tej drugiej nigdy nic konkretnego nie powiedział).....urodziłąm córkę...mąż cały czas zapewniał,ze mnie kocha i chce do nas wrócić....ale robił wręcz przeciwnie,dalej pił,nie liczył sie ani ze mna ani z dziecmi,tylko latał....częste przyjażdy i brak porozumienia wyprowadzały mnie z równwagi,ale nadal liczyłam i czekałam na to,że się opamięta(w niędzy czasie dwa razy byłam u niego,raz sama a raz z dziećmi....i niestety nić to nie dałobo nadal utrzymywał kontakt z tą drugą).....przywiózł nas do polski...wyjechał bez pożegnania....nie rozmawialiśmy kilka dni....i nagle....ponoć wszystko zrozumiał,zerwał kontakt..kocha tylko mnie i ze mną chcebyć...wie jaką krzywdę mi zrobił i chce to naprawić....ale to ja muszę iść na kompromis,bo on jeszce musi zostać tam.....szczerze teraz naprawgę widzę,że się stara...jest inny(taki jak kiedyś,ten sam kochający)......ale ja mam ogromny dystans,nie ufam mu i nadal się kłócimy....wiem,że teraz to głownie moja wina,ale inaczej nie potrafię....Kocham Go bardzo...ale czy sama miłość bez zaufania i porozumienia wystarczy żeby to wszystko odbudować......
czy ktoś wie co powinnam zrobić,jak rozmawiaći jak nam pomóc ![]()
Żyłam tak przez ok. 5 lat. Łatwo nie było. Dziecko było w przedszkolu lub z dziadkami a ja byłam zajęta pracą, czasem wracałam bardzo późno. Myślę, że tylko dlatego wytrzymałam tak długo. Mąż próbował wrócić do kraju na stałe ale ta opcja nie wypaliła. Podjęliśmy decyzję - wyjeżdżamy.
Mieszkam za granicą już od 2 lat. Czasem jest mi trudno. Obcy język i odmienna kultura. Czasem mam doła, ale nigdy na tyle dużego żeby chcieć wracać do Polski. Okazało się, że decyzja wyjazdu była bardzo słuszna. Mamy tutaj kilku fajnych znajomych (Polaków), dom z ogródkiem do naszej dyspozycji (tutaj wynajmuje się głównie domy) i całkiem fajnie nam się żyje, ale przede wszystkim mamy siebie. Nie ważne gdzie mieszkamy, ważne że tworzymy dom i rodzinę. Życie odkładane na później? - a kiedy będzie to później, czy w ogóle będzie?
Znam tutaj wielu Polaków i ich historie są różne. Często są to zdrady, choć nie jest to regułą. Znam kilku naprawdę porządnych, wiernych swoim kobietom facetów (przynajmniej tak sądzę). Znam też rodziny które żyją tutaj bardzo skromnie i inwestują w Polsce myśląc o powrocie.
Mąż na początku był sceptyczny, ale teraz też jest zadowolony z podjętej wtedy decyzji. Zupełnie inaczej mu się pracuje jeśli wraca do rodzinnego domu a nie do malutkiego pokoju w domu pełnym facetów, którzy co weekend zalewają robaka. Żałujemy tylko jednego - że tak późno podjęliśmy tą decyzję.
Najbardziej martwiłam się o to, jak zaaklimatyzuje się tutaj nasz syn. Okazało się, że ma wielu kolegów, lubi szkołę i co najważniejsze bezboleśnie uczy się języka. Chociaż tęskni za dziadkami nie chce wracać do Polski. Jest tutaj szczęśliwy.
wiatm wszytskie słomiane wdowy ja dopiero ucze sie zyc sama mój maz wyjechał 1 miesiace temu do niemiec i dopiero wroci na swiat bo tak ma prace ze nie daja urlopów w sezonie.mam 2letnia coreczke.pomimo tego ze nawet dobrze tutaj zarabiał to zdecydowalismy sie na jego wyjazd z tego wzgledu ze chcemy cos w zyciu osiagac i miec swoja przystan swoj własny kąt na starosc.
