netkobietyWszystkie działy
Miłość, związki, partnerstwo

Kochany, ale niezaradny...

67 odpowiedzi25 357 wyświetleńzałożony przez pig-headed, 17.05.2012

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Kochany, ale niezaradny...

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 65 z 68 ]

1

Temat: Kochany, ale niezaradny...

Witajcie net-dziewczyny i net-chłopaki smile Zarejestrowałam się, bo śledzę forum od czasu do czasu, a nadszedł moment, kiedy potrzebuję Waszej rady...
Jestem z moim chłopakiem ponad 2 lata, oboje jesteśmy po dwudziestce, od pół roku mieszkamy razem.
Ja jestem energiczna, uparta i wymagająca - i od siebie, i od innych. Wiem, że jestem dominującą osobowością, i to na pewno w duży sposób determinuje nasze relacje. On - spokojny, wyważony. Kochany chłopak, taki nie z tej epoki: czuły, troskliwy, dbający... Problem w tym, że niezaradny, a trudnych sytuacjach reagujący nieracjonalnie, wpadający w panikę...
Pytanie brzmi - czy mając tak diametralnie różne osobowości, będziemy potrafili satysfakcjonująco dla nas obojga ułożyć sobie życie? Ja marzę o mężczyźnie, nie o chłopcu, którego będę pocieszać, i pełnić funkcje przyjacielsko-rodzicielsko-terapeutyczne... Potrzebuję partnera, a nie dziecka do wychowywania... Myślicie, że to etap, z którego wyrośnie, czy też element jego osobowości? On ma trudności z podejmowaniem decyzji, z koncentracją... wiadomo, początki samodzielności są trudne, sama przez to przechodziłam, ale - no właśnie - nie użalałam się nad sobą tylko parłam naprzód... wiem, że nie mogę oczekiwać od niego tego samego, jest innym człowiekiem, ale boli mnie i martwi jego niezdecydowanie i niezaradność... tym bardziej, ze sam na tym cierpi...
Nie wiem, czy coś zrozumieliście z mojej wypowiedzi, jest dość chaotyczna i abstrakcyjna - ale chciałabym poprosić Was o pomoc w ocenie sytuacji, bo potrzebuję spojrzenia z dystansu. Jeśli potrzebujecie więcej konkretów - czekam na pytania.

Z góry dziękuję i pozdrawiam smile

2

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Moja subiektywna odpowiedź:
Oboje dopiero wkraczacie w dorosłe życie. I to zderzenie się z rzeczywistością Was zmienia/zmieni. Twój chłopak też najprawdopodobniej się zmieni - kwestia cierpliwości. Jednak czasem obserwuj w trudnych sytuacjach jak się w nich znajduje. Czy się uczy, czy zmienia się. Na to potrzeba czasu... Podejrzewam, że pochodzi z domu, gdzie w większości spraw był ...wyręczany, że jest jedynakiem, lub najmłodszym z rodzeństwa... Spokojnie, dorośnie do roli mężczyzny w związku. Poczekaj...

3

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pig-headed napisał/a:

Pytanie brzmi - czy mając tak diametralnie różne osobowości, będziemy potrafili satysfakcjonująco dla nas obojga ułożyć sobie życie? Ja marzę o mężczyźnie, nie o chłopcu, którego będę pocieszać, i pełnić funkcje przyjacielsko-rodzicielsko-terapeutyczne... Potrzebuję partnera, a nie dziecka do wychowywania... Myślicie, że to etap, z którego wyrośnie, czy też element jego osobowości?

Pytania, ktore zadaje sobie codziennie, patrzac na mojego A. big_smile Jedyne, co mozemy zrobic, to czekac na magiczna zmiane, kiedy to z chlopcow, zmienia sie w prawdziwych mezczyzn tongue
Jakos tak to jest, ze zawsze trafialam na "slabszych" od siebie. Slabszych pod wzgledem osobowosci. My silne babki chyba przyciagamy takie "ciamajdy" zyciowe wink

Powodzenia! big_smile

4

Odp: Kochany, ale niezaradny...

dzięki za szybką reakcję smile Kosmiczny Nick, Loveaellie - mam nadzieję, że macie rację! Z drugiej strony - nie sądzicie, że to właśnie ten etap, etap przejściowy, go kształtuje? w związku z czym i "przemiana" powinna zaczynać się mniej więcej w tym momencie? wiadomo, to duże uproszczenie, ale mam nadzieję zrozumiecie, co mam na myśli...

5

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Tak, to prawda silne kobiety przyciągają takich mężczyzn! Dacie radę, na pewno, jesteś silna, on troskliwy, nie z tej epoki jak piszesz...tylko nie uciekaj, bo będziesz żałować, jak ja... takich mężczyzn jest coraz mniej, więc stawiaj na swoim, mów mu o wszystkim, zwracaj uwagę na to co Ci się nie podoba i nie bądź ciepłą kluchą wink, na pewno za jakiś czas ośmielisz jego wnętrze, zobaczy, że nie ma kogoś kto go wyręczy, zacznie działać...ja taka nie byłam, byłam ciepłą kluchą i dlatego uciekłam.. nie trać szczęścia wink to dopiero początek!

6

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Nie chcę od niego odchodzić, ale czasem - właściwie dość często - przeraża mnie jego bezradność wobec świata, bezbronność, bierność... Próbuję go mobilizować, ale to daje krótkotrwałe, albo żadne, efekty sad

7

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Nie, faceci się nie zmieniają. Można zmienić szczegóły, ale jak ktoś jest życiową ciamajdą i chłopcem nie potrafiącym podejmować decyzji to nie zmieni się w zaradnego życiowo i pewnego siebie mężczyznę.

Niestety, ale w większości wypadków nasz rozwój kończy się na nauce korzystania z kibla. To o czym piszesz, to są podstawowe cechy, z gatunku twardych - niezmiennych. Można ze smutaska zrobić osobę uśmiechniętą. Z marudnej i upierdliwej - energiczną i optymistyczną, bo wystarczy znaleźć odpowiedni punkt nacisku (motywator) i środek do odreagowania frustracji/stresu. Jeśli jednak jesteście ze sobą już dwa lata i od pół roku mieszkacie razem, a nic się nie zmienia w tym temacie, to marne są szanse, że cokolwiek się zmieni. Skoro był i jest ciamajdą nie potrafiącą podejmować decyzji, to konieczność ich podejmowania i konieczność bycia samodzielnym nie jest motywatorem, ale dodatkowym czynnikiem stresu. Gdyby miał się zmienić, to zmieniłby się w ciągu kilku tygodni, ewentualnie pierwszych 2-3 miesięcy. A przynajmniej zmiana byłaby dla ciebie dostrzegalna. Tymczasem, twój post na tym forum sugeruje, że raczej mu się to pogłębia, ewentualnie nic się nie zmienia, co ciebie zaczyna drażnić.

8

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Jak dla mni najwazniejesz - czy on wie o tym, ze jestes z nim tylko dlatego, ze liczysz, ze on magicznie sie zmieni? Czy wie ktorych jego cech i zachowan nie akceptujesz? JEsli wie i sam nad soba pracuje, bo sam chce to zmienic to ok. Jesli nie wie, lub nie chce tego zmieniac, to marne widze szanse tgo, abys byla prawdziwie zadowolona z tego zwiazku.
Glownym motorem zwiazku nie jest "dopasowywanie sie" pod wzor partnera, ale wnoszenie swojej niezaleznej osobowosci jako wartosci samej w sobie, to stworzenie z dwu roznorodnosci jednej pelni, bo wlasnie ta roznorodnosc jest sila. A kazda zmiana nie moze  byc motywowana przypodobaniem sie partnerowi, ale wewnetrzna potrzeba "ulepszenia" siebie, a tym samym podniesienia jakosci samego zwiazku.

9

Odp: Kochany, ale niezaradny...
yoghurt007 napisał/a:

Skoro był i jest ciamajdą nie potrafiącą podejmować decyzji, to konieczność ich podejmowania i konieczność bycia samodzielnym nie jest motywatorem, ale dodatkowym czynnikiem stresu. Gdyby miał się zmienić, to zmieniłby się w ciągu kilku tygodni, ewentualnie pierwszych 2-3 miesięcy. A przynajmniej zmiana byłaby dla ciebie dostrzegalna. Tymczasem, twój post na tym forum sugeruje, że raczej mu się to pogłębia, ewentualnie nic się nie zmienia, co ciebie zaczyna drażnić.

