Pig-headed, Infinity mam wrażenie, że czytam o sobie.
Nawet nie ma sensu przywoływać mojej historii bo brzmi praktycznie identycznie.
Kochany, troskliwy, ale kompletnie bezradny życiowo z bardzo niską samooceną. Jestem w tym związku bo łudzę się, że coś się zmieni.
Jedyna różnica jest taka, że jesteśmy razem krócej (ponad rok, z czego pierwsze 8 miesięcy na odległość).
I dziś po tych godzinnych rozmowach, wielkich refleksjach i mobilizacjach K. zaczęło irytować moje rady. Mówimy tu o radach odnośnie życia zawodowego, bo K. nie pracuje i zawodowo nigdy nie pracował. Studia skończył 3 lata temu i od tego czasu pomagał rodzicom prowadzić gospodarstwo rolne. Tego zajęcia nie lubił i nie wiązał z nim przyszłości. Przez te trzy lata popdła w marazm, miał do siebie mnóstwo pretensji o zmarnowany czas, niewykorzystane szanse, itd.
Nie miał pojęcia jak zabrać za poszukiwania pracy i jak cały proces wygląda (CV, list, wysyłanie, rozmowa kwalifikacyjna).
K. przyznał, że na początku było mu to bardzo pomocne i wiele się nauczył i jest wdzięczny, ale dziś nie chce, żebym ingerowała. Woli po swojemu. Te słowa przyjełam z euforią (skrywaną) i mam nadzieje, że wreszcie coś się ruszy.
Bo przez cały okres trwanaia naszego związku czuję się jak terapeuta: pocieszam, tłumaczę, wyszukuję plusy, mobilizuję, docieniam, rozumiem. A w głowie usprawiedliwiam i mocno pracuję nad tym, żeby dobrze o nim myśleć. I z moimi problemami, watpliwościami zostaję sama i czekam dnia, kiedy bedziemy partnerami.
Podobne tematy
Ingaa, jak Twoja sytuacja? Wybacz, ale jakimś cudem nie widziałam wcześniej Twojego posta, i potraktowałam temat jako zamknięty.
Czy coś jak pisałaś "ruszyło"?
U mnie właściwie tak jak było, jeśli chcesz zajrzyj do wątku http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php?pid=1636250#p1636250. W każdym razie jesteśmy razem, ale ostatnio mam wrażenie, że chyli się to ku końcowi, bo przestaję wierzyć w to, że los się nagle odmieni. A moje oczekiwania też się nie zmienią...