Cześć dziewczyny, pisze by się poradzić w sprawie faceta. Sama już się pogubiłam. W grudniu ubiegłego roku zerwałam z chłopakiem, z którym byłam przez 8 miesięcy. Początkowo nie podobał mi się z wyglądu zupełnie i przed tym jak go poznałam nie myślałam zupełnie o nim nawet jako o potencjalnym przyjacielu, a co dopiero coś więcej. Jednak poznałam go, ujął mnie sobą, swoim charakterem, planami. Po prostu oczarował mnie swoją osoba i ani się obejrzałam, a powiedziałam kocham. Świetnie się dogadywaliśmy - to samo poczucie humoru, takie samo postrzeganie świata. Po chwili kontaktu czułam się jakbym go znała całe życie. Z czasem niestety nieco zaczęło się to psuć, trochę nasza wspólna wina. Mnie jest bardzo łatwo zdenerwować drobnymi sprawami i się unoszę, coraz częściej kłóciliśmy się o jakieś głupoty, zdarzały się ciche dni. Wtedy zaczęło do mnie dochodzić, że to nie to, że to zwykła relacja, przestał mi tak imponować, stało się normalnie i pomyślałam, że może się pomyliłam i szukam czegoś innego. Postanowiłam zerwać i poszukać kogoś innego. Nigdy nie miałam problemu z powodzeniem, więc wiedziałam, że kogoś sobie znajdę. I znalazłam, chłopak bardzo mi się podobał, z charakteru też świetny ale czym dłużej go znałam tym bardziej zaczynało mi brakować mojego eks. Jego wyrozumiałości, wsparcia, tego, że zawsze mogłam na niego liczyć i z nim czułam się bezpiecznie. Przy nim czułam się najlepiej na świecie - zawsze doceniona, zawsze najpiękniejsza, zawsze jak osoba, która może dokonać wszystkiego, mimo, że to dalekie od prawdy. Zwyczajnie sprawiał, że czułam się wyjątkowo. Nikt nigdy mnie tak nie traktował, a spotykałam się z wieloma facetami i żaden z nich nie był nawet blisko tego. I po jakimś czasie od zerwania chyba doszło do mnie, że to właśnie jest miłość i za to go kochałam. Przykro mi bo wiem że mimo, że nigdy mi tego nie powiedział to chowa sporą urazę o to, jak go nieraz traktowałam i o to w jaki sposób zerwałam. Jednak napisał do mnie przedwczoraj, musimy się zobaczyć w pewnej sprawie. Ta sprawa to chyba żaden pretekst by mnie zobaczyć, jedną formalność musi po prostu załatwić ze mną i tyle. Chociaż mam trochę nadzieję, że musi ją załatwić akurat teraz bo jednak i on za mną tęskni. Pociesza mnie to, że wiadomość, którą przysłał jest raczej w ciepłym tonie, powiedzmy koleżeńskim a nie pełnym nienawiści. Nic pewnego nie ma bo nie mieliśmy kontaktu, pozostają mi tylko takie przypuszczenia, nie mam pojęcia co on teraz o mnie myśli. Jak Wy sądzicie, jest jeszcze szansa na to by między nami ponownie coś było czy nie? Może któraś z Was była w podobnej sytuacji? A może jakiś z tutejszych chłopaków może się wypowiedzieć w tym temacie. Jeśli chodzi o mnie i o chłopaka o którym piszę, to oboje mamy po 23 lata,
1 2016-04-08 23:26:55 Ostatnio edytowany przez azealia (2016-04-08 23:28:42)
Podobne tematy
2 2016-04-08 23:39:33 Ostatnio edytowany przez Pirat (2016-04-08 23:46:20)
Moge ci opowiedzieć w pewnym sensie analogiczną historię. Córka kolezanki z pracy długo była z chłopakiem, mieszkali razem itd.... Ta moja koleżanka opowiadała o nim jak o swoim synu. Ale dziewczynie coś nie leżało, podobnie jak i tobie. Powiedziała mu co i jak. Chłopak wyprowadził się nawet z miasta ale złego słowa jej nie powiedział. Ona zaś znalazła sobie drugiego i też po jakimś czasie zaskoczyła że ta wyrozumiałośc jaka ją spotykała to nie oznaka ciapowatości była. I to że wyjechał z miasta też nie znaczyło że jej nie kochał a coś wprost przeciwnego. Ona tego nie potrafiła zrozumieć.
Chłopak ten po zdaje sie roku, przyjechał do swojej niedoszłej teściowej. tak niby przy okazji wypić kawę.
Jej też zapytał czy nie zmieniła zdania przypadkiem. Ona chociaż chciała powiedzieć że tak to zapięła ta fochową zapadkę i powiedziała nie.
Minał jeszcze jakiś czas i złamała się. Poprosiła mame żeby jakoś sprawę załatwiła.
Wiesz co ten chłopak powiedział? Nie ma opcji. Miała czas, miała szansę bezpośrednią. Teraz już za późno.
Jeżeli on ciebie kocha, to wal mu prosto z mostu, tak po męsku jakby. Masz tylko jedną szansę. Jak coś sp...... to zapomnij. Drugi raz ci nie wybaczy.
Faceci maja cos takiego czego niektóre z was kompletnie nie czają.
>> Jeżeli kochasz to puść, niech leci. Jeżeli nie wróci to znaczy ze nigdy naprawdę nie kochała i zapomnij o niej. Jeżeli wróci to zrób tak jakby nic się nie stało.
---ale tak jak ci mówię. Masz tylko jedną szansę
Nie graj w żadne gierki tylko powiedz mu prawdę - to moja rada.
Szczerze mówiąc nie sądzę żeby to wypaliło. Jak to mówią - dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki.
O ile kobiety lubią to robić, to faceci dużo mniej.
Często duma nie pozwala nam pytać o drogę więc wyobraź sobie co czujemy w takich sytuacjach.
Nawet jeśli to wypali, to zawsze to co się zdarzyło będzie w waszych głowach, głównie jego. Prędzej czy później to wyjdzie.
Nie chcę być wieszczem złych nowin dlatego proponuje żebyś szczerze z nim porozmawiała - może się mylę.
Przynajmniej będziesz żyła ze świadomością, że spróbowałaś zamiast gdybać o tym przez następne kilka lat.
Zgadzam się z przedmówcą. Tak naprawdę takie powroty rzadko są skuteczne. Tym bardziej, że podejrzewam iż to z Twojej strony żadna miłość.
Zostaw gościa w spokoju, za kilka miesięcy znowu ci przejdzie
6 2016-04-10 09:45:24 Ostatnio edytowany przez Excop (2016-04-10 10:39:28)
Obawiam się, że porzucony chłopak nie zgodzi się na powrót Autorki.
Ja bym się nie zgodził, niezależnie od uczuć do niej żywionych.
Z prostej przyczyny.
Szukała lepszego, ale nie znalazła. Czyli, że za jakiś czas znów wyruszy na poszukiwania. Bo on sam, jak wynikało z opisu związku i powodów porzucenia, najlepszy przecież nie jest.
Ani przystojny, ani nie ciągnął za włosy do jaskini... Opiekuńczy pierdoła po prostu.
I ten wniosek zapewne będzie głownym powodem, by odrzucić "zaproszenie" rozczarowanej tym innym, "lepszym".
Jeśli kochasz to walcz. Jeśli Cie szczerze kochał to wydaje mi sie że nie zapomniał o tobie i uczucie nie wygasło. Ale lepiej żebyś wiedziała na czym stoisz niż życ w niepewności i nie zrobic nic w tym kierunku. Powodzenia ![]()
Obawiam się, że porzucony chłopak nie zgodzi się na powrót Autorki.
Ja bym się nie zgodził, niezależnie od uczuć do niej żywionych.
Z prostej przyczyny.
Szukała lepszego, ale nie znalazła. Czyli, że za jakiś czas znów wyruszy na poszukiwania. Bo on sam, jak wynikało z opisu związku i powodów porzucenia, najlepszy przecież nie jest.
Ani przystojny, ani nie ciągnął za włosy do jaskini... Opiekuńczy pierdoła po prostu.
I ten wniosek zapewne będzie głownym powodem, by odrzucić "zaproszenie" rozczarowanej tym innym, "lepszym".
Taki już los Nas samców beta. Ani w pysk nie strzeli, ani nie rzuci o ścianę, ani nie ma wianuszku kochanek, normalnie nuda, okropna nuda.
Taki już los Nas samców beta. Ani w pysk nie strzeli, ani nie rzuci o ścianę, ani nie ma wianuszku kochanek, normalnie nuda, okropna nuda.
Niektórzy nazywają to wychowaniem w szacunku dla kobiet. Ale, niech tam, żeśmy beta pierdoły. ![]()
gdybym był na jego miejscu, to u mnie miałabyś szansę
Przez cały weekend smsowaliśmy. Nie było to nic wielkiego, żarciki i trochę zdystansowane rozmowy na bardziej poważne tematy, w pokojowym, ale oschłym nastawieniu. Dzisiaj się spotkaliśmy.