mielismy takie postanowienie ze jak sie tam on zaklimatyzuje to nas sciagnie to nas ale wczoraj mi powiedził ze nie opłaci sie to zebysmy tam przyjechały nie iwem co mam o tym myslec sadzic czy moze zapalilo sie teraz hakieszielone swiatełko ze cos tam jest nie tak ze moze tam kogos ma...no nie wiem ale moze ktoras z was mi cos poradzi...?prace moze miec nawet na kilka lat i ja sobie nie wyobrzem takiego zycia on tam my tu.czy naprawde zycie i wogole wynjecie jakiegos małego mieszkanka jest to takei drogie zeby sie nie opłaciło zebysmy byli tam razem.jestm bardzo rozbita tym co mi powiedział bo sadziąlm ze do swiat jakos wytrzym a puzniej pojedzimey z nim///moze ktos bedzie tak uprzejmy i odpowie mi na tego posta.pozdrawim
myślałam,że do tego wątku już nie wrócę,albo ,że wrócę i pochwalę sie jak jest dobrze..nie jest,dlatego tu jestem...mój mąż nie podjął decyzji o ściągnięciu nas do siebie,a ja mimo wszystko nie potrafiłam go postawić pod ścianą,że tak dalej nie umiem,że sobie nie radzę ze samotnością,ze smutkiem dziecka,że czuję sie wypalona,nie radzę sobie z emocjami,że dziecko widzi jak płaczę i mnie pociesza...mąż przyjechał na świeta,spędziliśmy wigilię u moich rodziców,potem tydzień w naszym mieszkaniu,razem z dzieckiem,tydzień tak to można nazwać:ja pracowałam,zostawały tylko popołudnia i wieczory...wydawało mi się,że uda mi sie mu coś wytłumaczyć,ze mnie wysłucha i zrozumie i że tak jak obiecał-bedzie lepiej...niby czas jego pobytu mijał bez większych zgrzytów..nie można powiedzieć,ze normalnie,bo zmieniliśmy się,za długo nie jesteśmy ze sobą tak na codzień,mamy inne życia,inaczej podchodzimy do wychowania córeczki..no,ale tak nam minął tydzień urlopu męża,bo parę dni po nowym roku musiał wracać do pracy..mieliśmy do niego jechać na parę tygodni w marcu...
parę dni było dobrze:dzwonił do nas,pytał co u nas,wydawało sie,że rzeczywiście chce coś poprawić(nie mam internetu w mieszkaniu,więc mąż dzwoni do nas na skejpa jak jestem u rodziców w weekend)..ale niestety straciłam pracę,mam dużo wolnego czasu,wiec siedzę częściej u rodziców,zostajemy na noc(bo jakoś sama nie mogę sobie znaleźć miejsca w domu,a poza tym mam wiecej czasu na załatwianie różnych spraw w czasie kiedy dziecko mam w przedszkolu)
po jakimś tygodniu mąż coraz rzadziej do nas dzwonił,nie odbierał telefonów,nie oddzwaniał,tłumaczył,że nie ma czasu,bo ma drugą pracę i nie może mieć telefonu przy sobie(mąż pracuje w masarni,wiec może rzeczywiście..),jak mam pretensje,o to że nie odbiera telefonów,że gdyby coś sie stało nie miałabym jak się z nim skontaktować(bo dzwoni raz w tygodniu)-to ma do mnie pretensje,że wymyślam,że mam za dużo czasu,że nie umiem docenić ciężkiej pracy,że się czepiam,że ciężko ze mną wytrzymać..znowu zaczynają się kłótnie,mąż mi wyskakuje z rozwodem,że go przytłaczam,znęcam sie psychicznie itp... a ja zastanawiam sie czym go tak dobijam?że proszę o zainteresowanie,o to żeby w jakiś sposób był w naszym życiu(a nie tylko tym finansowym,że przyśle pieniądze na utrzymanie i mysli,że to wystarczy),żeby zadzwonił do dziecka ,powiedział "dobranoc",zapytał co robiła w przedszkolu,jak minął nam dzień i co on robił?żeby ,jeśli rzeczywiście chce coś zmienić na lepsze,to,żeby to pokazał,dał odczuć?