Jest dokładnie tak, jak piszesz. Co prawda stara się, próbuje, bo wie, że te cechy - niezaradność, niezdecydowanie, bezradność - nie są cechami pożądanymi, zwłaszcza u mężczyzny. Niemniej efekty podejmowanych przez niego prób są bardzo marne, a kiedy tylko pojawia się najmniejszy choćby czynnik stresu - wraca do starych przyzwyczajeń i zachowań. Nocnalampko, on nie zmienia się pode mnie, a próbuje to robić, bo sam czuje, że zachowuje się sprzecznie ze swoim ideałem męskości

10

Odp: Kochany, ale niezaradny...

To faceci maja swój ideał męskości? Nigdy o czymś takim nie słyszałem...

11 Ostatnio edytowany przez pig-headed (2012-05-18 11:05:28)

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Naprawdę? nie wiesz jakim chciałbyś być partnerem dla swojej kobiety, jakim ojcem, synem, przyjacielem?

12

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Wiem jaki ja jestem i jaki chciałbym być, ale spersonalizowanego ideału jako takiego nie mam i nie słyszałem, aby jakikolwiek mój kumpel miał.

13

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Nie mówiłam o spersonalizowanym ideale, tylko o ideale jako takim - o wyobrażeniu mężczyzny doskonałego, do którego dążysz, jeśli pracujesz nad sobą

14

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Ja raczej tych cech, do których dążę, nie utożsamiam z płcią. Po prostu nie muszę. Wiem, że jestem mężczyzną, tak też się czuję i tak jestem postrzegany. Dla mnie to raczej dążenie do bycia lepszym człowiekiem.

15

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Ok. Mój chłopak ma jednak związany z płcią ideał, i o tym pisałam smile

16

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Innymi słowy mówiąc - ma kompleksy na tym punkcie.


Długo tak nie pociągnięcie, bo frustracja spowodowana jego życiową bezradnością będzie narastać w was obojgu. Jeśli się to nie zmieni, to z czasem przełoży się to na wszystkie inne płaszczyzny waszego związku.

17

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Wiem... Pytanie brzmi - co robić?

18 Ostatnio edytowany przez klarek (2012-05-18 12:33:04)

Odp: Kochany, ale niezaradny...

No nieźle. Generał w spódnicy smile Bez obrazy. A może po prostu daj sobie z nim spokój, skoro takie myśli już teraz ciebie nachodzą. A jak nie, to gdzie do diabła jest napisane, że facet ma być zaradny, przedsiębiorczy itd. A kobieta może być ciamajdą ? Pewnie często, byleby facet był zaradny. Więc ty bądź facetem w tym stadzie. Tylko nie zachowuj się tak, jak tu często panie na tym forum  piszą o swoich "zaradnych" facetach. Bo wtedy to się wasz związek na pewno rozwali za jakiś czas. A jak chcesz go zmieniać, to delikatnie. Delikatnie, bo inaczej spie..... sprawę. A jak brak ci cierpliwości, to odpuść sobie faceta i związek z nim. Poszukaj zaradnego, przedsiębiorczego to może będziecie równo sobie młotkami po głowach walić. A może stworzycie imperium.

19

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Zabawnie to napisałeś, uśmiecham się pod nosem po przeczytaniu Twojego posta smile chyba jednak nie do końca wczytałeś się w to, co napisałam - to mój chłopak sam uważa, że jest niezaradny, nie jest to tylko moje spostrzeżenie i moja do niego pretensja. Nie powiedziałam nigdzie, że kobieta może być ciamajdą, wręcz nie zgadzam się z tym - tzn. ja sama nie chciałabym taka być. Nie chcę, żeby on radził sobie dla mnie, tylko dlatego, że sam męczy się ze sobą. Staram się być delikatna i cierpliwa, ale to trochę wbrew mojej naturze, więc czasem nie jest łatwo. Ale próbuję smile

20

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Ja myślę, że jemu będzie się trudno zmienić. Przyzwyczajenia, które nabył przez lata nie znikną tak nagle. Oczywiście jak będzie się mocno starał to pewnie trochę sie zmieni. Jednak ja myślę, że facet po prostu albo jest ciamajdą, albo nim nie jest. To tak jak z kolorem włosów, zawsze można go zmienić, ale czy to znaczy, że brunet (po przemalowaniu) stanie się np. blondynem? Pewnie udawanym tak, ale co jakiś czas będzie musiał na nowo się farbować. To taka alegoria.
Myślę, że może to ty powinnaś w tym związku rządzić np. pracować, a on będzie się opiekował dziećmi i domem? Bardzo dużo osób tak robi, zwłaszcza na zachodzie. A jak potrzebujesz silnego mężczyzny to go po prostu zmień, bo ja sądzę, że on się mocno nie zmieni, po prostu ma taki charakter.
Osobiście uważam, że facet powinien dominować w związku i zachowywać się jak na niego przystało, a nie jak mała dziewczynka. Ale naprawdę jest dużo związków, gdzie role są zamienione i te małżeństwa naprawdę się układają i nie mają większych problemów. smile

21

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Nie odpowiadałby mi taki rodzaj związku, i nie chodzi o to, że nie chcę pracować, bo chcę, tylko o to, że chciałabym widzieć w moim partnerze mężczyznę raczej w tym tradycyjnym ujęciu (choć w innych dziedzinach życia zdecydowanie nie jestem konserwatywna, wręcz przeciwnie). Poza tym on też na pewno nie zgodziłby się na taki układ, bo - jak pisałam - sam ma baaardzo tradycyjne podejście do tematu. Najbardziej obawiam się tego, o czym obaj - Machetero i Yoghurt - wspominacie, a mianowicie tego, że on "taki jest" i może się starać, wyciskać z siebie siódme poty, ale będzie to dla niego tylko jeszcze większym powodem do frustracji, bo wciąż nie będzie spełniał moich oczekiwań... Może oboje tylko się łudzimy, że zmiana jest możliwa...

22

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pig-headed napisał/a:

dzięki za szybką reakcję smile Kosmiczny Nick, Loveaellie - mam nadzieję, że macie rację! Z drugiej strony - nie sądzicie, że to właśnie ten etap, etap przejściowy, go kształtuje? w związku z czym i "przemiana" powinna zaczynać się mniej więcej w tym momencie? wiadomo, to duże uproszczenie, ale mam nadzieję zrozumiecie, co mam na myśli...

Wiesz, rozmawialam dzis o tym dlugo z Mama. Tez sie zastanawialysmy, czy np. moj facet wyrosnie z tej dziecinnosci, czy juz sie nie zmieni. Ja ciagle mam nadzieje, ze majac te dwadziescia-kilka lat, nasze charaktery sie jeszcze caly czass ksztaltuja.
Dlatego nie zgodze sie (albo nie chce sie zgodzic) z tymi postami ponizej  - ze faceci sie nie zmieniaja.

Aczkolwiek text Yoghurt  "w większości wypadków nasz rozwój kończy się na nauce korzystania z kibla." mnie rozwalil big_smile

23

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Niestety, ale tak to wygląda i jako facet mówię jak jest. Może się starać, może próbować - ale frustracja i zniechęcenie będzie w nim rosło. A wiesz czemu? Bo ma swój wymyślony ideał. Ideał męskości, który bez strachu, bez stresu i bez wątpliwości podejmuje decyzje jak za pstryknięciem palcami. A tego nigdy w życiu nie osiągnie. Życie stawia przed człowiekiem wybory trudniejsze niż wybór gaci, gdzie to faktycznie prosta decyzja. Poważne decyzje niosące określone konsekwencje (najczęściej coś kosztem czegoś) zawsze będą budzić wątpliwości i zawsze będą stresować - podobnie jak goniące terminy rachunków do opłacenia. Odważny i zdecydowany nie jest ten, kto nie odczuwa strachu i podejmuje decyzje bez względu na konsekwencje, ale ten, który odczuwając strach i czując ciężar odpowiedzialności idzie przez życie realizując swoje cele i marzenia.


Ale tego twój facet jeszcze długo nie zrozumie. Nawet jeśli już mu ktoś już to mówił.

24

Odp: Kochany, ale niezaradny...