Po załatwieniu tego, na co się umówiliśmy on zaproponował, byśmy się przeszli, a potem może coś zjemy. Zgodziłam się i chyba nigdy bardziej mnie nic nie ucieszyło niż ta propozycja. Chodziliśmy, gadaliśmy, nie mieliśmy kontaktu przez tyle miesięcy, więc opowiadaliśmy co tam u nas. Po zjedzeniu kontynuowaliśmy i zdecydowałam się pójść za Waszymi radami. Nie grałam żadnego zdystansowania, powiedziałam, że nigdy tak do nikogo nie tęskniłam i, że dalej go kocham. On po chwili odpowiedział, że też kocha i nie zapomniał i w tym momencie byłam w skowronkach, aż do tego, co powiedział później. Powiedział, że kocha, ale szybko dodał, że to ciekawe zrządzenie kiedy dwie kochające się osoby nie będą razem. Lekko zdezorientowana napomknęłam, że przecież mogą, licząc na to, że się zgodzi. Powiedział, że nie mogą. Wyjaśnił dlaczego - jego samoocena po naszym związku spadła do 0 (nawiasem - opowiedział kilka rzeczy, które zrobiłam i nawet nie jestem świadoma i nie pamiętam), że nie da rady by to wypadło z jego głowy, przynajmniej w tym momencie. A kropką nad i było to, że chwilę później już z kimś byłam, uznał, że to właśnie pokazuje ile znaczył w moim życiu. Nie miał żalu, raczej był obojętny mówiąc to wszystko. Trochę pogadlaiśmy na ten temat, ale była to już wymiana od czasu do czasu kilku słów i maszerowanie w ciszy a nie pełnoprawna dyskusja. Odprowadził mnie do domu, pożegnaliśmy się i spróbowałam ostatni raz - kiedy się uściskaliśmy powiedziałam, że jest najwspanialszym facetem jakiego znam. Chciałam żeby wiedział, a może liczyłam, że go to ruszy, bo to wrażliwy facet, ale nawet jeśli nie - to pożegnanie się takimi słowami w jakiś sposób może go podbuduje i poprawi samoocenę. Nie wiem co myśleć w tym momencie. Chcę, żeby wrócił, niczego innego nie pragnę w tym momencie. Szans ku temu chyba nie ma, pozostaje mi pogodzić się z losem, zaakceptować to, że spieprzyłam i żyć dalej.
Takim śmiechem przez łzy teraz spoglądam na to, że wspomniałam o jego wyglądzie, zostało mi to tutaj wypomniane i... przez te 4 miesiące naprawdę się wyrobił. Poszedł w kierunku ludzi, których zawsze określałam jako tych w moim typie. Początkowo miałam to za dobry omen, ale to jednak nie to. Zawsze wydawało mi się, że podejmuję dobre decyzję, ale życie jak widać zweryfikowało to wszystko i nawet jeśli wcześniej zawsze wychodziłam na dobre robiąc to, co uznaję za słuszne tak teraz ta jedna zła pojawiła się w kwestii dla mnie tak wiele znaczącej.
To chyba wszystko - nie wiem czy coś jeszcze mogę dodać. Cieszę się z możliwości, że mogłam podzielić się tym problemem z Wami i dostać rady, które myślę, że były naprawdę dobre, ale nawet najlepsze to tylko rady i mogą ale nie muszą pomóc. Dzięki.
To przykro.
https://www.youtube.com/watch?v=YQHsXMg … tml5=False
życie ![]()
Autorko, nie wiem jak wyglądają Wasze obecne relacje, ale jeśli na prawdę darzysz tą osobę uczuciem to warto pozostać w jakimś kontakcie.
Nie chcę Ci robić jakiś złudnych nadziei, ale uważam, że paradoksalnie teraz jakieś szanse są.
Chyba nie oczekiwałaś, że zgodzi się od razu? W ten sposób sprawiłby wrażenie uległego i nad wyraz pobłażliwego faceta.
Dzięki tej rozmowie, w której poniekąd dostałaś kosza, jego samoocena się poprawiła (Wiem, że to nie brzmi zbyt dobrze, ale nie oszukujmy się - tak jest).
On nie chcę do Ciebie wrócić bo się boi, że sytuacja się powtórzy, zresztą nie wygląda na to, że traktowałaś go zbyt poważnie skoro zaraz miałaś następnego faceta.
Musisz go upewnić w tym, że tak nie będzie i że rzeczywiście odgrywa on bardzo ważną rolę w Twoim życiu.
To będzie poniekąd też test dla Ciebie czy rzeczywiście coś do niego czujesz.
Teraz to Ty musisz się starać, przypominać o sobie i o tym, że Ci na nim zależy. Oczywiście nie rób tego nachalnie, ale od czasu do czasu jakaś wiadomość tekstowa nie zaszkodzi.
Nic tak nie działa na faceta jak atrakcyjna kobieta starająca się o niego. Piszesz, że ma problem teraz ze swoją samooceną? To powinno ją poprawić.
Jeśli będziesz robiła to dość regularnie, przez dłuższy czas to na pewno zyskasz w jego oczach i odepniesz od siebie łatkę niestabilnej uczuciowo, którą na pewno Ci teraz przypiął (Byłaś najpierw z nim, potem z tym drugim, a teraz znowu chcesz wrócić do tego pierwszego).
To tylko męski punkt widzenia, a to co zrobisz zależy tylko i wyłącznie od Ciebie ![]()
Jacenty89 napisał/a:Taki już los Nas samców beta. Ani w pysk nie strzeli, ani nie rzuci o ścianę, ani nie ma wianuszku kochanek, normalnie nuda, okropna nuda.
Niektórzy nazywają to wychowaniem w szacunku dla kobiet. Ale, niech tam, żeśmy beta pierdoły.
Borze, takie słowa przywracają mi wiarę w ludzi. Dzięki.
Co do wątku, zgodzę się z panem pawelkrk. Facet nie ma podstaw, żeby ci ufać. Ale to nie znaczy, że to się nie może zmienić. Tylko potrzeba w to twojego zaangażowania i jego chęci. Duuużo pracy. Wiesz, ja też bym się bała, czy ci się znów nie odmieni.
Ja ci pisałem że masz jedną szansę. Nie spieprzyłaś jej ! I w prawdzie nie osiągnęłaś założonego celu to uważam że nie jesteś na straconej pozycji. Tak jak kolega wyżej napisał. Pokaż mu że o niego walczysz a masz szanse na wygraną i to spora mi się wydaje.
Do boju mała, grunt przygotowałaś dobrze.
Zakładam oczywiście że jesteś pewna swoich uczuć i nie robisz tego wyłącznie dla podbudowania swojego ego.
Nie przeprosiłaś go. Jak wiesz- troche namieszałaś. Dobrze że mu powidziałaś że go kochasz itd, ale to tak jakbyś sobie pomyślala że nagle cudownie znowu będziecie razem jakby się nic nie stało. Nie. Trzeba było wyrazić naprawdę trochę żalu, skruchy, przeprosić go za te i inne rzeczy, dać mu do zrozumienia że to wszystko do Ciebie dotarło. Trzeba było, no a teraz to nie wiem... możesz próbowac dalej jeśli macie kontakt. On cie kocha i na pewno chciałby z Tobą być natomiast czuje się ogromnie upokorzony i po prostu nie potrafi. Musisz to odwrócić.
18 2021-11-05 20:13:47 Ostatnio edytowany przez Enona (2021-11-05 20:14:36)
Chciałam założyć podobny wątek, ale przeczytałam ten i chyba warto go odkurzyć. Ciekawa jestem dalszych losów Autorki, ale - zważywszy, że wątek nie był podejmowany od pięciu lat - pewnie ich nie poznamy.
Moja historia jest podobna - jak w tytule.
Główne różnice to nasz wiek - jesteśmy o ponad dekadę starsi i powody zerwania. A były one z grubsza takie, że ja byłam w trakcie rozwodu po związku, o którym można poczytać w moim ciągnącym się z przerwami od siedmiu (!) wątku. Poznałam się z tym człowiekiem (choć słyszałam o nim od czasu studiów, bo to znajomy znajomych z tamtych czasów) mniej więcej wtedy, kiedy mój mąż kolejny raz mnie porzucał. Byłam miotana rozpaczą, którą ten człowiek - mimo swoich problemów - pomógł mi znieść. Uprzedzę możliwe hipotezy - nie, nie był tylko plastrem. Niemniej byłam sama w stosunku do siebie bardzo nieufna i wiem, że to, co wtedy między nami się działo, miało w dużej mierze charakter paliatywny. Zauroczył mnie, ale miotałam się bardzo. Nie byłam gotowa na zaangażowanie, którego on chciał. Uważam, że błędem było zaczynanie wtedy czegokolwiek i ewidentnie zrobiłam to z lęku, że mi ucieknie. I była to poprzerywana relacja.
