To ja się odniosę do mojego posta i twojej odpowiedzi, bo pozostałych jest za dużo, żebym dała radę. Co nie znaczy, że nie przeczytałam. I słuchaj, ja tam jestem po twojej stronie. 
2. Sztucznym maczo ... w sumie może coś w tym jest? Zawsze byłem niestety bardzo wrażliwy i uczuciowy. Będąc nieśmiałym tłumię to jednak w sobie. Bo co, mam płakać, jak mi źle? Cierpię, ale nikomu tego nie okażę bo uznaję to za słabość, tak to po prostu jest. Tak zostałem wychowany. Chłopaki nie płaczą ani się nie żalą, nawet jak wewnątrz cierpią. Nie wiem co ma do tego fałsz, trochę tutaj mylisz pojęcia. Miałem niszczącą samoocenę chorobę, bolało mnie to w cholerę, ale nigdy nikomu nie płakałem, nie mówiłem jak to mi źle, bo uważałem - sam dla siebie, nie żeby się przypodobać - że jestem facetem. Nie wiem czy robiłem słusznie, czy nie, na pewno niczego to nie zmieniło. Jednocześnie wzmagało się u mnie poczucie niesprawiedliwości, bo byłem twardy, a niektórzy ludzie oceniali mnie jako mięczaka, bo byłem nieśmiały. Wzmagało się przez to u mnie trochę takie poczucie niesprawiedliwości.
"Chłopaki nie płaczą ani się nie żalą" No ale czemuuuuuu?
Ekhm.
O co mi chodzi - "uważam że jestem facetem -> faceci nie płaczą -> nie wolno mi płakać" to jedna z największych tragedii, jakie przytrafiają się chłopcom w naszym pokoleniu. To, że coś cię rusza, wzrusza, boli - to znaczy, że jesteś człowiekiem. To, że coś cię przerasta, to znaczy, że potrzebujesz wsparcia, jak każdy inny człowiek na ziemi. I wiem, że wmawia nam to społeczeństwo, że płaczący facet to mięczak (że taki facet to BABA, jakby bycie kobietą było strasznie obraźliwe i w ogóle fuj). I że taki, który przeżywa i cierpi to do niczego się nie nadaje. Każdy chłopak zmaga się z tym bagażem, bo podejście jest wszechobecne, głęboko zakorzenione w kulturę i bezmyślnie powtarzane z pokolenia na pokolenie. Trudno z tym walczyć. Ba, w ogóle trudno zauważyć, że jest z czym walczyć. A ja - i nie tylko ja - mówię, że to obłuda. Nie z twojej winy, właściwie z niczyjej, ale mimo wszystko jest to maska, której za nic w świecie mężczyźni nie chcą zdejmować. To, że mężczyznom odbiera się metody radzenia sobie z cierpieniem (przegadanie, przepłakanie, pogadanie i tak dalej) powoduje, że cierpienie tylko się kumuluje, narasta, jątrzy się. Nie piszę tu o żadnym zarzucie do ciebie, stwierdzam, że tak jest, że istnieją takie przeświadczenia i że są one krzywdzące. Naprawdę, gdyby poświęcić ten czas (który marnuje się na pielęgnowanie stereotypów, zaprzeczanie uczuciom, zamiatanie ich pod dywan, wyśmiewanie uczuciowych dzieci) na uczenie dzieciaków - chłopców, dziewczyn, innych - jak konstruktywnie radzić sobie z emocjonalnie trudnymi sytuacjami, żylibyśmy w pięknym kraju.
Także ja polecam zrozumienie, jakie masz w sobie uczucia, nazwanie je i rozmawianie o nich z tymi ludźmi, których te uczucia dotyczą. To LECZY.
3. Powiem tak, myślę, że jakbym miał w życiu odpowiednie wsparcie, to osiągnąłbym więcej na pewnych płaszczyznach. Związek potrafiłby mi dać motywacyjnego kopa do przodu i sam w sobie byłby wsparciem. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wiem to, że tak by było. W każdej chwili wiedziałbym, że ktoś gdzieś tam jest, ktoś, na kim mi zależy i z wzajemnością. I to już jest wystarczające wsparcie. Nie mówię o wiecznym klepaniu po pleckach i byciu traktowanym jak dzieciaczek przez dziewczynę, jak wielu ma w zwyczaju.
Ja nie wiem, czy by tak było. Wiem, że wielu ludzi tak myśli - i się dosyć tragicznie myli, rozczarowuje się. "On miał być moim spełnieniem marzeń" "dzięki niemu miałam się zmienić". Widzę łódkę, która ledwo, ledwo co płynie (*na pewnej płaszczyźnie). Dołącza się do takiej, co płynie. Obawiam się, że po połączeniu, obie mogą pójść na dno.