To może rzeczywiście go rzuć. Przecież nie będziesz się męczyć całe życie z mężczyzną, który ci nie odpowiada?  Naprawdę, nie łudź się, że on się mocno zmieni, może trochę tak. Sam jestem facetem i wiem jak to u nas działa. Może uda się jemu na jakiś czas zmienić swoje zachowanie, ale i tak wcześniej, czy później wróci do przyzwyczajeń. Poprostu my, mężczyźni tacu jesteśmy. Pomyśl co będzie za kilka lat, może będziecie się musieli rozwieść? Po co wiązać się uczuciowo i później cierpieć. Może porozmawiaj z nim i wytłumacz tą sytuację, powinien zrozumieć, że ty masz inne oczekiwania.
Naprawdę myślę, że w tym wypadku są tylko dwa wyjścia- albo go rzucić, albo zamienić się rolami, tj. wcześniej pisałem.
Ale i tak ostateczna decyzja należy do ciebie, może on jest inny niż większośc i się zmieni? Tego nie wiadomo. Ja tylko wiem po sobie, że niemógłbym za bardzo się zmienić, po prostu może jestem za leniwy? Albo zmieniłbym się a chwilę, a później i tak bym wrócił do przyzwyczajeń.
Decyzja należy do ciebie smile

25

Odp: Kochany, ale niezaradny...
loveaellie napisał/a:
pig-headed napisał/a:

dzięki za szybką reakcję smile Kosmiczny Nick, Loveaellie - mam nadzieję, że macie rację! Z drugiej strony - nie sądzicie, że to właśnie ten etap, etap przejściowy, go kształtuje? w związku z czym i "przemiana" powinna zaczynać się mniej więcej w tym momencie? wiadomo, to duże uproszczenie, ale mam nadzieję zrozumiecie, co mam na myśli...

Wiesz, rozmawialam dzis o tym dlugo z Mama. Tez sie zastanawialysmy, czy np. moj facet wyrosnie z tej dziecinnosci, czy juz sie nie zmieni. Ja ciagle mam nadzieje, ze majac te dwadziescia-kilka lat, nasze charaktery sie jeszcze caly czass ksztaltuja.
Dlatego nie zgodze sie (albo nie chce sie zgodzic) z tymi postami ponizej  - ze faceci sie nie zmieniaja.

Aczkolwiek text Yoghurt  "w większości wypadków nasz rozwój kończy się na nauce korzystania z kibla." mnie rozwalil big_smile

Wiesz, tu nie chodzi o niedojrzałość. W tym przypadku faceci rzeczywiście wyrastają z tego. Tu chodzi o ciapostwo i nieradzenie sobie w życiu. Czy nie sądzisz, że jest różnica pomiędzy szaleniem w młodości i zachowywaniem się niedojrzale, a niedorajstwem? Pomyśl logicznie, czy ten facet rzeczywiście się zmieni- przecież to jego charakter, a nie dziecinność. smile

26

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Mój były też był taką ciamajdą. Kilka przypadków: mieli wyrzucić go ze studiów - ja podyktowałam jemu podanie do dziekana. Miał załatwić praktyki - mówił "nie wiem jak to zrobić, jakie podania i gdzie." Z tym, że przez pierwszy rok spotkań powtarza: "pamiętaj kotek, ja zawsze mam rację." Później coś w nim pękło i wyszedł taki mały chłopczyk z karteczką: "przytul mnie." O ile na początku gdzieś wychodziliśmy, to później spędzałby najchętniej czas w moim pokoju, przytulając się. Widać było jego okropną niezaradność - 25 lat i jeszcze nigdzie nie pracował. Rodzice dawali mu jakieś pieniądze, ale niewiele. Prawo jazdy, po co? Przecież teraz nie opłacało się dojeżdżać na zajęcia. Nie ważnie, że później może się przydać.
Fakt, nikt mnie tak nie przytulał, całował i pieścił jak on. Ale tak był niezaradny życiowo, że zdecydowałam się odejść. Ja pracowałam, studiowałam jednocześnie. Planowałam różne wyjazdy, on nie nadążał za mną. Nie wiem co Ci doradzić, ale tak szczerze to taki związek nie ma szans.

27

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pig-headed napisał/a:

Zabawnie to napisałeś, uśmiecham się pod nosem po przeczytaniu Twojego posta smile chyba jednak nie do końca wczytałeś się w to, co napisałam - to mój chłopak sam uważa, że jest niezaradny, nie jest to tylko moje spostrzeżenie i moja do niego pretensja. Nie powiedziałam nigdzie, że kobieta może być ciamajdą, wręcz nie zgadzam się z tym - tzn. ja sama nie chciałabym taka być. Nie chcę, żeby on radził sobie dla mnie, tylko dlatego, że sam męczy się ze sobą. Staram się być delikatna i cierpliwa, ale to trochę wbrew mojej naturze, więc czasem nie jest łatwo. Ale próbuję smile

Hmm to jest nadzieja, skoro sam tak uważa. Gorzej gdyby był taki i tyle. Tak się zastanawiam, skoro zależy Tobie na tym związku. Może, no niestety Ty smile , rozejrzyj się za jakimś psychologiem dla niego ? Bo może się przełamie w końcu i zacznie być bardziej odważny, ale czy Tobie starczy cierpliwości ? A tak profesjonalisty go poprowadzi. No można jeszcze siekierką w łeb i wsadzić zielone jabłuszko. Podobno pomaga wink

Nie pamiętam wszystkich wątków. Ale czy on jest jedynakiem ?

28

Odp: Kochany, ale niezaradny...

On bardzo się stara, jak to powiedziała Małgorzatka - nadążyć za mną. Ja mam wciąż nadzieję, że on nie jest niedorajdą tak po prostu, tą "ciapą", o której cały czas piszecie, tylko faktycznie JESZCZE nie dojrzał... Przede mną właśnie stoi cały czas i nie chce zniknąć pytanie: czy to taki etap w jego życiu, czy też cecha osobowości...? Nie potrafię sobie na nie odpowiedzieć. Czasem ręce mi opadają i myślę, że to nie ma sensu, innym razem dostrzegam przemianę i rodzin się we mnie radość i nadzieja

29

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Przede wszystkim to powinnaś zdać sobie sprawę z faktu, że "taki etap" nie trwa pół roku. Pierwsze tygodnie, pierwsze 2-3 miesiące powinny go postawić na nogi jeśli miałby w sobie taki potencjał. Skoro mija pół roku i nie za bardzo coś się zmienia, no to po prostu on taki jest i tego nie zmienisz.

30

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Hmm, nie wiem... myślisz, że dojrzewa się w 2-3 miesiące?

31

Odp: Kochany, ale niezaradny...

To nie ma nic wspólnego z dojrzewaniem. Tu chodzi o potencjał. Jak ktoś umie odnaleźć się w nowej sytuacji to nie potrzebuje dużo czasu, aby się zaadaptować. Jeśli zaś tego potencjału nie ma, to możesz czekać i czekać, ale te same problemy będą pojawiać się regularnie i cyklicznie. Pomożesz mu ty, bo coś załatwisz za niego, albo powiesz mu co ma robić, innym razem kto inny. Wydawać się będzie - jest OK. Pojawi się ponownie podobna sytuacja za jakiś czas i on znowu nie będzie wiedział co ma robić.

Początki są trudne...ale początki. Po pół roku nie można powiedzieć, że to "początek". Ktoś, kto ma zadatki na zmiany to w trudnej sytuacji nie wpada w panikę, ale zapyta kogoś bardziej doświadczonego lub poprosi o pomoc skoro samemu nie daje rady. Ale żeby w panikę wpadać i reagować nieracjonalnie?

32

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Po pierwsze możesz podać przykład z życia, w którym wg. ciebie, twój chłopak był niezaradny ? Bo po przeczytaniu tematu mam wrażenie, że trochę o powietrzu rozmawiamy.

33

Odp: Kochany, ale niezaradny...
klarek napisał/a:
pig-headed napisał/a:

Zabawnie to napisałeś, uśmiecham się pod nosem po przeczytaniu Twojego posta smile chyba jednak nie do końca wczytałeś się w to, co napisałam - to mój chłopak sam uważa, że jest niezaradny, nie jest to tylko moje spostrzeżenie i moja do niego pretensja. Nie powiedziałam nigdzie, że kobieta może być ciamajdą, wręcz nie zgadzam się z tym - tzn. ja sama nie chciałabym taka być. Nie chcę, żeby on radził sobie dla mnie, tylko dlatego, że sam męczy się ze sobą. Staram się być delikatna i cierpliwa, ale to trochę wbrew mojej naturze, więc czasem nie jest łatwo. Ale próbuję smile

Hmm to jest nadzieja, skoro sam tak uważa. Gorzej gdyby był taki i tyle. Tak się zastanawiam, skoro zależy Tobie na tym związku. Może, no niestety Ty smile , rozejrzyj się za jakimś psychologiem dla niego ? Bo może się przełamie w końcu i zacznie być bardziej odważny, ale czy Tobie starczy cierpliwości ? A tak profesjonalisty go poprowadzi. No można jeszcze siekierką w łeb i wsadzić zielone jabłuszko. Podobno pomaga wink

Nie pamiętam wszystkich wątków. Ale czy on jest jedynakiem ?