W efekcie tych miotań - przede wszystkim - dodajmy: natury duchowej (sakrament) rozstałam się z nim tuż przed rozwodem. To było trzy miesiące temu. Początkowo potrzebowałam samotności. Ale z czasem coraz bardziej tęsknię. Napisałam do niego miesiąc temu i kilka dni temu. Zero kontaktu. Wiem, że od wspólnej znajomej, że go nie chce. Myślicie, że jest tu jeszcze jakaś szansa, że za jakiś czas jego upór zelżeje? Przeczytałam w tym wątku kilka cennych spostrzeżeń i różnych opinii.
Chciałam założyć podobny wątek, ale przeczytałam ten i chyba warto go odkurzyć. Ciekawa jestem dalszych losów Autorki, ale - zważywszy, że wątek nie był podejmowany od pięciu lat - pewnie ich nie poznamy.
Moja historia jest podobna - jak w tytule.
Główne różnice to nasz wiek - jesteśmy o ponad dekadę starsi i powody zerwania. A były one z grubsza takie, że ja byłam w trakcie rozwodu po związku, o którym można poczytać w moim ciągnącym się z przerwami od siedmiu (!) wątku. Poznałam się z tym człowiekiem (choć słyszałam o nim od czasu studiów, bo to znajomy znajomych z tamtych czasów) mniej więcej wtedy, kiedy mój mąż kolejny raz mnie porzucał. Byłam miotana rozpaczą, którą ten człowiek - mimo swoich problemów - pomógł mi znieść. Uprzedzę możliwe hipotezy - nie, nie był tylko plastrem. Niemniej byłam sama w stosunku do siebie bardzo nieufna i wiem, że to, co wtedy między nami się działo, miało w dużej mierze charakter paliatywny. Zauroczył mnie, ale miotałam się bardzo. Nie byłam gotowa na zaangażowanie, którego on chciał. Uważam, że błędem było zaczynanie wtedy czegokolwiek i ewidentnie zrobiłam to z lęku, że mi ucieknie. I była to poprzerywana relacja.
W efekcie tych miotań - przede wszystkim - dodajmy: natury duchowej (sakrament) rozstałam się z nim tuż przed rozwodem. To było trzy miesiące temu. Początkowo potrzebowałam samotności. Ale z czasem coraz bardziej tęsknię. Napisałam do niego miesiąc temu i kilka dni temu. Zero kontaktu. Wiem, że od wspólnej znajomej, że go nie chce. Myślicie, że jest tu jeszcze jakaś szansa, że za jakiś czas jego upór zelżeje? Przeczytałam w tym wątku kilka cennych spostrzeżeń i różnych opinii.
Nie.
Daj mu spokój. On podjął decyzję. Ty też ją wtedy podjęłaś. Teraz ponieś konsekwencje. On nie ma żadnej gwarancji że ci się nie odwidzi. I słusznie rozumuje.
Chciałam założyć podobny wątek, ale przeczytałam ten i chyba warto go odkurzyć. Ciekawa jestem dalszych losów Autorki, ale - zważywszy, że wątek nie był podejmowany od pięciu lat - pewnie ich nie poznamy.
Moja historia jest podobna - jak w tytule.
Główne różnice to nasz wiek - jesteśmy o ponad dekadę starsi i powody zerwania. A były one z grubsza takie, że ja byłam w trakcie rozwodu po związku, o którym można poczytać w moim ciągnącym się z przerwami od siedmiu (!) wątku. Poznałam się z tym człowiekiem (choć słyszałam o nim od czasu studiów, bo to znajomy znajomych z tamtych czasów) mniej więcej wtedy, kiedy mój mąż kolejny raz mnie porzucał. Byłam miotana rozpaczą, którą ten człowiek - mimo swoich problemów - pomógł mi znieść. Uprzedzę możliwe hipotezy - nie, nie był tylko plastrem. Niemniej byłam sama w stosunku do siebie bardzo nieufna i wiem, że to, co wtedy między nami się działo, miało w dużej mierze charakter paliatywny. Zauroczył mnie, ale miotałam się bardzo. Nie byłam gotowa na zaangażowanie, którego on chciał. Uważam, że błędem było zaczynanie wtedy czegokolwiek i ewidentnie zrobiłam to z lęku, że mi ucieknie. I była to poprzerywana relacja.
W efekcie tych miotań - przede wszystkim - dodajmy: natury duchowej (sakrament) rozstałam się z nim tuż przed rozwodem. To było trzy miesiące temu. Początkowo potrzebowałam samotności. Ale z czasem coraz bardziej tęsknię. Napisałam do niego miesiąc temu i kilka dni temu. Zero kontaktu. Wiem, że od wspólnej znajomej, że go nie chce. Myślicie, że jest tu jeszcze jakaś szansa, że za jakiś czas jego upór zelżeje? Przeczytałam w tym wątku kilka cennych spostrzeżeń i różnych opinii.
On Tobie nie wierzy i nie ufa za grosz. Mogę się założyć, że uważa, że go wykorzystałaś do leczenia ran, podbudowania ego itp. a potem porzuciłaś. Bo z jego perspektywy najpierw duchowe rozterki Tobie nie przeszkadzały, a potem nagle zaczęły. Trąci sporą hipokryzją :-/
On Tobie nawet nie daje szansy, bo pewnie uważa Cię w najlepszym wypadku za rozchwianą emocjonalnie, a w najgorszym skupioną na sobie i wykorzystujących innych - hipokrytkę.
Jakąś szansę wg mnie jednak wciąż masz. Jeśli będziesz uczciwa przed samą sobą i przed nim, ale głównie przed sobą. Bo teraz masz fazę, że czujesz się samotna, może odrzucona i chcesz za wszelką cenę udowodnić, że warta jesteś jego zaangażowania, ale czy za chwilę znowu nie będziesz miała wahań. Trochę na niego spójrz jak na żywego człowieka z własnymi emocjami, wrażliwością i pragnieniami, a nie jak na kogoś, kto ma ukoić Twój nastrój. Po prostu nie warto robić mu kolejny raz złudnych nadziei i wykorzystywać dla własnych celów, jeśli nie jesteś przekonana, że to o niego, a nie tylko o Ciebie chodzi. Zastanów się nad tym.
Jeśli uznasz, że to nie Twój podły nastrój i samotność oraz poczucie odrzucenia i chęć bycia dla kogoś kimś ważnym kierują Twoją chęcią powrotu do niego, ale chcesz mu dać to, co najlepsze, bo to wartościowy człowiek, to nie rezygnuj z prób kontaktu z nim. Jak już Ci się to uda, to poproś o szansę udowodnienia mu każdego kolejnego dnia, jak bardzo jest dla Ciebie ważny. Trochę musisz się ustawić w pozycji masochistki, a nie ofiary losu, która będzie musiała swoimi działaniami odbudować jego zaufanie do Ciebie i jego wiarę w Ciebie.
Traktujecie tych facetów jak FWB, same powinnyscie być tak teraz traktowane.
MagdaLena1111 bardzo Ci dziękuję za komentarz! Masz bardzo dużo racji i nazwałaś w punkt wszystko to, co mi się mgliście rysowało na horyzoncie.
Wydaje mi się, że na moje wahania i decyzje ma wpływ kilka czynników:
1. Zakochałam się, a nie należę do osób kochliwych, więc było to duże wydarzenie, tym bardziej, że była wzajemność - a to już w ogóle w moim życiu jest zdarzenie bez precedensu.
2. Na początku, tak jak napisałam uczciwie: odejście męża zbiegło się z naszym poznaniem, więc koktajl emocji był nie do wytrzymania i niezdrowy.
3. Po mojej historii z mężem moje poczucie wartości i zaufanie do mężczyzn jest tak głęboko poniżej zera, że po czasie nawet zakochanie nic tu nie zmienia.
4. Ów mężczyzna ma swoje problemy (m. in. nie do końca dla mnie jasny stosunek do używek i uzależnień) i bałam się, że to jest combo zbyt duże.
5. Mój mąż nie chce uczestniczyć w procesie kanonicznym o stwierdzenie nieważności naszego małżeństwa, w związku z czym mój konflikt sumienia będzie prawdopodobnie trwał.
Byłam w terapii przez prawie rok, ale czuję, że teraz wchodzę w jakiś nowy zakręt.
Szansa jest zawsze. Przyznal że Cię kocha ale duma nie pozwala mu do Ciebie wrócić. Musiałabyś się bardzo namęczyć żeby mu udowodnić że może ci ufać.
