Witajcie !
Mam nadzieję, że nie zostanę źle odebrany. Mam na imię Andrzej a poniżej fragment mojej historii.
Pochodzę z ubogiej rodziny i niestety na wszystko musiałem zapracować sam, wykształcenie, mieszkanie samochód inne dobra itp. Jednak odczułem izolację od rodziny w 1999 roku, kiedy to odszedł mój tato (rak). Od tego czasu mama była pod wpływem dwóch moich sióstr, które zaczęły układać moje życie. Historia miała ułożyć się między innymi tak, abym został starym kawalerem i opiekował się mamą. Jednak, w drugą stronę czułem się jako służący, osoba gorszego rzędu. Ja musiałem naszykować, przygotować, zrobić, a zasługi przypisywało sobie rodzeństwo. Ja byłem od czarnej roboty, a od świętowania, niedzielnych darmowych obiadków pozostali. I najgorsze to podsycenie jak ja mam dobrze, a oni źle. Jakie były pretensje do mojej osoby, gdy odszedłem z pracy, w której właściciel nie płacił wynagrodzenia, przecież miałem tam tak dobrze. I się wtedy zaczęło. Był to przełom 2001 i 2002 roku, kiedy się zacząłem spotykać moją obecną żoną. Mając już dość kwasu w domu postanowiłem się wyprowadzić do Anity. Obraza majestatu była taka, że przez trzy lata zerwane zostały wszelkie kontakty. Mama była postawiona pomiędzy młotem a kowadłem, ale nacisk ze strony sióstr nie ułatwiał jej życia. Sytuacja z listopada 2002 roku, kiedy to trafiłem na obserwację do szpitala. Akurat na przełomie 1 listopada, wiadomo szał, odwiedzanie grobów zmarłych, a ja na obserwacji na oddziale zakaźnym. Mama zaprosiła niedoszłą synową do swojego domu na obiad, to jak pamiętam z opowieści, siostry od razu dały przyszłej żonie do zrozumienia, że nie jest dobrą partią dla mnie. Przełamanie lodów rodzinnych nastąpiło dopiero w 2006 roku, ukończyłem studia i następnym krokiem, był ożenek. Wbrew wszystkim, ich ambicjom i oczekiwaniom zrobiliśmy swoimi siłami wesele dla całej rodzinki ( dla 100 osób), nastąpiło zawieszenie broni.
Żona także nie miała kolorowo. Mieszkała z wiecznym wolnym duchem, uzależnionym od alkoholu ojcem. Popadł w nałóg po śmieci żony, Anity mamy, około 1998 roku. W domu go więcej nie było niż był. Zmieniał kobiety jak rękawiczki, ale każda w pewnym momencie się na nim poznawała. Żadna osoba nie będzie dzielić miłości na wybrankę jego życia czyli wódkę. Także był w Przemyślu, Darłowie, Szczecinie, Gdańsku i cholera wie gdzie jeszcze. Gdyż formą jego kontaktu była zawsze kartka typu ?musiałem pilnie wyjechać? i ginął na miesiąc, rok lub kilka lat. Został odnaleziony przed naszym ślubem i obiecał w prezencie ślubnym mieszkanie, w którym mieszkaliśmy ( należało do niego) ? mieszkanie wyremontowaliśmy, wyposażyliśmy w nowe sprzęty, ale na obietnicy się skończyło (byłem tam wiecznym lokatorem z koniecznością płacenia czynszów, opłat eksploatacyjnych, mediów itp., ale bez meldunku, a o posiadaniu obiecanego własnego M już nie marząc) . Żyliśmy sobie, życie się w miarę układało, wszystkie żale po dawnych nieporozumieniach poszły w niepamięć. Wszystko szło dobrze do 2010 roku. Rozpoczęły się nasze problemy finansowe, żona straciła pracę, chwilę później i ja. Ostatnimi siłami ratując się z opresji postawiliśmy wszystkie nasze oszczędności na jedną kartę i otworzyliśmy działalność gospodarczą, która okazała się niewypałem i wtopiliśmy 250 tysięcy złotych. Tu przelała się czara goryczy. Wobec narastających problemów cała rodzina się od nas odwróciła, od nikogo nie można było liczyć na pomoc. W zamian tylko były narzekania, że przecież było dobrze, po coś się zadłużał, teraz masz jeszcze więcej problemów. W momencie kiedy komornik zajął mieszkanie, siostry się ode mnie odizolowały ( praktycznie z dnia na dzień), a ponieważ na nieruchomości widniało nazwisko teścia, ten powrócił ratować resztki dobytku (w końcu siadł mu na emeryturę). Tak ratował, że lokalny sklep monopolowy miał zwiększone obroty na wódce. Zaczęły się pogróżki, dochodziło do rękoczynów. Kilkukrotnie interweniować musiała policja, gdyż przebywanie z nim było nie do zniesienia. Odgrażał się nam, że Nas pozabija. Decyzją ostatniej szansy była całkowita izolacja od tak niesprzyjającego otoczenia. Doszło do tego, że z żoną wracaliśmy późną nocą do mieszkania, aby uniknąć awantur i pogróżek. W końcu mając już psychicznie dość, wyprowadziliśmy się do innego miasta, próbując odbudować to co straciliśmy. Dlaczego to piszę. Otóż, nikomu tak naprawdę, krzywdy nie zrobiłem, a dlaczego czuję się tak podle. Postawiłem, na złe karty. Źle to wszystko rozegrałem i płacę za to bardzo wysoką cenę. Nie dość że finansową, to dlaczego dostaję jeszcze po zaworach presją psychiczną. Dziś zadzwoniłem do mamy (tak w wigilię), rozmowa trwała 3 minuty. Nie było sensu marnować tych minut połączenia. W słuchawce, znowu dało się wyczuć dawny żal, że zostawiłem tu tylko problemy i rozpoczęło się narzekanie na moją osobę. Na to, że przejechałem się na zaufaniu do najbliższych osób. Naprawdę czuję się totalnie niechciany i niekochany. O teściu nie wspomnę. Odgraża się Nam do tej pory. Wypisuje na portalach społecznościowych, że Nas zabije. Mimo, że kocham mamę, teścia można powiedzieć toleruję to nie rozumiem, dlaczego wobec mojej osoby jest tyle zawiści. Długi zaciągnięte wobec instytucji bankowych staramy się sukcesywnie prostować. Chcemy to pospłacać i zamknąć ten temat życia. O powrocie do rodzinnego miasta jednak nie mam co marzyć. Nie ma tam dla Nas dachu nad głową, chyba że u dalszej rodziny lub znajomych, którzy mają na to inny punkt widzenia. Jednak to prawda, że z rodziną to dobrze na zdjęciach wygląda.
Powiem tylko tyle, naprawdę jest mi przykro. Są to pierwsze moje święta, które spędzam tylko z żoną. Czując odrzucenie i odrazę do mojej osoby (po telefonie do mamy). Z drugiej strony poniekąd czuję się szczęśliwy, gdyż wyrwałem się z tego bagna ciągłej porażki i dołowania. Wiem, że te osoby bardzo kocham, tyle że nie potrafię niestety do nich dotrzeć. Wiecznie niezadowolone, gderliwe i marudne. Zainteresowane tylko swoim ja. Szkoda mi ich, szkoda że nie mogę im pomóc.
Pozdrawiam i życzę wesołych świąt
Andrzej