Jestem w trochę podobnej sytuacji. Z tą różnicą, że planujemy ślub w przyszłym roku...
W wielu sferach życia jesteśmy dopasowani, mamy podobne poglądy, dogadujemy się. Mieszkamy razem i mogę liczyć na jego pomoc w pracach domowych (mimo że w rodzinnym domu nie robił nic). Jest opiekuńczy, spokojny, w trudnym dla mnie sytuacjach mogłam liczyć na jego wsparcie, taki w sumie dobry chłopak. Podobnie jak Ty też jestem osobą postrzeganą za typ dominujący, wysoce zorganizowaną, zaradną, starającą się rozwijać i dbającą o to, żeby rozwijał się też nasz związek, a nie osiadł na mieliźnie rutyny. Staramy się, by był to związek partnerski, staramy się podejmować wspólnie decyzje, ale jednak ja mam większą siłę przebicia i inicjatywę. Oboje pracujemy, ja mam wyższe wykształcenie, robię doktorat, on ma wykształcenie średnie i pracuje powiedzmy fizycznie. Różnica wykształcenia sama w sobie mi nigdy nie przeszkadzała, nie oceniam ludzi po papierku, mój narzeczony jest inteligentnym facetem, mającym własne zdanie na wiele spraw. Poszedł na studia (nie znaliśmy się wtedy jeszcze), ale przy pierwszej porażce zrezygnował, myśląc, że sobie nie poradzi i nawet nie podszedł do poprawki...
Napewno w znacznym stopniu wyniósł to z domu, i u mnie i u niego się nigdy nie przelewało, mało tego nas utrzymywała tylko mama, a ojciec zajęty był znęcaniem się nad nami. Ale mama jakoś dała radę wykształcić trójkę dzieci, wyżywić zdrowo i pchać do przodu. A u niego w domu nikt nigdy nigdzie nie wychodził, nie jeździł, nie kształcił, nie motywował i żyło się z dnia na dzień, bez zbędnego wysiłku. On ani przez chwilę nie pomyślał, żeby gdzieś wyjechać i studiować, no bo za co, a u mnie się dało- kredyt studencki, który będę spłacać przez lata, ale przynajmniej się wykształciłam i nie zmarnowałam potencjału, tak jak on.
Półtora roku temu, niedługo po tym jak mi się oświadczył, z dnia na dzień mnie zostawił, bo chyba perspektywa dorosłości i ewentualnej zmiany pracy oraz miejsca zamieszkania go poprostu przerosły (pisałam o tym kiedyś). Nie chciał zmian, wyzwań, chciał mieć poprostu święty spokój. Choć wciąż kochał na swój sposób. Po pół roku wrócił, bo dotarło do niego, że wcale nie jest szczęśliwszy, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, że jestem jego ideałem i chce walczyć, chce się zmienić i dorosnąć. Rzucił starą pracę, znalazł bardzo szybko nową w innym mieście (do którego ja pojechałam pracować już po naszym rozstaniu), czyli zrobił krok wcześniej dla niego kompletnie nieosiągalny! Myslałam, że faktycznie to jest dowód na to, że się zmienił, że zrozumiał jakie są w życiu priorytety, że się ogarnął. Ustaliliśmy znów datę ślubu. Niby wszystko fajnie, ale jednak od czasu do czasu wychodzą z niego stare nawyki, brak ambicji życiowych, chyba jedyne co chce w swoim życiu to właśnie ten święty spokój. Nie żebym uważała, że święty spokój jest zły, ale jednak o związek trzeba wciąż dbać, rozwijać, a on popadł w rytunę. Wiem, że dużą rolę odgrywa fakt, że wraca często wykończony po pracy, ale ja też czasami padam, a jednak staram się, żeby nasze życie nie ograniczało się do pracy- obiadu- spania. On mówi, że nie będzie tak pracować do końca życia, ale z drugiej strony nie robi nic żeby to zmienić, nie ma innego pomysłu na siebie, nie ma chyba pomysłu na życie, żyje z dnia na dzień systemem "jakoś to będzie", no a w dzisiejszych czasach tak się chyba na dłuższą metę nie da, szczególnie chcąc zakładać rodzinę.
Większość spraw organizacyjnych jest na mojej głowie, muszę mu często kilka razy o wszystkim przypominać, pamiętać, że trzeba zrobić to i załatwić tamto. Nie jest w stanie nawet wysilić się, żeby od czasu do czasu coś zorganizować/kupić na walentynki, rocznicę itp. Owszem, nie jest to skrajna regułą, kilka razy to on organizował jakiś wyjad, szukał noclegów itp. Generalnie jak chce, jak mu naprawdę zależy to potrafi wiele, w przeciwnym wypadku robi z siebie sierotę, która nie da rady, nie umie, nie ma siły i ogólnie tylko się nad sobą wtedy użala. Bardzo łatwo się zniechęca i odpuszcza, a ja jestem typem wojownika. Ostatnio, gdy powiedziałam mu, że czuję się zaniedbana, że potrzebuję jakiejś adoracji od czasu do czasu, że nie chcę takiej rutyny (szczególnie, że nie mamy jeszcze dzieci, jesteśmy młodzi), że jego praca nie może oznaczać końca naszej intymności, zamiast wziąć się w garść, w końcu to nie są chyba oczekiwania z kosmosu, to zaczął znów mówić, że może lepiej się rozstać, bo on nie da rady, że jego to przerasta. Tak jakbym słyszała go wtedy, półtora roku temu gdy mnie zostawiał. Gdy przychodzą jakieś problemy między nami, to odrazu jest katastrofa, robi się bezradny, siada mu na psychika.
Wszystko to sprawia, że mam czasami wątpliwości odnośnie tego ślubu. Że on się w ogóle nie zmienił, że wciąż jest małym chłopcem, którego trzeba będzie prowadzić za rękę, ciągle motywować i walczyć z jego domniemaną bezradnością. No tak, najłatwiej jest się rozejść, ale już tyle razem przeszliśmy, ani ja ani on nie mogliśmy mimo prób związać się z nikim innym, bo wciąż się kochaliśmy i kochamy bardzo. Rozstając się stracilibyśmy obydwoje wiele, tą miłość. Nie wiem już czy ja szukam dziury w całym, bo przecież nikt nie jest idealny czy faktycznie różnimy się na tyle jeśli chodzi o nasze oczekiwania życiowe, że to nie ma sensu. Nie wiem czy jego brak jakichkolwiek życiowych i rozwojowcyh ambicji, wygodnictwo, które póki co jakoś jeszcze znoszę, z czasem gdy przyjdą poważne problemy, nie zaczną mnie przytłaczać i flustrować do tego stopnia, że się rozwiedziemy. Sama jestem z rozbitej rodziny i nie chciałabym żeby moją spotkało to samo. Ja chcę wlaczyć, on niby też chce, ale za myślą nie idzie czyn.
Kiedyś, zanim mnie zostawił, byłam szczęśliwa, wydawało mi się, że się bardzo kochamy i ta miłość wystarczy, a teraz czasem już nie wiem... 