Ale czy Ty sama jesteś pewna swojej decyzji że chcesz wrócić ??? To że nie odpowiadał Ci jego charakter nie wzięło się znikąd i to wróci prędzej czy później. Nie zawsze rozpoznajemy własne emocje trochę jest tak że chcemy to czego nie możemy mieć. Ale kiedy już to dostaniemy spowrotem zaczynają nam przeszkadzać te same rzeczy. Więc zanim zaczniesz próbować znowu być w jego życiu zastanów się dobrze i spójrz na niego z empatia. Czy jesteś pewna że za jakiś czas go znowu nie porzucisz...
Wydaje mi się, że na moje wahania i decyzje ma wpływ kilka czynników:
1. Zakochałam się, a nie należę do osób kochliwych, więc było to duże wydarzenie, tym bardziej, że była wzajemność - a to już w ogóle w moim życiu jest zdarzenie bez precedensu.
2. Na początku, tak jak napisałam uczciwie: odejście męża zbiegło się z naszym poznaniem, więc koktajl emocji był nie do wytrzymania i niezdrowy.
3. Po mojej historii z mężem moje poczucie wartości i zaufanie do mężczyzn jest tak głęboko poniżej zera, że po czasie nawet zakochanie nic tu nie zmienia.
4. Ów mężczyzna ma swoje problemy (m. in. nie do końca dla mnie jasny stosunek do używek i uzależnień) i bałam się, że to jest combo zbyt duże.
5. Mój mąż nie chce uczestniczyć w procesie kanonicznym o stwierdzenie nieważności naszego małżeństwa, w związku z czym mój konflikt sumienia będzie prawdopodobnie trwał.Byłam w terapii przez prawie rok, ale czuję, że teraz wchodzę w jakiś nowy zakręt.
Skoro czujesz się pogubiona, niepewna siebie i swoich wyborów, a do tego masz wewnętrzny konflikt wartości, to może lepiej zająć się soba i swoimi sprawami zamiast ślepo gonić za nowym uczuciem. Tym bardziej, że tamten facet podjął decyzję, że chce się trzymać od Cb z daleka i póki co jest w tym konsekwentny. A nawet jeśli udałoby się Tb przekonać go do odnowienia relacji, to po wcześniejszych doświadczeniach będzie podchodził do niej pewnie trochę z rezerwą i oczekiwać uwiarygodnienia Twojego zaangażowania, może nawet będzie nieświadomie testował Twoją wiarygodność. A Ty sama będąc pokiereszowana i zagubiona, możesz nie mieć zwyczajnie wystarczajaco dużo sił.
Jakby nie patrzeć na świecie jest sporo fajnych facetów, nie musisz gonić za pierwszym porywem. Być może łakniesz tych emocji, jakiegoś celu, żeby nie koncentrować się na sobie, a nie de facto tego faceta.
Hej, słuchajcie, napiszę jeszcze raz. Zakochanie nie mija. Próbowałam się kontaktować kilka razy, bezskutecznie, więc od ponad miesiąca trzymam "no contact", nie przestając ufać. Ostatnio zapytał o mnie wspólną koleżankę - być może coś zaczyna się zmieniać, a może wcale nie.
Potrzebuję Waszej porady. Zbliżają się jego urodziny. Ważne. Zastanawiam się, czy trzymać się nadal braku kontaktu czy spróbować znów? A jeśli tak, jak to zrobić, żeby to miało szansę być coś fajnego.
Hej, słuchajcie, napiszę jeszcze raz. Zakochanie nie mija. Próbowałam się kontaktować kilka razy, bezskutecznie, więc od ponad miesiąca trzymam "no contact", nie przestając ufać. Ostatnio zapytał o mnie wspólną koleżankę - być może coś zaczyna się zmieniać, a może wcale nie.
Potrzebuję Waszej porady. Zbliżają się jego urodziny. Ważne. Zastanawiam się, czy trzymać się nadal braku kontaktu czy spróbować znów? A jeśli tak, jak to zrobić, żeby to miało szansę być coś fajnego.
Nie! Daj wreszcie spokón. Zakochanie nie mija, bo ciągle je dokarmiasz i pielęgnujesz. Sama nie pozwalasz, żeby minęło.
27 2022-01-31 18:18:53 Ostatnio edytowany przez Enona (2022-01-31 18:20:30)
Chyba źle się wyraziłam.
Jeszcze do zaglądających tu: ze względu na temat podczepiłam się pod istniejący wątek. Moja historia od wpisu #18.
Zakochanie nie mija i owszem - dokarmiam je. Ale dlatego, że jestem przekonana, że do siebie pasujemy, a tylko moment w życiu był kiepski. Mam świadomość swoich wad i tego, że on je ma. I tego, że jeśli nie będzie chciał, to niezależnie od powodu nic nie zrobię. W poprzednim moim związku były tego rodzaju wymuszenia rozbójnicze.
Kiedy myślę o nim, otwierają się we mnie pokłady cierpliwości i czułości, do których nie miałam wcześniej dostępu. Nie chcę tego stracić. Ale chcę działać z rozwagą. Co mogę zrobić, żeby dał mi szansę? Nie z niesmakiem, ale z entuzjastyczną wiarą, że zależy mi na autentycznym budowaniu dobra.
Twoje przekonania na nic się zdadzą, skoro on ma przeciwne.
Nic nie możesz zrobić, każdy Twój krok w jego stronę ma działanie przeciwne od zamierzonego. On dokładnie wie, że jesteś na skinienie, a to jest odstraszające dla facetów.
I jeszcze jedno. Ja się ani trochę nie dziwię, że on robi tak, jak robi. I że robi dobrze w każdej z możliwych ewentualności: że nie chce i nie będzie chciał mieć ze mną nic wspólnego; że też ma nadzieję, ale chce mi dać nauczkę; że sam nie wie. Tylko oczywiście mam nadzieję na 2 albo 3. A jeśli 3, to co zrobić, żeby zwiększyć swoje szanse, a nie całkiem się ich pozbyć?
Twoje przekonania na nic się zdadzą, skoro on ma przeciwne.
Nic nie możesz zrobić, każdy Twój krok w jego stronę ma działanie przeciwne od zamierzonego. On dokładnie wie, że jesteś na skinienie, a to jest odstraszające dla facetów.
Masz rację. Wiem to, ale dzięki za głos z zewnątrz. Czyli jednak milczenie. W urodziny też - do tego się skłaniam. On i tak wie, że mnie obchodzi. I pewnie spodziewa życzeń. W każdej sytuacji tak będzie lepiej: jeśli ma mnie w okrężnicy, to nawet nie zauważy albo odetchnie z ulgą, a jeśli tak nie jest - może trochę się zdziwi wycofaniem.
Tylko wiecie: gdzie jest ta granica "no contactu" przy założeniu, że jednak chcemy, żeby ktoś wiedział, że nam zależy, że wiemy, że skrzywdziliśmy?
31 2022-01-31 19:00:55 Ostatnio edytowany przez wieka (2022-01-31 19:02:38)
Raczej odetchnie z ulgą, że zmądrzałaś i dałaś mu spokój.
Jak nie możesz przyjąć do wiadomości, że was już nie ma i nie będzie, to jedynie może pomóc terapia.
Jestem cały czas w procesie terapii. Terapia a to, czy będziemy kiedyś razem czy nie, to dwie osobne sprawy.
To zmień terapeutę, skoro to w niczym nie zmienia Twojego myślenia.
Uroiłaś sobie, że możecie być razem, to jest chore i jak terapia w tym nie pomoże, to już nic.
To Twoja opinia. Dziękuję za nią.
Chyba źle się wyraziłam.
Jeszcze do zaglądających tu: ze względu na temat podczepiłam się pod istniejący wątek. Moja historia od wpisu #18.
Zakochanie nie mija i owszem - dokarmiam je. Ale dlatego, że jestem przekonana, że do siebie pasujemy, a tylko moment w życiu był kiepski. Mam świadomość swoich wad i tego, że on je ma. I tego, że jeśli nie będzie chciał, to niezależnie od powodu nic nie zrobię. W poprzednim moim związku były tego rodzaju wymuszenia rozbójnicze.
Kiedy myślę o nim, otwierają się we mnie pokłady cierpliwości i czułości, do których nie miałam wcześniej dostępu. Nie chcę tego stracić. Ale chcę działać z rozwagą. Co mogę zrobić, żeby dał mi szansę? Nie z niesmakiem, ale z entuzjastyczną wiarą, że zależy mi na autentycznym budowaniu dobra.
Twoje przekonania nie muszą być zgodne z rzeczywistością.
Moim zdaniem powinnaś przestać to pielęgnować i dać spokój.
W sporej ilości przypadków po rozstaniu otwierają się u jednej lub obu stron wielkie pokłady czułości i miłości. I wiesz co, jak ludzie już się zejdą, to pokłady się zamykają i wraca się na stare śmieci. Dlatego powroty są bez sensu. Brakuje Ci go, jasne. Normalka. Ale to minie jak przestaniesz dokarmiać.