przez 3lata wyjazdów nie jest dobrze-proszę męża o zrozumienie,szacunek,zmiany na lepsze,bo szkoda mi dzieciństwa dziecka bez ojca,bo wiem,ze prezenty nie zastąpią czasu spędzonego razem,bo widze jak sie od siebie oddalamy...
jestem młoda,a mam tak wiele za sobą-zdradę męża,jego życie bez nas(2 tygodnie męża przy sobie,po 3-4 miesiącach samotności),brak zrozumienia,ciągły strach przed rozwodem,albo tym,że kolejny raz mnie zdradzi,bo dzieli nas tyle kilometrów,brak zrozumienia,szacunku..długo by o tym wszystkim pisać,ale nie mam już sił..płaczę za każdym razem...kocham swojego męża,dziecko,czy to źle,ze ma gdzieś pieniądze,byle tylko być razem,widzieć uśmiech dziecka,a nie tylko smutek w oczach?
wydaje mi się,że po zdradzie,rodzina na odległość nie ma sensu,że to czy rzeczywiście chce sie cos poprawić powinno sie pokazywać na codzień i mając rodzinę przy sobie,a nie będąc w domu 2 tygodnie i poświęcając jeden wieczór na rozmowę,myśląc ,ze to wszystko załatwi,wyjechać i odzywać się 2 razy w tygodniu...
po 3 tygodniach mój mąż mi napisał,że ma dość,że chce rozwodu,że nie da się ze mną żyć,że udaję..a ja tylko chcę,żeby przestał myśleć tylko o pieniądzach i był z nami,nieważne gdzie,bo po to się chyba zakłada rodzinę,ma dzieci-żeby je razem wychowywać,wspierać się,troszczyć...żeby zrozumiał,ze coś między nami się popsuło i trzeba to naprawić jeśli się jeszcze ma choćby odrobinę uczucia do drugiej osoby...
miałyśmy w marcu jechać do męża na parę tygodni z córeczką,ale temat sie jakoś urwał jak maż tylko pojechał za granicę...parę razy już byłam u niego jak tylko czułam,ze coś sie zaczyna psuć,wracałyśmy po miesiącu,potem po dwóch miesiącach mąż przyjeżdżał na urlop i tak było 3lata,ale dłużej tak nie chcę,bo wiem,że dziecko to odczuwa,nie ma poczucia swojego miejsca,domu,jest rozbite i tak naprawdę to nie życie...mam ochotę zamówić bilet w jedna stronę,jechać tam do niego,powiedzieć mu o przyjeździe parę dni wcześniej..ale w tej sytuacji już sama nie wiem czy to ma sens..z drugiej strony przeczekiwanie też nic nie daje..może któraś z was przeczyta to i mi coś doradzi..ja sama już nie wiem co robić....
ja również nie radzę sobie w ogóle.Zostałam sama z trójką małych dzieci.Czasem płaczę z bezsilności, czekam tylko na godz.20 aż dzieci pójdą spać.Kocham ich najbardziej na świecie ale czasem mam już dość...Męża nie ma prawie rok, nie ma możliwości przyjechania na chwilę.Powiedział że nie chce wracać póki nie zarobi na tyle byśmy mogli godnie żyć.A ja czuję pustkę, nic więcej..Tak bardzo oddaliliśmy się od siebie, nawet nie mamy już o czym ze sobą rozmawiać a rozmawiamy bardzo rzadko...jestem załamana
apetyt rośnie w miarę jedzenia,niestety..u mnie też sie zaczynało do braku tematu do rozmów,a jest ich wiele jak sie chce;jak minął dzień,twój ,jego,co sie czuje,jak sobie radzi,nie radzi..u mnie tego zabrakło,a ja nie zauważyłam w którym momencie:(kasa dla mojego meża stała sie ważniejsza,zaczął mieć tam swoje życie,dla nas zabrakło w nim miejsca,az wreszcie nas zostawił:(
nie Życzę ci tego ANIU,wiec jeśli jeszcze widzisz światełko,to walcz,bo może być za pózno:(piszesz,że tych rozmów już jest mało..ty to zauważyłaś..wiec może zrób coś,żeby te rozmowy odrzyły..i nie pozwól,żeby mąż wykręcał sie,ze nie ma jak przyjechać,bo kasa ważniejsza..czasem tego co tracimy nie wynagrodzą żadne pieniądze!!