Nie jest jedynakiem, nie jest też najmłodszym, wychuchanym dzieckiem. Psycholog... tak, ja też o tym myślałam, na początku tylko w kontekście jego problemów z wyborem zawodu, później już tak ogólnie...
chyba zdecyduję się na zielone jabłuszko wink

34

Odp: Kochany, ale niezaradny...
krewzalewa napisał/a:

Po pierwsze możesz podać przykład z życia, w którym wg. ciebie, twój chłopak był niezaradny ? Bo po przeczytaniu tematu mam wrażenie, że trochę o powietrzu rozmawiamy.

Dokładnie takie samo odniosłam wrażenie.

Piszesz : niezaradny... niedojrzały..
Czasem, kiedy jest problem w związku- warto przyjrzeć się najpierw samemu sobie. Może to, co Ty nazywasz zaradnością i parciem naprzód w jego oczach nie ma aż takiego znaczenia.
Czy Twój chłopak każe Ci się sobą opiekować? Czy to Ty nachalnie go wyręczasz we wszystkim, a potem myślisz jak to On sobie nie radzi.. ?
Każdy z nas jest inny. Jedni podejmują decyzje szybciej inni wolniej i często zupełnie inne - nie lepsze, ani nie gorsze - tylko po prostu inne wink Brak reakcji również bywa najlepszą reakcją na sytuację.

Opisz coś więcej, podaj przykłady jego niedojrzałości - to będzie można wyłuskać o co tak dokładnie chodzi w Twoim związku.

35

Odp: Kochany, ale niezaradny...
alfaalfa napisał/a:
krewzalewa napisał/a:

Po pierwsze możesz podać przykład z życia, w którym wg. ciebie, twój chłopak był niezaradny ? Bo po przeczytaniu tematu mam wrażenie, że trochę o powietrzu rozmawiamy.

Dokładnie takie samo odniosłam wrażenie.

Piszesz : niezaradny... niedojrzały..
Czasem, kiedy jest problem w związku- warto przyjrzeć się najpierw samemu sobie. Może to, co Ty nazywasz zaradnością i parciem naprzód w jego oczach nie ma aż takiego znaczenia.
Czy Twój chłopak każe Ci się sobą opiekować? Czy to Ty nachalnie go wyręczasz we wszystkim, a potem myślisz jak to On sobie nie radzi.. ?
Każdy z nas jest inny. Jedni podejmują decyzje szybciej inni wolniej i często zupełnie inne - nie lepsze, ani nie gorsze - tylko po prostu inne wink Brak reakcji również bywa najlepszą reakcją na sytuację.

Opisz coś więcej, podaj przykłady jego niedojrzałości - to będzie można wyłuskać o co tak dokładnie chodzi w Twoim związku.

Nie wyręczam go w niczym, daleko mi do nadopiekuńczości. Przykład? Ok... Znalazł pracę, ale jest z niej bardzo niezadowolony - musi poświęcać jej dużo czasu, a mało zarabia, w dodatku wypłaty dostaje nieterminowo. I co? Nic. Zamiast szukać innej przez kilka miesięcy chodził i biadolił. Kiedy zwracałam mu uwagę na to, że może przecież wziąć sprawy w swoje ręce, reakcja była taka, że wszedł na pół godziny na portal z ogłoszeniami i poprzeglądał, stwierdzając, że "nic nie ma". Nie potrafi podjąć działania, jest niezdecydowany, sam nie wie, co chce robić w życiu. Jak go o to zapytasz, to odpowiada jak dziecko, coś w stylu "mieć dużo pieniędzy, szybki samochód i fajną rodzinę". Ale pomysłów na dojście do tego - zero.

36

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pig-headed napisał/a:

Nie wyręczam go w niczym, daleko mi do nadopiekuńczości. Przykład? Ok... Znalazł pracę, ale jest z niej bardzo niezadowolony - musi poświęcać jej dużo czasu, a mało zarabia, w dodatku wypłaty dostaje nieterminowo. I co? Nic. Zamiast szukać innej przez kilka miesięcy chodził i biadolił. Kiedy zwracałam mu uwagę na to, że może przecież wziąć sprawy w swoje ręce, reakcja była taka, że wszedł na pół godziny na portal z ogłoszeniami i poprzeglądał, stwierdzając, że "nic nie ma". Nie potrafi podjąć działania, jest niezdecydowany, sam nie wie, co chce robić w życiu. Jak go o to zapytasz, to odpowiada jak dziecko, coś w stylu "mieć dużo pieniędzy, szybki samochód i fajną rodzinę". Ale pomysłów na dojście do tego - zero.

To jednak jest niezaradność. Były na pytanie: "co chcesz robić w przyszłości/po studiach?" Odpowiadał "nie wiem". W ogóle to była jegio ulubiona odpowiedź na wszystkie pytania. Czasami maiłam ochotę powiedzieć: "to się dowiedz." Przykro mi, ale ten typ tak ma. Zadowala się tym co jest. Po co ma coś poprawiać, skoro tak jest dobrze wg niego. Dobrze, że Twój chłopak znalazł jakąkolwiek pracę. Niestety mój były, na wieść o tym że wyleci ze studiów nawet nie szukał.

37

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pig-headed napisał/a:

Nie wyręczam go w niczym, daleko mi do nadopiekuńczości. Przykład? Ok... Znalazł pracę, ale jest z niej bardzo niezadowolony - musi poświęcać jej dużo czasu, a mało zarabia, w dodatku wypłaty dostaje nieterminowo. I co? Nic. Zamiast szukać innej przez kilka miesięcy chodził i biadolił. Kiedy zwracałam mu uwagę na to, że może przecież wziąć sprawy w swoje ręce, reakcja była taka, że wszedł na pół godziny na portal z ogłoszeniami i poprzeglądał, stwierdzając, że "nic nie ma". Nie potrafi podjąć działania, jest niezdecydowany, sam nie wie, co chce robić w życiu. Jak go o to zapytasz, to odpowiada jak dziecko, coś w stylu "mieć dużo pieniędzy, szybki samochód i fajną rodzinę". Ale pomysłów na dojście do tego - zero.

Jego zachowanie może choć nie musi wynikać z niedojrzałości. Macie różne charaktery - Ty bardzo ambitnie podchodzisz do wszystkich spraw, on za Tobą nie nadąża. Może czas zastanowić się co w nim kochasz, zamiast co Ci się w nim nie podoba.. bo on się nie zmieni.

38

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Nie odpisywałam ostatnio, bo byłam zajęta, również wyjaśnianiem pewnych spraw z moim chłopakiem.

Małgorzatka: z tego, co piszesz, wnioskuję jednak, że mój chłopak to jeszcze inny przypadek, niż Twój były. Co prawda "nie wiem" jest częstą jego reakcją na pytania, zwłaszcza te dotyczące przyszłości, ale mimo wszystko - jemu się chce. Próbuje znaleźć dla siebie miejsce w życiu, stara się, by było nam lepiej, pod różnymi względami. Co do "to się dowiedz" - ja tak czasem odpowiadam smile

alfaalfa: masz rację, jesteśmy zupełnie różni. Za każdym razem, kiedy coś się psuje, próbuję odwrócić sobie w głowie sytuację i koncentrować się na tym, za cho go kocham, cenię i dlaczego z nim jestem, bo naprawdę ma całą masę zalet i jest wyjątkowym człowiekiem. Mój post o naszym związku wynikał z narastającej frustracji.

A teraz kilka słów komentarza do ostatnich dni:
Dużo rozmawialiśmy. Sam zaczął, czyli w nim też to siedziało. Powiedział, że stracił dużo czasu, i że chciałby go nadrobić. Że zabiera się ostro za szukanie lepszej pracy, bo chce założyć ze mną rodzinę i chcę żebym czuła się przy nim bezpieczna. I dużo innych rzeczy, które podniosły mnie trochę na duchu i dały siłę do walki smile

39

Odp: Kochany, ale niezaradny...

I widzicie, tak to jest... w moim związku albo jest świetnie (kiedy on przejmuje wreszcie inicjatywę, podejmuje działanie, i wydaje się, ze to jakaś długofalowa zmiana), albo beznadziejnie (kiedy znowu dostrzegam pewne niepokojące zachowania). Teraz znowu tendencja spadkowa... między nami są ogromne różnice, w temperamencie chociażby (głównie chodzi mi o "energię życiową"). Dołuje mnie to, frustruje... i odbiera wiarę w to, że nasze uczucie przetrwa sad Bo naprawdę go kocham, tylko nie wiem, czy układanie sobie z nim życia, zakładanie rodziny jest mądrym pomysłem...