No contact to no contact. Totalny. Bez pokazywania mu niczego.
No contact celem wyjścia - zgoda. No contact - celem wzbudzenia uczuć - powinien kończyć się próbą kontaktu. Wg speców od podrywu
Wg nich powinien trwać 30-90 dni, a potem powinna nastąpić angażująca, ale nie narzucająca próba kontaktu. Dobieram środki do celu. Ale też po zastanowieniu doszłam do wniosku, że w moich wcześniejszych doświadczeniach tak rzeczywiście było - druga strona uaktywniała się po +/- 30 dniach od kiedy przestało mi zależeć. Tylko wtedy serio przestawało.
No contact celem wyjścia - zgoda. No contact - celem wzbudzenia uczuć - powinien kończyć się próbą kontaktu. Wg speców od podrywu
Wg nich powinien trwać 30-90 dni, a potem powinna nastąpić angażująca, ale nie narzucająca próba kontaktu. Dobieram środki do celu. Ale też po zastanowieniu doszłam do wniosku, że w moich wcześniejszych doświadczeniach tak rzeczywiście było - druga strona uaktywniała się po +/- 30 dniach od kiedy przestało mi zależeć. Tylko wtedy serio przestawało.
Dobierasz środki do głupoty.
Daj spokój temu facetowi. Masz wyjść z uczuć, a nie odliczać dni.
38 2022-01-31 21:43:07 Ostatnio edytowany przez acine (2022-01-31 21:49:30)
Enono jako mezczyzna ci powiem co on mysli, pokaze ci etapy jakie sie zdarzyly i co sie z tym wiaze
etap I zaczeliscie sie spotykac
etap II ty go odrzucilas
etap III minal jakis okreslony czas
etap IV ty probujesz go znowu przyciagnac do siebie
on mysli ze jest przyciagany bo cos ci z kims innym nie wyszlo i mysli ze jest planem b. Porzucilas go, zlamalas go i wtedy nastapil u niego brak zaufania, jak w jakiejs zdradzie bo w koncu to jest pewnego rodzaju zdrada i nie ufa sie juz tej osobie tak jak wczesniej. NC ( no contact ) to sie stosuje jak sie chce od kogos odciac ( taka przynajmniej jest orginalna terminologia wzieta z reddit ) i nie wiem po co ja stosujesz.
Dzięki, acine, za męską perspektywę, na którą - nie ukrywam - trochę liczyłam. Brak kontaktu jest odpowiedzią na jego prośbę o brak kontaktu. Uszanowaniem jego i jego potrzeby. W której jest konsekwentny. To nie jest moja inicjatywa, tylko moja odpowiedź. Myślę, że dałam mu do zrozumienia, że ja tego kontaktu bym chciała, ale - jak zauważyłeś - nie ufa mi. Inicjując go, zamęczałabym go i przyniosłoby to odwrotny skutek. Robiłam to co jakiś czas, ale bez rezultatu. No i nie wiem, co dalej. Co facet może myśleć i czuć w takiej chwili. Czy już odpuścić i iść dalej, czy próbować? A jeśli tak, to jak? I jak to zrobić, żeby nie stawiać się na straconej pozycji. Z drugiej strony: to ja go skrzywdziłam, więc może powinnam się wykazać. Ale jak, żebyśmy oboje nie stracili szacunku do siebie.
40 2022-01-31 22:36:41 Ostatnio edytowany przez acine (2022-01-31 22:37:33)
Enono jesli nikt inny sie nie pojawil po nim i powodem byly tylko obawy o bycie z nim po tych calych perturbacjach emocjonalnych z rozwodem to on musialby miec jakis "dowod" ze nie jest planem b bo z kims innym z roznych przyczyn nie wyszlo. Nikt nie chce byc planem b bo to jakby przyznanie sie ze jest sie nikim bo wyraza sie zgode niejako na "jedzenie resztek z panskiego stolu". Nie wiem czy tam u ciebie byl ktos po nim, jesli nie bylo to mozna by bylo probowac walczyc o naprawe tej relacji ale jesli mialo by sie to opierac na klamstwie to raczej bym tego nie reanimowal.
Nie, nikogo innego nie było. On jest chyba powodowany instynktem samozachowawczym - boi się ponownego zranienia.
Sam nie był nigdy w związku i może dlatego nie rozumie, z jaką dewastacją wiąże się rozwód. Może nie dla każdego, ale dla mnie to było bardzo trudne: małżeństwo było oparte na współuzależnieniu i mój ex wciąż próbuje pociągać za sznurki, które mu pozostały. Dopiero teraz się z tego wygrzebuję: staję na nogi psychicznie i finansowo. Boli mnie, że on tego nie rozumie. Zwłaszcza że sam uważał początkowo, że powinnam pobyć sama. Ale nas porwało. Jeśli nie zrozumie tego, to trudno: pozostanie pięknym wspomnieniem.
Nie, nikogo innego nie było. On jest chyba powodowany instynktem samozachowawczym - boi się ponownego zranienia.
No to walcz
Niestety trzeba sie odslonic
w koncu sie nabroilo. Moze jakis szczery list, ze powod to mocna niestabilnosc emocjonalna w tamtym czasie?
Był już list. Może naprawdę nie chce. Może potrzeba więcej czasu. On jest strasznym raptusem i uparciuchem. Nie wiem.
A Wy jak dostajecie taki szczery list, to nie wbijacie się w dumę? Moje ostatnie przypuszczenia są takie, że takie szczere wyznanie/list ma ma wartość, gdy nadawca jest silną, pewną siebie osobą. Wtedy adresat czuje, że dostał coś, co ma wartość. Jeśli piszący to miękka mortadela (niezależnie od płci), to tylko skamlenie bezpańskiego psa. Smutne to. Miłość nie powinna wymagać prężenia muskułów, ale rozsądnie chyba niezależnie od wszystkiego budować swoją wartość. To zawsze warto.
Był już list. Może naprawdę nie chce. Może potrzeba więcej czasu. On jest strasznym raptusem i uparciuchem. Nie wiem.
A Wy jak dostajecie taki szczery list, to nie wbijacie się w dumę? Moje ostatnie przypuszczenia są takie, że takie szczere wyznanie/list ma ma wartość, gdy nadawca jest silną, pewną siebie osobą. Wtedy adresat czuje, że dostał coś, co ma wartość. Jeśli piszący to miękka mortadela (niezależnie od płci), to tylko skamlenie bezpańskiego psa. Smutne to. Miłość nie powinna wymagać prężenia muskułów, ale rozsądnie chyba niezależnie od wszystkiego budować swoją wartość. To zawsze warto.
A może po prostu, skoro nawet list nie zadziałał, warto dać mu jednak święty spokój na zawsze?
Bo ja mam wrażenie, że on Ci wpadł jako kontra do męża i teraz go idealizujesz.
A on nie chce mieć z Tobą do czynienia. Jak bardziej wprost ma Ci to okazać?
Przez cały weekend smsowaliśmy. Nie było to nic wielkiego, żarciki i trochę zdystansowane rozmowy na bardziej poważne tematy, w pokojowym, ale oschłym nastawieniu. Dzisiaj się spotkaliśmy.
Po załatwieniu tego, na co się umówiliśmy on zaproponował, byśmy się przeszli, a potem może coś zjemy. Zgodziłam się i chyba nigdy bardziej mnie nic nie ucieszyło niż ta propozycja. Chodziliśmy, gadaliśmy, nie mieliśmy kontaktu przez tyle miesięcy, więc opowiadaliśmy co tam u nas. Po zjedzeniu kontynuowaliśmy i zdecydowałam się pójść za Waszymi radami. Nie grałam żadnego zdystansowania, powiedziałam, że nigdy tak do nikogo nie tęskniłam i, że dalej go kocham. On po chwili odpowiedział, że też kocha i nie zapomniał i w tym momencie byłam w skowronkach, aż do tego, co powiedział później. Powiedział, że kocha, ale szybko dodał, że to ciekawe zrządzenie kiedy dwie kochające się osoby nie będą razem. Lekko zdezorientowana napomknęłam, że przecież mogą, licząc na to, że się zgodzi. Powiedział, że nie mogą. Wyjaśnił dlaczego - jego samoocena po naszym związku spadła do 0 (nawiasem - opowiedział kilka rzeczy, które zrobiłam i nawet nie jestem świadoma i nie pamiętam), że nie da rady by to wypadło z jego głowy, przynajmniej w tym momencie. A kropką nad i było to, że chwilę później już z kimś byłam, uznał, że to właśnie pokazuje ile znaczył w moim życiu. Nie miał żalu, raczej był obojętny mówiąc to wszystko. Trochę pogadlaiśmy na ten temat, ale była to już wymiana od czasu do czasu kilku słów i maszerowanie w ciszy a nie pełnoprawna dyskusja. Odprowadził mnie do domu, pożegnaliśmy się i spróbowałam ostatni raz - kiedy się uściskaliśmy powiedziałam, że jest najwspanialszym facetem jakiego znam. Chciałam żeby wiedział, a może liczyłam, że go to ruszy, bo to wrażliwy facet, ale nawet jeśli nie - to pożegnanie się takimi słowami w jakiś sposób może go podbuduje i poprawi samoocenę. Nie wiem co myśleć w tym momencie. Chcę, żeby wrócił, niczego innego nie pragnę w tym momencie. Szans ku temu chyba nie ma, pozostaje mi pogodzić się z losem, zaakceptować to, że spieprzyłam i żyć dalej.