a poza tym widzę,że jesteś sama z obowiązkami,nie dajesz rady,to nie wstyd sie do tego przyznać mężowi,rodzinie..a może czas postawić na rodzine,a nie dorabianie sie kosztem życia rodzinnego?ja nie umiałam..przegrałam..może tobie sie uda:)życzę ci tego..bo każde dziecko zasługuje na pełną ,szczęśliwą rodzinę,a każda kobieta na miłość,męża przy sobie:)
witam wszystkie słomiane wdowy
jestesmy małżeństwem od 12 lat ...
tak sie skąłda że znam to życie za wypłatę polską i zachodnią...
od razu po slubie byliśmy na swoim , ja nie pracowałam mieliśmy małą córeczkę , mąż szedł do pracy o 5 rano wracał o 20.. tyle go było.. chciał , widziałam ze przeżywa , że czuje że czas mu ucieka.. zarobki marne ,, często się kłociliśmy , jego zmęczenie , moja frustracja i tak jakoś ciągneliśmy ...
po 2 latach z firmy jechał na kontrakt za granicę , był w domu co tydzień , dwa... na weekendy ..
córeczka płakała , ja płakałam , ale wiedziałam ze to czemuś ma służyc..
powoli sie oswajaliśmy ztą sytuacją.. pojawiły sie większe finanse , większe możliwości i my co moze dziwne bardzo sie do siebie zblizylismy.. teskniliśmy do siebie bardzo..
i tak to trwało..
pózniej zmiana kraju , jazda po europie , Francja , pózniej Norwegia .. gdy pracował w Norwegii dokładnie 5 lat temu sytuacja między nami była rewelacyjna.. chyba nie kochaliśmy się tak przed ślubem... nagle zaczeły pojawiać sie słowa na temat drugiego dziecka .. ja sie bałam czy dma radę on tam ja tu.. ale po 9 miesiacach powitalismy na swiecie slicznego synka ..
mąż pracował w systemie rotacyjnym 4 tygodnie tam , 2 tygodnie z nami:)
nie było mi łatwo , przyleciał na porod i pojechał gdy synek miał tydzień a przyjechał gdy miał miesiąc...
córeczka już uczennica , lekcje , gotowanie.. szczerze powiem że gdyby nie mama padłabym ..
pózniej znowu Niemcy , pózniej Anglia.. pojechaliśmy do meza na miesiąc na wakacje i było REWELACYJNIE zorganizował nam tak czas że nigdy tego nie zapomnimy:):)
mieszkaliśmy w pieknym wielkim domu z pięknym ogrodem , grilowaliśmy , było idealnie:)
teraz mąż też jest w Niemczech , jest w domu co tydzień.. powiem wam ze fakt przywyklismy do tej sytuacji , gdy wraca to jakby było święto czasami to mnie wręcz smuci.. ale zaraz to sobie tłumaczę.. przeciez był w kraju , zarabiał marnie , ciągłe sprzeczki , sytyacja była tak napięta ze rozwód wisiałw powietrzu..
teraz mam go na gg lub innym komunikatorze , ale co tydzien do dyspozycji , bardzo sie kochamy , szanujemy , staramy sie oboje...
zawsze sobie myslę w chwilach zwątpienia że zdradzić moze wszedzie jadąc do pracy , idąć z psem na spacer..
co przeznacozne to rozkraczone..