40

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Pig-headed świetnie Cię rozumiem.
Zaczęłam się ponownie spotykać z byłym. Wydawało mi się, że się zmienił a jednak nie. Załatwiał praktyki, podłapał jakąś pracę na weekend - pomyślałam, chyba zmierza w dobrym kierunku. Jednak na studiach coś nie może sobie poradzić, załamał się. Ja go pocieszam, przynajmniej próbuję. On powtarza, że rzuci to wszystko. Pytam co będzie robił potem, odpowiada: "nie wiem." Ja tez kilka lat temu rzuciłam studia, ale po pierwszym semestrze. Pojechałam do Anglii, wróciłam i zaczęłam wszystko od nowa. On nie ma żadnego pomysłu na swoje życie, a ja nie czuję się przy nim bezpiecznie. Czuję, że ja muszę być tym silniejszym ogniwem w związku. Oczywiście mogę być ale nie cały czas. Trzeba się wspierać nawzajem. Ja jemu nawet nie mówię o moich niepowodzeniach, bo wtedy byśmy chyba oboje się załamali,on nie potrafi mnie wspierać., nie ma na to siły.
Z drugiej strony na horyzoncie pojawił się ktoś zaradny, odpowiedzialny...

41

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Podbijam swój wątek sprzed pół roku... niestety...

Mój chłopak neguje wszelką zmianę. Boi się każdego opuszczenia strefy komfortu. Bardzo dużo ostatnio rozmawialiśmy, prawie się rozstaliśmy - cieszę się, że jednak do tego nie doszło, bo moim zdaniem jest o co walczyć.
Dostrzegam w naszym związku możliwość rozwoju dla nas obojga - on daje mi punkt odniesienia, hamuje mnie, gdy prę do przodu za mocno, za szybko lub za daleko, przypomina mi dlaczego i dokąd chce iść. Ja mogę dawać mu energię, motywować do działania i do opuszczania "bezpiecznego kurwidołka" smile
Tyle że... On wciąż się boi! Boi się zmian, nawet jeżeli niczym nie ryzykuje, nie ma niczego do stracenia. Ja składam mu różne propozycje - nie wychodzi ci to? ok, a może zrobisz to, to, to, albo to? a co powiesz na to? Niestety, on gdy już uweźmie się na jakiś pomysł, wałkuje go w kółko... Mimo, że życie zweryfikowało już pewne sprawy, a odpowiedź leży przed nim i błaga, żeby ją zauważył, on nie modyfikuje swoich planów. Bo co? Bo się boi... bo nie lubi zmian... i wszystko kręci się wokół tego strachu.

Jeśli ktokolwiek przebrnął przez cały wątek albo pamięta, o co chodzi, to czekam na opinie. Może ktoś był kiedyś w podobnym związku?

42

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Pig-headed
Ja mam podobnie tyle, że z dziewczyną. Oczywiście ona mi mówi, że się zmieni ale tego i tak nie robi. Kocham ją i cały czas mam nadzieję, że może wyrośnie z tego, dojrzeje do życia. Ale każdy dzień tylko potwierdza, że ona już taka jest i się nie zmieni. Zamiast silnej kobiety mam ciamajdę w domu. Teraz jest dobrze ale co będzie w przyszłości? Czy będę mógł na nią liczyć?

43

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Każdy jest inny i to podobno przeciwieństwa się przyciągają smile Dobrze, że dużo rozmawiacie. Jeśli sama piszesz, że warto jest walczyć to chyba podjęłaś już decyzję, że chcesz być z nim mimo wad. Może spróbuj zaakceptować jego charakter, pisałaś wcześniej, że Cię wspiera to dobrze, nie próbuje Cię zmieniać. Jakby zaczął gasić Twoją energię i parcie do przodu to byłby kłopot, prawda? Więc może też spróbuj pomyśleć jak on się czuje. Zapytaj dlaczego taki jest i czy jemu to odpowiada, czy chciałby coś zmienić.

44

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Angella, on niestety właśnie gasi mój zapał... Wspiera mnie tylko, gdy nie wymaga to od niego żadnych działań ani wyrzeczeń.
Nie wiem... chcę walczyć, chcę być z nim, ale chcę też się rozwijać! A on drepcze sobie w swoim wychodzonym, bezpiecznym szlaku. Przeciwieństwa może i się przyciągają, i wiele korzyści może wyniknąć z tego, że jesteśmy razem, tylko obie osoby muszą być otwarte na siebie i na ewentualną zmianę... W innym wypadku te przeciwieństwa rodzą jedynie konflikty.

Ethics, trudno się żyje, gdy ktoś obiecuje, a później się z tego wycofuje, prawda? I jak tu polegać na takiej osobie...

45

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Jak mogę planować coś na poważnie z osobą, która zmienia zdanie co przysłowiowe pięć minut...? I to w kwestiach fundamentalnych dla naszego związku i bardzo delikatnych...
Ech, to straszne... wiem, ze on mnie kocha ponad życie, ale w walce o nas przegrywa z samym sobą... Bardzo przykre, że jest tak zależny od swoich słabości. Niby chce coś zmienić, niby wie, że ma problem (z podejmowaniem decyzji, z działaniem, etc.), niby chce go rozwiązać i wie, że ma moje wsparcie, ale... cały czas to ale...

46 Ostatnio edytowany przez pig-headed (2012-11-12 15:23:53)

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Pomóżcie.
W kwestii podejmowania decyzji - bez zmian.
On ma niezbyt duże, ale ciągnące się już od jakiegoś czasu problemy finansowe. I to, oraz jego niezdecydowanie, z którego zdaje sobie sprawę, przysłania mu cały świat. W emocjach potrafi powiedzieć mi bardzo przykre rzeczy (że go nie obchodzę, że to koniec...). Powiedziałam mu, że nie ma prawa mnie ranić, że zły dzień nie usprawiedliwia jego słów. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, jakby on obarczał mnie winą za swoje niepowodzenia.
Chcę mu pomóc, chcę go wspierać.... Co robić??? Liczę na to, że Wasza perspektywa da mi świeże spojrzenie na sprawę, bo zaczynam kisić się w sosie własnych myśli...

47 Ostatnio edytowany przez pomaranczowa 1 (2012-11-12 15:30:27)

Odp: Kochany, ale niezaradny...

witaj pig-headet,
przeczytalam Twoj caly watek i co mi sie nasuwa:
bardzo chcesz, zeby sie zmienil.
A w zwiazkach ogolnie cala rzecz chyba nie polega na tym, zeby sie dopasowywac.Raczej przyjmowac te innosc .
Trwale zwiazki cechuje tez taka , nie wiem jak to powiedziec...akceptacja "innnosci"tego drugiego.

Ale pod warunkiem , ze mi to pasuje. Ze potrafie z tym zyc.

I tak np. pary, w ktorych jedno jest "zaradniejsze " od drugiego -funkcjonuja bardzo dobrze, bo jedno przejmuje te "obowiazki" na siebie. A drugie z nich ma cos innego. Np. kreatywnosc, albo uczuciowosc. Nie tylko przedsiebiorczosc jest wazna.
Wazne , ze sie buduja, maja wrazenie, ze siebie wzbogacaja.Soba.ze cos wnosza. I wcale nie musi byc fiffty-fiffty.
Mnie np. wzruszaja slabosci mojego partnera.I wcale go za nie  mniej nie kocham.
Taka moja filozofia.
Ed.
piszesz, ze masz wrazenie, ze obarcza Cie wina za niepowodzenia...
moze czuje sie na cenzurowanym,ciagle pod presja...
rozwaz to

48

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Uważam że jak najbardziej powinnaś z nim być;)nie każdy jest idealny,będzie dobrze zobaczysz

49

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pomaranczowa 1 napisał/a:

witaj pig-headet,
przeczytalam Twoj caly watek i co mi sie nasuwa:
bardzo chcesz, zeby sie zmienil.
A w zwiazkach ogolnie cala rzecz chyba nie polega na tym, zeby sie dopasowywac.Raczej przyjmowac te innosc .
Trwale zwiazki cechuje tez taka , nie wiem jak to powiedziec...akceptacja "innnosci"tego drugiego.

Ale pod warunkiem , ze mi to pasuje. Ze potrafie z tym zyc.