Takim śmiechem przez łzy teraz spoglądam na to, że wspomniałam o jego wyglądzie, zostało mi to tutaj wypomniane i... przez te 4 miesiące naprawdę się wyrobił. Poszedł w kierunku ludzi, których zawsze określałam jako tych w moim typie. Początkowo miałam to za dobry omen, ale to jednak nie to. Zawsze wydawało mi się, że podejmuję dobre decyzję, ale życie jak widać zweryfikowało to wszystko i nawet jeśli wcześniej zawsze wychodziłam na dobre robiąc to, co uznaję za słuszne tak teraz ta jedna zła pojawiła się w kwestii dla mnie tak wiele znaczącej.
To chyba wszystko - nie wiem czy coś jeszcze mogę dodać. Cieszę się z możliwości, że mogłam podzielić się tym problemem z Wami i dostać rady, które myślę, że były naprawdę dobre, ale nawet najlepsze to tylko rady i mogą ale nie muszą pomóc. Dzięki.
Bardzo przeżył Wasze rozstanie... Nie dziwię się, że nie chce drugi raz. Boi się, że musiałby to przechodzić drugi raz. Wiesz zawsze możesz mu za jakiś czas zaproponować wspólne wyjście gdzieś. Popełniłaś błąd ale każdy je popełnia byleby się na nich uczyć. Z tego co pisałaś czas spędziliście fajnie.
Jeśli dwoje ludzi się naprawdę kocha to powinni być razem a przynajmniej spróbować zawalczyć, naprawić. Dla mnie jest niezrozumiałe, że dwie osoby się kochają a żyją osobno. Widzisz ja zawalczyłam o powrót ukochanego i wrócił i nagle zostawił(rozpadłam się w tedy) I też cały czas di tej pory mówi, że jestem miłością jego życia ale nie będziemy razem. Ja z nim mam nadal kontakt mimo, że mnie to rani. Walczyłam jak lew, żeby potem zostać wyrzucona jak zabawkę. I żałuję, że tak walczyłam bo miałabym już co najgorsze za sobą. Dlatego zastanów się nad tym wszystkim na spokojnie. Jeśli czujesz, że warto spróbuj bo potem będziesz żałować, że nie zrobiłaś co mogłaś ale z głowa.
Trzymam kciuki!
No contact celem wyjścia - zgoda. No contact - celem wzbudzenia uczuć - powinien kończyć się próbą kontaktu. Wg speców od podrywu
Wg nich powinien trwać 30-90 dni, a potem powinna nastąpić angażująca, ale nie narzucająca próba kontaktu. Dobieram środki do celu. Ale też po zastanowieniu doszłam do wniosku, że w moich wcześniejszych doświadczeniach tak rzeczywiście było - druga strona uaktywniała się po +/- 30 dniach od kiedy przestało mi zależeć. Tylko wtedy serio przestawało.
Ale Ty tak serio? :-O
Jeśli nawet funkcjonują opisane gierki, to w Twoim przypadku minęło już 5 miesięcy, więc chyba nie działa „no contakt w celu wzbudzenia emocji”, bo facet już odpowiedziałby na Twoje wiadomości.
Wygląda na to, że on rzeczywiście nie chce mieć już z Tobą do czynienia.
Pytanie: dlaczego Ty nie przyjmujesz tego do wiadomości?
Może po tym poprzednim związku, pełnym zwrotów akcji, rozstań i powrotów, zdrady, potrzebujesz ciągłych wrażeń i emocji. Nie dla Ciebie taki zwykły bliski związek, skoro gdy miałaś okazję taki zbudować, to wycofałaś się. I dziwisz się, że facet nie chce rollercoastera w związku? Nie każdy potrzebuje ciągłych zwrotów akcji i chwiejnego emocjonalnie partnera. Widocznie on nie. Może czas to zaakceptować, hm?
Ja też nie chcę rollercoastera, ale nie tak łatwo z niego zejść po latach niechcianej zabawy.
Ja też nie chcę rollercoastera, ale nie tak łatwo z niego zejść po latach niechcianej zabawy.
Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wcale nie chcesz budować więzi tylko o niej marzyć i do niej tęsknić. Najpierw wiele lat kurczowego trzymania się faceta, który Cię odtrącał. Teraz też ten obecny jakby zyskał na wartości, gdy nie pozwala się wodzić jak osiołek. Mnie to wygląda na klasyczny lęk przed bliskością, tylko że trafiłaś na faceta, który ma poczucie własnej wartości na przyzwoitym poziomie.
Masz rację. Dlatego piszę, że wiem, że on robi dobrze. Imponuje mi to i dlatego tym bardziej chciałabym, żeby to się kiedyś odwróciło.
Są kobiety, które do śmierci hołubią taką chorą, jak dla mnie, miłość, licząc, że będą razem.
Może więc nie ma sensu z tym walczyć, zaakceptować ten stan, skoro czują się dobrze żyjąc mrzonkami, mniej odczuwają samotność, bo i tak nie są w stanie związać się z kimś innym, a same nie potrafią żyć.
Masz rację. Dlatego piszę, że wiem, że on robi dobrze. Imponuje mi to i dlatego tym bardziej chciałabym, żeby to się kiedyś odwróciło.
Marnujesz czas :-/
Mieliście swoją szansę. Nie wyszło i najgorsze, co teraz możesz zrobić, to zafiksować się na tym, że to był ten najjedyńszy ;-)
Nie był, bo jakby był, to nie rozkochiwałabyś go w sobie, żeby zaraz rzucić. Pisałaś, że jesteś w terapii, to może pochyl się na tej terapii nad tym dlaczego gonisz za facetami, gdy stają się niedostępni, a gdy jest jakiś fizycznie blisko, to nie jesteś w stanie stworzyć bliskości i odsuwasz go od siebie pod byle pretekstem. Przecież takie życie w niedosycie musi Cię najzwyczajniej boleć.
Zaszły pewne drobne, bardzo drobne zmiany. Ja skupiłam się bardzo mocno na swojej działalności. Zaczęłam też kwestionować to, że nasza relacja miała być czymś więcej niż miłą przygodą. To drugie idzie mi gorzej, co jakiś czas przychodzi kryzys. On odblokował mnie w mediach społecznościowch. Jak myślicie, czy w przypadku takiej upartej osoby to może być znak jakiegoś zelżenia niechęci?
Zaszły pewne drobne, bardzo drobne zmiany. Ja skupiłam się bardzo mocno na swojej działalności. Zaczęłam też kwestionować to, że nasza relacja miała być czymś więcej niż miłą przygodą. To drugie idzie mi gorzej, co jakiś czas przychodzi kryzys. On odblokował mnie w mediach społecznościowch. Jak myślicie, czy w przypadku takiej upartej osoby to może być znak jakiegoś zelżenia niechęci?
A rozwiodłaś się już z mężem?
Enona napisał/a:Zaszły pewne drobne, bardzo drobne zmiany. Ja skupiłam się bardzo mocno na swojej działalności. Zaczęłam też kwestionować to, że nasza relacja miała być czymś więcej niż miłą przygodą. To drugie idzie mi gorzej, co jakiś czas przychodzi kryzys. On odblokował mnie w mediach społecznościowch. Jak myślicie, czy w przypadku takiej upartej osoby to może być znak jakiegoś zelżenia niechęci?
A rozwiodłaś się już z mężem?
Rozwiodłam się ponad pół roku temu, zanim zaczęłam pisać w tym wątku.
Nic z tego nie będzie. Mówię to jako facet, który "odtrącił" osobę która go kochała i czekała na mój rozwód.