teraz się ciesze bo będzie w domu w piatek i az 4 dni:):)
więc dziewczynki uszy do góry dacie radę , wazne żeby sie nie pogubić co dla kogo jest ważne i wspólnie pchać ten wóz:):)
Hej ja też jestem w takiej sytuacji jesteśmy po ślubie 7 lat w tym roku minie mamy dwójke dzieci synka 6 lat i córeczkie 2,6 mieśiesiecy jak do tont dobrze na m się żyło i układało rok temu mąż wyjechał do pracy za granice a ja zostałam sama z dwójko dzieci jak do tej pory dawałam sobie sama rade ale teraz to już nie daje se rady wszystko mnie złośći i denerwuje ponieważ bardzo tęsknie za nim i dzieći za tato tęsknio prosze męża żeby wrócił już na stałe do polski to on mnie tylko zbywa i obiecuje że wróci już nie długo minęłą 3 mieśiące i nadal
nie wraca mówi że nie może tak żucić pracy a ja już sama nie wiem co mam myśleć i robić strasznie kocham swojego męża i bardzo za nim tesknie i nasze dzieci pomóżci mi jak mam to wszystko znieść i przetrwac do męża powrotu do domu może jest ktoś kto ma taką sytuacje jak ja
kamcia28 a jak czesto twój mąż jest w domu??? w jakim kraju pracuje???
wiesz ja nie biorę nigdy takiej opcji zeby meza nie było w domu dłuzej jak na miesiąc.. dłuzej nawet nie wchodiz w grę.. moim zdaniem powinnaś poważnie z meżem porozmawiać , powiedzieć o tym ze np powinien byc w domu co 2 tygodnie , miesiąc... mój mąż tez sobie nie wyobraża dłuższej rozłąki...
trzymam kciuki:):)
Ja tez bylam w takiej sytuacji przez prawie dwa lata maz wyjechal przyjezdzal co miesiac czasem co dwa na kilka dni .Na poczatku bylo bardzo ciezko placz po nocach i wogole wszystkie obowiazki spadly na mnie ,mamy dwoje dzieci , po pol roku bylo juz latwiej , troche sie oswoilam z taka sytuacja chociaz ciagle bardzo tesknilam najgorzej bylo jak byly choroby czy problemy wtedy najbardziej brakowalo chocby przytulenia. przetrwalismy maz nas sciagnal do siebie po dwoch latach i na poczatku fantastycznie znowu razem ale szybko sie okazalo jak czas zmienia ludzi od nowa musielismy sie uczyc bycia ze soba . On byl sam wiec wiadomo koledzy alkohol , przy mnie musial troche zluzowac niestety zaczely sie klotnie i kolejne pol roku bylo ciezko na szczescie udalo sie isc na kompromisy jednak juz nie jest tak jak kiedys i juz nigdy nie bedzie.
Witam
Ja również nie radzę sobie z samotnością po wyjeździe męża. Jesteśmy niecały rok po ślubie, nie mamy dzieci, jest mi bardzo ciężko. Wszyscy dokoła mówią "przyzwyczaisz się", a ja mam wrażenie że z każdym jego wyjazdem (to już 2 wyjazd od ślubu), z każdym dniem jego nieobecności jest gorzej
. Nie mam ochoty rano wstać łóżka i iść do pracy, nie chce mi się nic robić w domu, wszelkie prace wykonuję z wielkim trudem. W nocy nie mogę spać bo myślę o mężu. Najgorsze jest to, że oboje nie wiemy kiedy przyjedzie. Jedyne co wiem to to, że na święta będziemy razem, ale do świąt jeszcze tak daleko. Próbowałam spotykać się z przyjaciółmi, ale wiadomo - każdy ma swoją rodzinę, obowiązki, każdy jest zabiegany więc nie zawsze ma czas. Poza tym mam dość pytań "kiedy wróci twój mąż?" (często reaguję na nie płaczem). Mąż dzwoni do mnie codziennie i miło jest usłyszeć go chociaż przez chwilkę,ale z drugiej strony zawsze po takiej rozmowie czuje jeszcze większą pustkę i smutek. Nic nie jest jak dawniej,powoli przestaję radzić sobie z najmniejszymi kłopotami, które urastają do rangi wielkiego problemu. Brak mi motywacji do jakiegokolwiek działania, nawet coraz ładniejsza pogoda przestała mnie cieszyć.