I tak np. pary, w ktorych jedno jest "zaradniejsze " od drugiego -funkcjonuja bardzo dobrze, bo jedno przejmuje te "obowiazki" na siebie. A drugie z nich ma cos innego. Np. kreatywnosc, albo uczuciowosc. Nie tylko przedsiebiorczosc jest wazna.
Wazne , ze sie buduja, maja wrazenie, ze siebie wzbogacaja.Soba.ze cos wnosza. I wcale nie musi byc fiffty-fiffty.
Mnie np. wzruszaja slabosci mojego partnera.I wcale go za nie  mniej nie kocham.
Taka moja filozofia.
Ed.
piszesz, ze masz wrazenie, ze obarcza Cie wina za niepowodzenia...
moze czuje sie na cenzurowanym,ciagle pod presja...
rozwaz to

Dziękuję Ci za odpowiedź.
Nie kocham go mniej za jego słabości. One jednak rzucają się bardzo silnie na nasz związek. Poza tym, nie wiem, czy doczytałaś - wszystko rozbija się o jego problemy... One przysłaniają cały nasz świat... Liczy się tylko to, że on "ma problem" - wtedy nie liczą się  moje uczucia, ani to, że swoimi słowami mnie rani...
Poza tym zgadzam się w 100%. Inność wzbogaca, i dobrze by było, gdyby była naszą siłą! Cały czas to podkreślam - przestańmy stwarzać sztuczną barierę, podkreślać, jak bardzo różni jesteśmy. Przeczytaj mój post z 18.10, dokładnie o tym jest. Problem w tym, że to on jest nieelastyczny, że boi się zmian. Nie da się rozmawiać z kimś, kto tylko powtarza w kółko to, co sobie wcześniej ułożył w głowie. To zaprzeczenie dialogu...
Chyba wiem, co masz na myśli, ale - wbrew tytułowi tematu - nie chodzi tu tylko o jego niezaradność rozumianią jako brak przedsiębiorczości. Problemy z podejmowaniem decyzji, z otwartością na zmiany to coś, co odbija się negatywnie nie tylko na naszej realcji, ale przede wszystkim na jego życiu.

50

Odp: Kochany, ale niezaradny...
Bardzo Samotny napisał/a:

Uważam że jak najbardziej powinnaś z nim być;)nie każdy jest idealny,będzie dobrze zobaczysz

Ja nie chcę się rozstawać smile Chcę uzdrowić naszą relację i pomóc jemu się rozwijać. Tylko jak to zrobić?

51

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pig-headed napisał/a:
pomaranczowa 1 napisał/a:

witaj pig-headet,
przeczytalam Twoj caly watek i co mi sie nasuwa:
bardzo chcesz, zeby sie zmienil.
A w zwiazkach ogolnie cala rzecz chyba nie polega na tym, zeby sie dopasowywac.Raczej przyjmowac te innosc .
Trwale zwiazki cechuje tez taka , nie wiem jak to powiedziec...akceptacja "innnosci"tego drugiego.

Ale pod warunkiem , ze mi to pasuje. Ze potrafie z tym zyc.

I tak np. pary, w ktorych jedno jest "zaradniejsze " od drugiego -funkcjonuja bardzo dobrze, bo jedno przejmuje te "obowiazki" na siebie. A drugie z nich ma cos innego. Np. kreatywnosc, albo uczuciowosc. Nie tylko przedsiebiorczosc jest wazna.
Wazne , ze sie buduja, maja wrazenie, ze siebie wzbogacaja.Soba.ze cos wnosza. I wcale nie musi byc fiffty-fiffty.
Mnie np. wzruszaja slabosci mojego partnera.I wcale go za nie  mniej nie kocham.
Taka moja filozofia.
Ed.
piszesz, ze masz wrazenie, ze obarcza Cie wina za niepowodzenia...
moze czuje sie na cenzurowanym,ciagle pod presja...
rozwaz to

Dziękuję Ci za odpowiedź.
Nie kocham go mniej za jego słabości. One jednak rzucają się bardzo silnie na nasz związek. Poza tym, nie wiem, czy doczytałaś - wszystko rozbija się o jego problemy... One przysłaniają cały nasz świat... Liczy się tylko to, że on "ma problem" - wtedy nie liczą się  moje uczucia, ani to, że swoimi słowami mnie rani...
Poza tym zgadzam się w 100%. Inność wzbogaca, i dobrze by było, gdyby była naszą siłą! Cały czas to podkreślam - przestańmy stwarzać sztuczną barierę, podkreślać, jak bardzo różni jesteśmy. Przeczytaj mój post z 18.10, dokładnie o tym jest. Problem w tym, że to on jest nieelastyczny, że boi się zmian. Nie da się rozmawiać z kimś, kto tylko powtarza w kółko to, co sobie wcześniej ułożył w głowie. To zaprzeczenie dialogu...
Chyba wiem, co masz na myśli, ale - wbrew tytułowi tematu - nie chodzi tu tylko o jego niezaradność rozumianią jako brak przedsiębiorczości. Problemy z podejmowaniem decyzji, z otwartością na zmiany to coś, co odbija się negatywnie nie tylko na naszej realcji, ale przede wszystkim na jego życiu.

hmmm...
wiesz,nie chce ci pisac, ze milosc gory przenosi...bo to byloby zaklamane.Ale cos mi sie wydaje, ze warto jeszcze dac mu czas...moze rozwija sie wolniej , niz Ty?

Czy czujesz sie kochana ? Czy czujesz jego wsparcie? czy mozesz na niego liczyc ?W innych sprawach. WASZYCH ( Zostawmy na razie jego niezaradnosc na boku)

Czy moze odwrotnie :wykorzystywana ?

52

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pomaranczowa 1 napisał/a:
pig-headed napisał/a:
pomaranczowa 1 napisał/a:

witaj pig-headet,
przeczytalam Twoj caly watek i co mi sie nasuwa:
bardzo chcesz, zeby sie zmienil.
A w zwiazkach ogolnie cala rzecz chyba nie polega na tym, zeby sie dopasowywac.Raczej przyjmowac te innosc .
Trwale zwiazki cechuje tez taka , nie wiem jak to powiedziec...akceptacja "innnosci"tego drugiego.

Ale pod warunkiem , ze mi to pasuje. Ze potrafie z tym zyc.

I tak np. pary, w ktorych jedno jest "zaradniejsze " od drugiego -funkcjonuja bardzo dobrze, bo jedno przejmuje te "obowiazki" na siebie. A drugie z nich ma cos innego. Np. kreatywnosc, albo uczuciowosc. Nie tylko przedsiebiorczosc jest wazna.
Wazne , ze sie buduja, maja wrazenie, ze siebie wzbogacaja.Soba.ze cos wnosza. I wcale nie musi byc fiffty-fiffty.
Mnie np. wzruszaja slabosci mojego partnera.I wcale go za nie  mniej nie kocham.
Taka moja filozofia.
Ed.
piszesz, ze masz wrazenie, ze obarcza Cie wina za niepowodzenia...
moze czuje sie na cenzurowanym,ciagle pod presja...
rozwaz to

Dziękuję Ci za odpowiedź.
Nie kocham go mniej za jego słabości. One jednak rzucają się bardzo silnie na nasz związek. Poza tym, nie wiem, czy doczytałaś - wszystko rozbija się o jego problemy... One przysłaniają cały nasz świat... Liczy się tylko to, że on "ma problem" - wtedy nie liczą się  moje uczucia, ani to, że swoimi słowami mnie rani...
Poza tym zgadzam się w 100%. Inność wzbogaca, i dobrze by było, gdyby była naszą siłą! Cały czas to podkreślam - przestańmy stwarzać sztuczną barierę, podkreślać, jak bardzo różni jesteśmy. Przeczytaj mój post z 18.10, dokładnie o tym jest. Problem w tym, że to on jest nieelastyczny, że boi się zmian. Nie da się rozmawiać z kimś, kto tylko powtarza w kółko to, co sobie wcześniej ułożył w głowie. To zaprzeczenie dialogu...
Chyba wiem, co masz na myśli, ale - wbrew tytułowi tematu - nie chodzi tu tylko o jego niezaradność rozumianią jako brak przedsiębiorczości. Problemy z podejmowaniem decyzji, z otwartością na zmiany to coś, co odbija się negatywnie nie tylko na naszej realcji, ale przede wszystkim na jego życiu.

hmmm...
wiesz,nie chce ci pisac, ze milosc gory przenosi...bo to byloby zaklamane.Ale cos mi sie wydaje, ze warto jeszcze dac mu czas...moze rozwija sie wolniej , niz Ty?

Czy czujesz sie kochana ? Czy czujesz jego wsparcie? czy mozesz na niego liczyc ?W innych sprawach. WASZYCH ( Zostawmy na razie jego niezaradnosc na boku)

Czy moze odwrotnie :wykorzystywana ?

I tutaj będę mieć problem z jednoznaczną odpowiedzią... On bardzo mi pomaga w sprawach codziennych, odciąża mnie jak tylko może. Jeśli jednak chodzi o wsparcie psychiczne... to niestety... muszę sobie radzić sama. Ostatnio nawet mówiłam mu o tym, ale skończyło się tak jak zawsze - to ja musiałam pocieszać jego, bo mój smutek zamiast uruchomic w nim chęć niesienia mi wsparcia zaimplikował jego smutek...
Czy mogę na niego liczyć? już pisałam, jest niestety niesłowny... nawet w sprawach powiedziałabym najważniejszych zdarza mu się rzucić słowa na wiatr... Nie mówię, że jest tak zawsze, ale na tyle często, że moja wiara w jego słowa jest mocno nadszarpnięta.