Ja poznałem ją w pracy, jak już wiedziałem że moje małżeństwo to fikcja (temat był już z byłą żoną wałkowany nie raz nie dwa). Jedyne co mnie trzymało to dziecko, które kocham nad życie i się tak zafiksowałem, że cały rozwód trwał zamiast pół roku, półtora. W tym czasie bardzo się z koleżanką z pracy zbliżyliśmy do siebie, pojawiło się uczucie. I ja głupi obiecałem jej, że jak się rozwiodę to chcę spróbować być razem, ale powiedziałem że się z nią nie prześpię ze względu na szacunek do żony i dlatego żeby ona nie czuła się jak kochanka. No i do pewnego czasu było ok, ale później koleżanka bardzo nalegała na seks (teraz wiem że potrzebowała bliskości). I im bardziej ona nalegała tym bardziej stawałem się do niej zdystansowany. No i po rozwodzie tak jak myślałem że jestem twardy, tak nie dźwignąłem tego, że nie mam dziecka na co dzień, że nie mogę go tulić kiedy chcę do tego doszedł jeszcze epizod depresyjny, bo miałem guza krtani, który się okazał niegroźny. No i kiedy tak sobie rozpaczałem, to koleżanka dała mi ultimatum, że ona już dłużej nie będzie czekała bo ona chce seksu, chce żyć. No i coś we mnie pękło, tak bardzo jak chciałem z nią być to wygarnąłem jej wszystkie swoje żale i mimo że wszystko co jej wygarnąłem miało się nijak z prawdą, to już nie dało się tego uratować. Zwlekałem z przeprosinami, bo skupiłem się na córce i nawet nie wiem jak mi uciekło prawie 3 miesiące. I na nic się zdały przeprosiny, list, prośby. Wymazała mnie ze swojej pamięci, bo tak się robi z ludźmi którzy obiecują i krzywdzą. I mimo, że tego nie chciałem i że mi zależało niej jak na nikim to dla niej jestem tylko kimś o którym nie chce już myśleć, bo układa sobie życie na nowo. I nie ważne czy z kimś czy sama, ja już nie mam prawa w to ingerować, bo taką decyzję podjęła i muszę to uszanować, chociażby z tego względu że ją kocham i zdaję sobie sprawę z bólu jaki jej zadałem. Więc nie dzwoń, nie pisz, nie myśl, choć Ci pęka serce. Ta druga osoba zasługuje na to by być szczęśliwa na własnych zasadach a nasze 5 minut już nie wróci.
57 2022-03-14 17:41:46 Ostatnio edytowany przez Enona (2022-03-14 17:42:46)
Pinki18 dzięki za Twoją historię. Mocno mnie dotknęła.
"Tak sobie rozpaczałem" - piszesz i przytaczasz ciężkie, obiektywnie cięższe niż moje doświadczenia, bo poza samym rozwodem rozłąka z dzieckiem i podejrzenie choroby, depresja. Nie dewaluuj tego. To wszystko wymaga czasu. Moim zdaniem druga osoba w takiej sytuacji powinna ten czas dać. Albo jasno powiedzieć, że nie chce. Piszesz o ultimatum, które ona Ci postawiła. U nas było tak, że on sam powiedział, że po rozstaniu powinnam pobyć sama. Ja też tak uważałam. To była wspólna odpowiedzialność, że tego nie uszanowaliśmy. Nadal uważam, że od mojego rozwodu wciąż minęło mało czasu, a mój błąd polegał na tym, że nie odłożyłam nowej relacji w czasie. Bałam się go stracić i weszłam, nie będąc gotowa, a i tak straciłam.
Wiem, że rozstanie go zraniło. Sądziłam, że potrzebuje czasu, więc odsunęłam się, ponawiając próbę kontaktu co jakiś czas. I znów wygląda na to, że się pomyliłam, bo on się tylko bardziej zamyka. Na początku widziałam jeszcze jakąś nadzieję, teraz - żadnej. Zauważyłam taki mechanizm u siebie: staram się sobie radzić, trzymać gardę i mam nadzieję na to, że przy kolejnej próbie kontaktu spotka mnie nagroda. Ale tak się nie dzieje.
Ty z tą kobietą nie masz już kontaktu czy widujecie się w pracy? Dużo czasu minęło od wydarzeń, które opisujesz? Ona powiedziała Ci wprost, że już nie chce? Decyzja, żeby nie próbować rozmawiać, jest już za Tobą?
58 2022-03-14 18:16:18 Ostatnio edytowany przez Pinki18 (2022-03-14 20:17:49)
To się wydarzyło pod koniec maja w tamtym roku. Problem w tym że ja zawsze byłem twardy i nie chciałem jej mówić o swoich problemach i nie przegadaliśmy tego. Do tej pory nie wie co tak naprawdę się zadziało z moją głową, bo nie chce wiedzieć a list mi oddała. Po tym jak napisałem jej to co napisałem dała mi jeszcze jedną szansę, bo zadzwoniła że zepsuł jej się router i powiedziałem że podjadę i go naprawię, ale jak byłem na miejscu to była tak zdystansowana i niedostępna że jedyne co pamiętam to to że pomyślałem sobie Ty uparty lwie, nie wiesz ile mnie to wszystko kosztowało i co przeżyłem, i zachowujesz się jak zafoczona laska zamiast spróbować normalnie pogadać. I pojechałem z myślą że teraz muszę się zająć dzieckiem, a o nią zawalczę jak poukładam sobie głowę i sprawy z córką. No i to generalnie koniec. Później w sierpniu miała urodziny, wysłałem jej kwiaty. Podziękowała była miła, ale nie chciała się już umówić na spotkanie, próbowałem jeszcze dwa czy trzy razy, ale ostatecznie napisała że nie da się tego poskładać. Żeby było ciekawiej jak jechałem na kontrolę krtani to stojąc we Wro na światłach zobaczyłem jej auto zaparkowane przy ulicy. I jak naiwny pomyślałem że to nie może być przypadek i że spróbuję zawalczyć, znowu zadzwoniłem i chciałem ją zaprosić do restauracji i wszystko wyjaśnić, ale znowu odmowa. Na domiar złego okazało się w ten dzień że mam znowu guza tym razem w innym miejscu krtani i mnie poskładało psychicznie strasznie. Napisałem list i chciałem jej dać go osobiście, pojechałem do niej do pracy i chciałem jej go wręczyć, ale mnie policją postraszyła, co było jedną z tych rzeczy, których nie zapomnę nigdy, bo jestem osobą, która nigdy wobec nikogo nie była agresywna, ale dla niej najwyraźniej przekroczyłem jej strefę komfortu. W każdym razie zostawiłem list i odszedłem. Dwa dni po tym napisała mi smsa że mam 5 minut w restauracji takiej a takiej. I to było jak walec dla mnie. Nikt nigdy mnie tak nie skrzywdził werbalnie i niewerbalnie. Jak powiedziałem że przepraszam że nie chciałem jej skrzywdzić, że miałem depresję i załamanie nerwowe, to powiedziała żebym się tylko nie rozpłakał (list oddała, przeczytała tylko kawałek, ale nie doszła do części dlaczego tak się stało) i że jak bym przyszedł pół roku wcześniej to była by inna cytuję "gadka", że przez to że przyszedłem do jej pracy to straciła wszystkie miłe wspomnienia jakie jeszcze miała związane z moją osobą, i ze miesiac jej zajelo wyleczenie sie ze mnie i teraz jest jej zajebiscie. I jeszcze odebrała telefon jak ktoś dzwonił i mówiła że wszystko jest ok nie czuje się zagrożona, MASAKRA, ledwo do domu wróciłem byłem taki zbrukany psychicznie, ale zasłużyłem... Była dla mnie wsparciem i najmilszą osobą na świecie przez prawie 3 lata i skoro była zdolna powiedzieć takie słowa to nawet nie chcę myśleć jak bardzo czuła się przeze mnie skrzywdzona, że wytoczyła takie działa. To było w grudniu, pozbierałem się dopiero w lutym i napisałem jej że za wszystko ją przepraszam, że ma prawo żyć własnym życiem i że jeśli kiedykolwiek będzie chciała odnowić relację, ale tylko na jej zasadach i tylko jak będzie chciała to mój numer zna. I choć zrobiłbym wszystko dla niej to wiem, że te rany zawsze pozostaną i u niej i u mnie a mimo wszystko potrafiłbym dać nam szansę, bo pamiętam wszystko dobro jakie mnie spotkało a nie złe chwile. Tyle że to już koniec, nie umiem cofnąć czasu i przestrzeni. Niech będzie szczęśliwa, zasłużyła na to.
Mi sie za duzo spraw w jednym czasie nalozylo, bo covid ktory mnie strasznie przeoral, potem guz, potem rozwod, powiedzenie corce o rozwodzie, wyprowadzka. Przeroslo mnie to wszystko i oberwala niewinna osoba. Zabraklo szczerej rozmowy ze juz nie daje rady sam tego ogarnac.
Nie widujemy sie bo jakies 2 lata temu zmienila prace. Ostatnia wiadomosc od niej to: ostatni raz Cie czlowieku prosze daj mi spokoj, ukladam sobie zycie na nowo i spotykam sie z kims. Idz do psychiatry. Ja juz nic nie napisze dla mnie to jasny przekaz.