Wiem, że chodzi ci o wsparcie. Czy naprawdę do tego potrzebujesz dziewczyny? Jak dla mnie na to miejsce lepiej pasuje przyjaciel lub przyjaciółka.
Mnie się wydaje, że rolą dziewczyny jest trochę coś innego, że ta relacja ma coś innego na celu - budowanie intymności, zażyłości, bliskości fizycznej, emocjonalnej, wspólne planowanie przyszłości, domu, rodziny, budowanie siebie nawzajem. A nie dawanie kopa i inspiracji do zmieniania siebie.
4. W tym aspekcie raczej do swojego podejścia nie mam nic do zarzucenia. Nie podchodze jednak na zasadzie materiał czy nie materiał, tylko z góry widzę, że fajna dziewczyna z wyglądu, albo przeciętna, albo słabsza. Chyba nic w tym dziwnego.
A gdzie miejsce na "poznajmy się, a nuż po 3 miesiącach znajomości okaże się, ze pałam do niej uczuciem, które musiało się rozwinąć"? Ktoś tu wyżej już powiedział, to co miałam na myśli. Klio trafnie to opisuje. Może ty tak masz, że po 5 minutach potrafisz ocenić, czy coś między wami rozkwitnie czy nie. Moim zdaniem część kobiet (w tym ja) ma tak, że potrzebuje czasu na poznanie faceta, na pogadanie, zaprzyjaźnienie się, nawet na spotkania w większym gronie, gdzie mogę faceta zobaczyć ale bez tego nacisku "będzie chłopak czy nie będzie chłopak?" Tak zwyczajnie, niektórzy oswajają się dłużej. Jeśli nie robisz miejsca w swoim życiu właśnie na tę pośrednią kategorię pomiędzy "może być moja" "nie może być moja" to trudno tak po prostu poznać ludzi. (Zakładam, że skoro już kategoryzujesz kogoś "może być moja" to zachowujesz się wobec niej inaczej, a gdy kategoryzujesz jako "nie może być moja" to w sumie nie jest ci potrzebna i nie starasz się nawiązywać bliższej relacji). Czy widzisz, że można to postrzegać jako zachowanie, które ogranicza twoje szanse?
5-6. No a jaki cel miało właściwie kontynuowanie tamtej znajomości? Widziała, że jestem nieśmiały, pomagaliśmy sobie, to nawet na koniec nie mogła przyjąć mojego zaproszenia. Uznałem, że najwyraźniej w świecie myliłem się co do oceny naszych relacji i tak naprawdę nawet za mną specjalnie nie przepadała. Potem natrafialiśmy na siebie jeszcze, były jedna-dwie fajne rozmowy jak poprzednio, a tak to ewidentnie obojętne podejście z jej strony. Za jednym razem nawet w ewidentny sposób antypatyczne. Ja mam tak że się zachowuję tak, jak ktoś w stosunku do mnie. Jak ktoś jest dla mnie w porządku, to ja będe dwa albo trzy razy bardziej w porządku. Nie oszukujmy się, tak jest na świecie. Od razu możemy przejść do następnego wątku, dlaczego takie podejście "coś za coś" uważasz za dziecinne? Bo tak szczerze piszę? Popatrz dookoła, czy tak się nie dzieje na świecie, że odwdzięczamy się pięknym za nadobne? Naprawdę na świecie wszyscy się z każdym kochają? Skąd się biorą takie antypatie - właśnie z nieporozumień, ktoś kogoś uraził, nie przypadł komuś do gustu i ten drugi też na swój sposób się "mści". Jakby ktoś Cię opluł, nie miałabyś choć przez sekundę myśli, aby mu oddać? Albo jak Ci ktoś coś ukradł? Nie bądźmy takimi stróżami moralności, człowiek ma jakieś słabości i niekiedy ma dosyć bycia robionym w ... balona.
Do podrywaniu zajętych już się nie odniosę bo mówiłem, że to tylko takie moje myślenie, ale w rzeczywistości pewnie nie będę tak robił.
To samo, co przy 4. Część kobiet - nie mówię, że wszystkie - nie jest w stanie określić od pierwszego wejrzenia, czy coś będzie z tego, czy nie będzie. Potrzebują czasu na zaznajomienie się i tak dalej. Ja wielokrotnie zdziwiłam się, gdy odkryłam, że facet, który jeszcze miesiąc temu mnie nie w ogóle pociągał, przy bliższym poznaniu jest kimś, z kim chciałabym się związać. Więc na początku na pewno bym go spławiła - bo wtedy nie był na tyle interesujący, na tyle znajomy. A po jakimś czasie w mojej głowie zbudował się pełniejszy obraz - i z nim przyszła ochota na bliższą relację.
Poznawaj dziewczyny, daj się poznać.