Wiesz... ja nie chcę się rozstawać! Chcę walczyć, tylko po prostu kiedy nie widać efektów, morale spada...

53

Odp: Kochany, ale niezaradny...

niedobrze...
moze byc biednie, albo , tak jak mowilam, nie wszystko "doskonale" , ale musze czuc, ze mnie chce, wspomaga i ze moge na niego liczyc. Bez tego-ani rusz. Inaczej nie widze udanego zwiazku .
Co do terapiowania go- to chyba nie jest dobry pomysl...
Partnerzy nie sa tearapeutami dla siebie wzajemnie.

walczyc...piszesz...
musze Ci powiedziec, ze nie za bardzo rozumiem, jak wszyscy pisza ze musza/chca "walczyc" o milosc, o zwiazek czy partnera.

Dla mnie to niezrozumiale jest.
Bo walczy sie przeciez przeciwko czemus...

A gdybys sprobowala go jakos zmotywowac? Gdybys po prostu powiedziala: " czuje sie taka SAMA , jak zostawiasz mnie z tym i tym problemem sama sobie "
albo :" boli mnie ,jak robisz to i to "
?

54

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Czasem walczy się o coś, nie przeciw czemuś. Zresztą, każdy ma chwile zwątpienia, wtedy  trzeba walczyć z samym sobą, żeby nie poddać się, choć mogłoby to być najprostsze rozwiązanie.

Wiem, że on mnie kocha. Tylko jest tak skupiony na swoich problemach, że czasem przesłaniają mu one moje uczucia.

Nie zamierzam być jego terapeutką, to byłaby bardzo toksyczna relacja. Nie od tego jestem.

Próbuję go motywować, zresztą nie tylko w tej dziedzinie. Przeżywa to mocno, ale później gdy włączy mu się znowu "problem" dzieje się niestety to samo, co wcześniej...

55

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pig-headed napisał/a:

Czasem walczy się o coś, nie przeciw czemuś. Zresztą, każdy ma chwile zwątpienia, wtedy  trzeba walczyć z samym sobą, żeby nie poddać się, choć mogłoby to być najprostsze rozwiązanie.

Wiem, że on mnie kocha. Tylko jest tak skupiony na swoich problemach, że czasem przesłaniają mu one moje uczucia.

Nie zamierzam być jego terapeutką, to byłaby bardzo toksyczna relacja. Nie od tego jestem.

Próbuję go motywować, zresztą nie tylko w tej dziedzinie. Przeżywa to mocno, ale później gdy włączy mu się znowu "problem" dzieje się niestety to samo, co wcześniej...

...pomysl tak:
czy jestes gotowa na to, zeby kiedys , stanac oko w oko z problemami ( choroba dziecka, brak pieniedzy, przeprowadzka,kryzys wieku sredniego , czy dopisz sobie co chcesz...) SAMEJ. Bez pomocy ze strony partnera?bez wsoarcia i silnego ramienia ?
Bo tak moze byc, jesli zdecydujesz sie trwac z nim.

Nie zrozum  mnie zle. Sa kobiety , ktore to potrafia...
Tylko czy TÝ potrafisz?

Sama sobie odpowiedz. bez zyczeniowego i magicznego myslenia.
Bo jego nie zmienisz.

56 Ostatnio edytowany przez pig-headed (2012-11-12 17:06:23)

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Wiem, boję się tego, że masz rację. Że jego reakcje na problemy się nie zmienią. Że w obliczu poważnych kłopotów będzie tak jak teraz panikował...
Mam nadzieję, ze ziści się to, co pisałaś kilka postów wyżej - że on może się zmienić, tylko potrzebuje na to więcej czasu.

A odpowiadając sobie w duchu na Twoje pytanie - czy potrafię - wiem, że przede wszystkim NIE CHCĘ.... Że nie po to ma się partnera, by zostawać samemu z problemami, i jeszcze musieć pomagać jemu....

57 Ostatnio edytowany przez pomaranczowa 1 (2012-11-12 17:45:54)

Odp: Kochany, ale niezaradny...

nie wiem...
nie znam go...
i jedna i druga wersja moze sie ziscic.

Wsluchaj sie w siebie.Co Ci mowi Twoja intuicja.
Ona nie klamie.

58

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Cały czas to robię smile to proste - chcę z nim być smile zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Nie chcę go zmieniać, raczej zmotywować do działania! Może macie jakieś pomysły w tej kwestii?

Pomarańczowa - dzięki za miłą rozmowę  smile

59

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Chyba idzie ku lepszemu. Oboje pracujemy nad sobą - ja nad swoją wyrozumiałością, on nad zdecydowaniem, decyzyjnością. Czerpiemy z naszego związku "pozazwiązkowe" korzyści, tzn. rozwijamy się jako ludzie, nie tylko jako swoi na wzajem partnerzy smile
Pomarańczowa, mam nadzieję, ze to czytasz, bo przecież o to między innymi chodzi w Twojej i mojej definicji związku, prawda? jesteśmy inni, ale z tej różnorodności czerpiemy, ona jest budująca, inspirująca.

60

Odp: Kochany, ale niezaradny...
pig-headed napisał/a:

Ja marzę o mężczyźnie, nie o chłopcu, którego będę pocieszać, i pełnić funkcje przyjacielsko-rodzicielsko-terapeutyczne... Potrzebuję partnera, a nie dziecka do wychowywania... Myślicie, że to etap, z którego wyrośnie, czy też element jego osobowości?

Albo akceptujesz go takim jakim jest,nikt nie ma samych zalet,albo nie akceptujesz ,zdecyduj sie.Z Twojego postu wynika z ze "marzysz o mezczyznie ,nie o  chlopcu" ,wiec co wogole robisz w tym zwiazku? Nie osadzaj go,partnerow sie nie osadza, tylko kocha.Wiele kobiet,niestety,
rosci sobie prawo do oceny i zaczyna odczuwac poslannictwo do zmieniania swojego faceta.Nic gorszego mezczyznie nie mozna zrobic,bo bedzie czul ze nie jest akceptowany,nie spelnia oczekiwan, i albo kiedys zwieje do takiej ktora bedzie nim zachwycona,albo bedzie trwal w frustracji.Na pocieche powiem ze wiele bardzo udanych zwiazkow opiera sie na calkowitych przeciwienstwach ale jesli masz byc w stosunku do niego taka krytyczna to odpusc sobie,bo ani Tobie ani jemu w takim ukladzie dobrze nie bedzie.

61

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Jestem w trochę podobnej sytuacji. Z tą różnicą, że planujemy ślub w przyszłym roku...
W wielu sferach życia jesteśmy dopasowani, mamy podobne poglądy, dogadujemy się. Mieszkamy razem i mogę liczyć na jego pomoc w pracach domowych (mimo że w rodzinnym domu nie robił nic). Jest opiekuńczy, spokojny, w trudnym dla mnie sytuacjach mogłam liczyć na jego wsparcie, taki w sumie dobry chłopak. Podobnie jak Ty też jestem osobą postrzeganą za typ dominujący, wysoce zorganizowaną, zaradną, starającą się rozwijać i dbającą o to, żeby rozwijał się też nasz związek, a nie osiadł na mieliźnie rutyny. Staramy się, by był to związek partnerski, staramy się podejmować wspólnie decyzje, ale jednak ja mam większą siłę przebicia i inicjatywę. Oboje pracujemy, ja mam wyższe wykształcenie, robię doktorat, on ma wykształcenie średnie i pracuje powiedzmy fizycznie. Różnica wykształcenia sama w sobie mi nigdy nie przeszkadzała, nie oceniam ludzi po papierku, mój narzeczony jest inteligentnym facetem, mającym własne zdanie na wiele spraw. Poszedł na studia (nie znaliśmy się wtedy jeszcze), ale przy pierwszej porażce zrezygnował, myśląc, że sobie nie poradzi i nawet nie podszedł do poprawki...