59 2022-03-14 20:18:16 Ostatnio edytowany przez Enona (2022-03-14 20:19:09)
Ja wysłałam list mailem dwa miesiące po rozwodzie. Naświetliłam w nim swoje motywacje i problemy. Od wspólnej koleżanki, przez którą się poznaliśmy, wiem, że go przeczytał. Skomentował, że widzę w nim tylko siebie. Także wiesz: gdyby Twój list został przeczytany, wcale niekoniecznie coś by to zmieniło. Jeśli ktoś nie chce, to żadne zewnętrzne działania tego nie zmienią. A nawet mogą zaszkodzić.
Mnie się od ostatniej rozmowy w lipcu nie udało z nim ani razu skontaktować. Po mailu raz zadzwoniłam i wysłałam SMSa. Cisza. W Święta chciałam podzielić się opłatkiem, wysłałam życzenia. Cisza. Przez koleżankę poprosiłam o rozmowę. Odpowiedział, że nie chce rozmawiać, przynajmniej jeszcze nie, może kiedyś, żebyśmy od siebie odpoczęli. Już w lipcu zablokował (uniewidocznił dla mnie) swój profil Fb, Msng.
Niedawno się to zmieniło, zaczęłam widzieć jego komentarze. Napisałam życzenia urodzinowe pod koniec lutego. Bez odzewu. Wysłałam zaproszenie, nie przyjął. Zobaczyłam, że jedzie do Lwowa. Koleżanka nieproszona napisała mu, że się o niego martwię. Odpowiedział, żebym mu dała już od siebie spokój. Wysłałam krótkiego maila, że uwidocznienie jego komentarzy odczytałam jako sygnał, że coś się u niego zmieniło. Jeśli się myliłam, to sory. Ale myślę, że zrobił to świadomie, pytanie tylko, dlaczego. Może ma już wywalone, a może za szybko zareagowałam.
A nie sądzisz, że w naszych sytuacjach, jeśli coś miałoby się wydarzyć, to tylko na całkiem nowym gruncie, kiedy czas i woda w rzekach upłyną? Ale my powinniśmy żyć, nie myśląc o tym i to jest najtrudniejsze. Tamte relacje są już zamknięte. I - jak piszesz - każda taka próba dla nas też jest zranieniem. Gdyby doszło do reaktywacji, te zranienia i upokorzenia doszłyby do głosu, żeby osiągnąć balans.
Ja juz zamknalem ten etap, nie chce siebie karmic zadna nadzieja. Musze sam siebie doprowadzic do pionu. Ostatnio widzialem jak wyglada i wyglada jak milion dolarow. Tyle ze ja zakochalem sie jak wygladala zupelnie inaczej i za tamta dziewczyna tesknie, bo dla mnie wtedy byla najpiekniejsza tym jaka byla a wyglad byl tylko milym dodatkiem.
Jeszcze przypomnialo mi sie a to wazne. Jak sie zwolnila to odsunelismy sie od siebie i bardzo mi jej brakowalo. Umowilem sie na spotkanie i wtedy obiecalem ze jak sie rozwiode to chce byc z nia. Wtedy mi powiedziala ze wiedziala ze jak sie przestanie odzywac to zatesknie i wroce a przynajmniej cos w tym stylu. No i czekala az jej nie zranilem.
Odpowiedział, żebym mu dała już od siebie spokój.
Enona, ile razy on jeszcze ma dać sygnał, żebyś mu dała spokój?
9 miesięcy.
List, życzenia, mail, pytanie przez koleżankę
A facet jasno komunikuje, że sobie tego nie życzy.
Co jeszcze on ma zrobić, żebyś Ty zrozumiała, że NIE oznacza NIE?
To dorosły facet. Potrafi podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje. Czemu nie możesz tego po prostu uszanować i przestać liczyć na powrót za jakiś czas, tylko przyjąć do wiadomości, że To skończone.
Lady Loka, znów polecam uważne czytanie w miejsce wyważania swoimi spostrzeżeniami otwartych drzwi.
Tamte relacje są już zamknięte.
Pinki18, a długo trwała wtedy Wasza rozłąka?
63 2022-03-15 08:37:11 Ostatnio edytowany przez Lady Loka (2022-03-15 08:39:48)
Lady Loka, znów polecam uważne czytanie w miejsce wyważania swoimi spostrzeżeniami otwartych drzwi.
Enona napisał/a:Tamte relacje są już zamknięte.
Pinki18, a długo trwała wtedy Wasza rozłąka?
Nie wyważam otwartych drzwi, odnoszę się do Twojego ostatniego posta, w którym dalej jęczysz i smęcisz, że może jak mu dasz czas, to facet jednak zechce kontaktu.
Jak myślicie, czy w przypadku takiej upartej osoby to może być znak jakiegoś zelżenia niechęci?
Skoro ciągle szukasz nadziei to w Twojej głowie nic nie jest zamknięte.
Cóż rozwiązaniem byłoby tu założenie sobie przez Ciebie własnego wątku zamiast wtrynianie się w czyjś, bo to myli.
Lady Loka, znów polecam uważne czytanie w miejsce wyważania swoimi spostrzeżeniami otwartych drzwi.
Enona napisał/a:Tamte relacje są już zamknięte.
Pinki18, a długo trwała wtedy Wasza rozłąka?
Krótko, może kilka tygodni.
Z perspektywy czasu wiem, że to był błąd, ten powrót. Jak się poznaliśmy to byłem otwarty na tę znajomość, adorowałem, byłem spontaniczny, rozmawialiśmy cały czas, robiłem jakieś prezenty, nie miałem w głowie tego wszystkiego z czym się musiałem zmierzyć. Później skupiłem się na tym żeby przygotować siebie i córkę na rozwód, i nawet nie zauważyłem jak się zaczęliśmy oddalać. Dodatkowo nalegała na to żebym się wyprowadził i na zbliżenie a to dodatkowo mnie dystansowało, bo czułem że mogę temu ulec a tak bardzo było to sprzeczne z tym co ustaliłem z nią na początku. Coraz bardziej mi doskwierało to że ze wszystkim zostałem sam i zamiast mi pomóc to ciśnie ciągle jeden temat. A tak naprawdę ja też czekałem na to aż to się wszystko skończy, aż będziemy razem tylko miałem do ogarnięcia najważniejszy temat, dobro dziecka i niestety ją zaniedbałem. Potem poszło lawinowo, covid, guz, depresja, rozwód, powiedzenie o tym dziecku, wyprowadzka, problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Z tym wszystkim byłem sam, nigdy mnie nikt nie zapytał jak się czuję i czy to ogarniam. I te wszystkie sprawy doprowadziły do tego że czuła się odrzucona i jak mi to kiedyś powiedziała że byłem jak beton, tyle że ten "beton" był spowodowany tym że czułem ciśnienie z jej strony zamiast pomocy a nie dlatego bo taki jestem. Rada dla kolejnych, najpierw rozwód, później porządek w głowie, a dopiero potem relacja z kimś innym, bo inaczej robimy krzywdę komuś i sobie pomimo że mamy dobre intencje i się staramy. Z jej strony na pewno jest dużo goryczy, złości i urażonej dumy a teraz pewnie obojętności. Nie chciała mnie wysłuchać, był już tym zmęczona, chciała zapomnieć i wiem że jak miałbym szansę to było by inaczej, bo poradziłem sobie z głową i demonami, ale było za późno, za późno. Mi pozostało tylko uszanować jej decyzję, choć chciałem i walczyłem o nią jak lew tyle że poległem jak mucha.
Ja serio Ci proponuję odpuścić. To nic nie da. Będzie powodować, że będzie się od Ciebie odsuwał bardziej a Ty tylko pogłębiasz stan w jakim jesteś. Te wszystkie historie, o tym że ludzie do siebie wracają to tylko promil przypadków, w które ja też uwierzyłem na początku, bo mówiła że to przeznaczenie że się spotkaliśmy i się tym karmiłem jak przypadkowo zobaczyłem jej auto jak stałem w korku, jak jadąc przez pewną miejscowość przypadkiem minęliśmy się na skrzyżowaniu, jak wracałem od psychologa to też minęliśmy się autem, było tych akcji więcej, ale trzeba o tym zapomnieć. Tyle że to nie przeznaczenie, to przypadek i im szybciej zrozumiesz, że musisz iść do przodu i pozwolić mu żyć własnym życiem, tym szybciej staniesz na kopytka.
Cóż rozwiązaniem byłoby tu założenie sobie przez Ciebie własnego wątku zamiast wtrynianie się w czyjś, bo to myli.
Masz rację, dzięki. Zasugerowałam się podobnym tematem, ale rzeczywiście - teraz widzę, że to może mylić. Wszystkich, którzy śledzili aktualne wpisy zapraszam do wątku: "Zły moment - zerwałam i żałuję". Przerzucę tam pierwszy post. Jeśli coś robię nie tak, Admini, dajcie znać.