Odliczam dni do jego przyjazdu i mam nadzieję że wróci wcześniej niż kilka dni przed świętami (jednak i ta nadzieje gaśnie powoli) ![]()
Nie rozumiem tego, mąż wyjechał, tęsknicie, płaczecie ..dlaczego po prostu nie pojedziecie z nim? Czy to naprawdę takie trudne? Niemożliwe, bo w Polsce zostaje mama, ciocia, babcia i Bóg wie kto jeszcze? Jeśli naprawdę ten człowiek jest dla was najbliższy to jest jedyne wyjście. Przestańcie jęczeć, zapakujcie graty, a jeśli nie, to przygotujcie się na rozpad rodziny.
Witajcie ja z mężem od 4 lat jesteśmy w rozłące co prawda przyjeżdża co 2-3 miesiące ale to i tak rozłąka jest i jakoś dajemy rade Pozdrawiam
Zbuntowana żono, jakbym czytała o sobie:( Mam te same problemy, dylematy, coraz częściej jest mi źle. Ktoś tu napisał, że biadolimy zamiast spakować siebie i dzieci i wyjechać. To byłoby wyjście, faktycznie, ale czasami się nie da. Mój facet np. nie chce, mówi, że kocha Polskę i chce wracać jak najczęściej (czyli jak dotąd co 6-8 tyg.), przyjeżdża na tydzień, dwa, jest jakby gościem w domu, musimy się dostosowywać so siebie i swoich przyzwyczajeń, by potem znowu uczyć się samotności...Nie sluży ona milości, o nie, żaden skype czy telefon nie da tego , co daje obecność na co dzień, wspólne wychowywanie dzieci, rozwiązywanie problemów i wspolne życie. Tak więc jest to raczej życie osobno, pieniądze rządzą, nie ma co ukrywać...Jak długo tak można? U mnie najgorsza jest perspektywa całego życia, jeśli będzie praca, on będzie tam. Mnie najbardziej brakuje tej wspólnoty, przyjaźni, nie dostanę tego od żadnej przyjaciółki, to nie to tamo.
Żyję tak już ponad 2 lata, czuję upływający czas, mijającą młodość, wpadam w złe nastroje od czasu do czasu i zastanawiam się jak to robią żony marynarzy...podziwiam takie rodziny bardzo.Sama miałam ojca marynarza i pamiętam niesamowitą tęsknotę i oczekiwanie na tatę, radość z jego krótkich pobytów...I jego słowa kiedyś, jak byłam juz nastolatką "Nie zauważyłem jak dorosła", nigdy potem nie było już normalnego kontaktu, bliskiego i takiego jaki powinien być.
Tak więc myślę, że my kobiety rozkwitamy i spełniamy się z dobrym mężczyzną u boku, same niekoniecznie. Smutne czasy, które zmuszają naszych facetów do wyjazdów i przyzwyczajają do życia gdzie indziej...
jesteśmy z mężem też w takiej sytuacji. rozdarci między dwoma krajami. łatwo jest mówić bierz mamatki i jedż za mężem. u nas jaest tak że mąż raz jest w jednym miejscu raz w drugim więc nie bardzo wyobrażamy sobie ciąganie tak dzieci. czy sobie radzimy raz tak raz nie. jest ciężko. sama z dwójką pociech dom na mojej głowie. ale tak zdecydowaliśmy. mieszkamy w małej miejscowości. mąż jako fachowiec branży metalowej zarabiał tu grosze. wystarczało dopóki nie urodził się syn i w wyniku błędu lekarskiego okazało się że będzie musiał być pod stałą opieką co najmniej 4-ro letnią lekarzy różnych specjalizacji. wykluczyło to również mnie z tzw rynku pracy. decyzja wspólna mąż pojechał. i wiecie co po części już nam lepiej. on nie dobija sie tym że trzeba kupić małemu leki i spcjalne buty że starsza idzie do przedszkola, że idzie zima i trzeba kupic opał i ubrania. ja nie martwie się tym że on gnębi się brakiem gotówki. i paradoksalnie teraz mamy więcej zrozumienia dla siebie i czasu tylko dla siebie.