Napewno w znacznym stopniu wyniósł to z domu, i u mnie i u niego się nigdy nie przelewało, mało tego nas utrzymywała tylko mama, a ojciec zajęty był znęcaniem się nad nami. Ale mama jakoś dała radę wykształcić trójkę dzieci, wyżywić zdrowo i pchać do przodu. A u niego w domu nikt nigdy nigdzie nie wychodził, nie jeździł, nie kształcił, nie motywował i  żyło się z dnia na dzień, bez zbędnego wysiłku. On ani przez chwilę nie pomyślał, żeby gdzieś wyjechać i studiować, no bo za co, a u mnie się dało- kredyt studencki, który będę spłacać przez lata, ale przynajmniej się wykształciłam i nie zmarnowałam potencjału, tak jak on.
Półtora roku temu, niedługo po tym jak mi się oświadczył, z dnia na dzień mnie zostawił, bo chyba perspektywa dorosłości i ewentualnej zmiany pracy oraz miejsca zamieszkania go poprostu przerosły (pisałam o tym kiedyś). Nie chciał zmian, wyzwań, chciał mieć poprostu święty spokój. Choć wciąż kochał na swój sposób. Po pół roku wrócił, bo dotarło do niego, że wcale nie jest szczęśliwszy, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, że jestem jego ideałem i chce walczyć, chce się zmienić i dorosnąć. Rzucił starą pracę, znalazł bardzo szybko nową w innym mieście (do którego ja pojechałam pracować już po naszym rozstaniu), czyli zrobił krok wcześniej dla niego kompletnie nieosiągalny! Myslałam, że faktycznie to jest dowód na to, że się zmienił, że zrozumiał jakie są w życiu priorytety, że się ogarnął. Ustaliliśmy znów datę ślubu. Niby wszystko fajnie, ale jednak od czasu do czasu wychodzą z niego stare nawyki, brak ambicji życiowych, chyba jedyne co chce w swoim życiu to właśnie ten święty spokój. Nie żebym uważała, że święty spokój jest zły, ale jednak o związek trzeba wciąż dbać, rozwijać, a on popadł w rytunę. Wiem, że dużą rolę odgrywa fakt, że wraca często wykończony po pracy, ale ja też czasami padam, a jednak staram się, żeby nasze życie nie ograniczało się do pracy- obiadu- spania. On mówi, że nie będzie tak pracować do końca życia, ale z drugiej strony nie robi nic żeby to zmienić, nie ma innego pomysłu na siebie, nie ma chyba pomysłu na życie, żyje z dnia na dzień systemem "jakoś to będzie", no a w dzisiejszych czasach tak się chyba na dłuższą metę nie da, szczególnie chcąc zakładać rodzinę.

Większość spraw organizacyjnych jest na mojej głowie, muszę mu często kilka razy o wszystkim przypominać, pamiętać, że trzeba zrobić to i załatwić tamto. Nie jest w stanie nawet wysilić się, żeby od czasu do czasu coś zorganizować/kupić na walentynki, rocznicę itp. Owszem, nie jest to skrajna regułą, kilka razy to on organizował jakiś wyjad, szukał noclegów itp. Generalnie jak chce, jak mu naprawdę zależy to potrafi wiele, w przeciwnym wypadku robi z siebie sierotę, która nie da rady, nie umie, nie ma siły i ogólnie tylko się nad sobą wtedy użala. Bardzo łatwo się zniechęca i odpuszcza, a ja jestem typem wojownika. Ostatnio, gdy powiedziałam mu, że czuję się zaniedbana, że potrzebuję jakiejś adoracji od czasu do czasu, że nie chcę takiej rutyny (szczególnie, że nie mamy jeszcze dzieci, jesteśmy młodzi), że jego praca nie może oznaczać końca naszej intymności, zamiast wziąć się w garść, w końcu to nie są chyba oczekiwania z kosmosu, to zaczął znów mówić, że może lepiej się rozstać, bo on nie da rady, że jego to przerasta. Tak jakbym słyszała go wtedy, półtora roku temu gdy mnie zostawiał. Gdy przychodzą jakieś problemy między nami, to odrazu jest katastrofa, robi się bezradny, siada mu na psychika.
Wszystko to sprawia, że mam czasami wątpliwości odnośnie tego ślubu. Że on się w ogóle nie zmienił, że wciąż jest małym chłopcem, którego trzeba będzie prowadzić za rękę, ciągle motywować i walczyć z jego domniemaną bezradnością. No tak, najłatwiej jest się rozejść, ale już tyle razem przeszliśmy, ani ja ani on nie mogliśmy mimo prób związać się z nikim innym, bo wciąż się kochaliśmy i kochamy bardzo. Rozstając się stracilibyśmy obydwoje wiele, tą miłość. Nie wiem już czy ja szukam dziury w całym, bo przecież nikt nie jest idealny czy faktycznie różnimy się na tyle jeśli chodzi o nasze oczekiwania życiowe, że to nie ma sensu. Nie wiem czy jego brak jakichkolwiek życiowych i rozwojowcyh ambicji, wygodnictwo, które póki co jakoś jeszcze znoszę, z czasem gdy przyjdą poważne problemy, nie zaczną mnie przytłaczać i flustrować do tego stopnia, że się rozwiedziemy. Sama jestem z rozbitej rodziny i nie chciałabym żeby moją spotkało to samo. Ja chcę wlaczyć, on niby też chce, ale za myślą nie idzie czyn.
Kiedyś, zanim mnie zostawił, byłam szczęśliwa, wydawało mi się, że się bardzo kochamy i ta miłość wystarczy, a teraz czasem już nie wiem... sad

62

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Infinity - skoro Ci on nie pasuje, to odejdź i poszukaj takiego jakiego chcesz. Myślę, że akceptuje się czlowieka jaki jest, albo nie akceptuje.
Nie jest do końca taki jakiego byś chciała, więc może poszukać innego.

63

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Tylko że wtedy pojawia się myślenie, że nie ma ideałów, inny może miałby to, czego obecny nie ma, ale pewnie kosztem innych również ważnych rzeczy. Jakoś nie wierzę w to, że miałabym takie szczęście, że trafiłabym na kogoś odpowiedniego pod każdym względem wink Poza tym to, co dla nas dziś jest ważne/najważniejsze, z czasem okazuje się mało istotne i w drugą stronę. Półtora roku temu nie myślałam o rzeczach, o których tutaj piszę w kategoriach naszego być albo nie być.
Są momenty, że myślę, że tak mi z nim dobrze, że jest między nami tak silne porozumienie, a są takie jak teraz, że zaczynam rozkładać wszystko na czynniki pierwsze i pojawia się flustracja, że nie tak miało to wszystko wyglądać, że chcę czegoś więcej, że boję się że kropla będzie drążyć skałę i mam ochotę tym wszystkim strzelić. Za chwilę znów myślę sobie, że nie doceniam tego co mam i że jakoś się to wszystko ułoży. Moje skrzywienie z czasów dzieciństwa komplikuje dodatkowo całą sytuację.

No i tak jak napisałam, kochamy się i ciężko powiedzieć ukochanej osobie żegnaj (on tak coprawda zrobił, ja tak nie potrafię póki co:/), te pół roku po rozstaniu było traumą i dla mnie i dla niego.

64

Odp: Kochany, ale niezaradny...
infinity napisał/a:

Tylko że wtedy pojawia się myślenie, że nie ma ideałów, inny może miałby to, czego obecny nie ma, ale pewnie kosztem innych również ważnych rzeczy. Jakoś nie wierzę w to, że miałabym takie szczęście, że trafiłabym na kogoś odpowiedniego pod każdym względem wink Poza tym to, co dla nas dziś jest ważne/najważniejsze, z czasem okazuje się mało istotne i w drugą stronę. Półtora roku temu nie myślałam o rzeczach, o których tutaj piszę w kategoriach naszego być albo nie być.
Są momenty, że myślę, że tak mi z nim dobrze, że jest między nami tak silne porozumienie, a są takie jak teraz, że zaczynam rozkładać wszystko na czynniki pierwsze i pojawia się flustracja, że nie tak miało to wszystko wyglądać, że chcę czegoś więcej, że boję się że kropla będzie drążyć skałę i mam ochotę tym wszystkim strzelić. Za chwilę znów myślę sobie, że nie doceniam tego co mam i że jakoś się to wszystko ułoży. Moje skrzywienie z czasów dzieciństwa komplikuje dodatkowo całą sytuację.

No i tak jak napisałam, kochamy się i ciężko powiedzieć ukochanej osobie żegnaj (on tak coprawda zrobił, ja tak nie potrafię póki co:/), te pół roku po rozstaniu było traumą i dla mnie i dla niego.

Może za wcześnie dla ciebie, może zbyt mało mężczyzn poznałaś, może warto dać szansę temu o czym mówisz - ideałów nie ma, ale są osoby bliższe lub dalsze ideałowi.
Czego się boisz? Że odejdzie, że nie czujesz tak jak kiedyś?
Tylko Ty i wyłącznie Ty jesteś najważniejsza, nikt za Ciebie nie zdecyduje, ale zdecyduje to, czego Ty chcesz.
Może odetchnij, poznaj innych mężczyzn, może coś niezobowiązującego, czemu nie?

65

Odp: Kochany, ale niezaradny...

Hej, Infinity! I jak się mają sprawy u Ciebie - jaką decyzję podjęłaś i z jakim skutkiem?

Posty [ 1 do 65 z 68 ]

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Kochany, ale niezaradny...

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026