Cześć,
piszę do tych, którzy albo mieszkali z rodzicami w czasie studiów, albo nadal mieszkają.
Czy też odczuwacie pewien dyskomfort psychiczny kiedy mieszkacie z rodzicami?
Jestem dość charakterną osobą, im starsza tym gorzej się zachowuję w domu. Wszystko mnie wkurza. Zostały mi niecałe 2 miesiące na skończenie studiów, później chcę gdzieś wyjechać a później wyprowadzić jeśli zarobię.
Wiem, że moi rodzice mnie kochają, dali by mi wszystko. Czasem pluję sobie w brodę, że chcę uciec, że chcę mieszkać sama.
Ale chyba czuję, że należy odciąć pępowinę.
Czuję się zamknięta w jakiejś jaskini. Mieszkamy w tym samym mieszkaniu od bardzo dawna. Obecnie kończę studia, mam trudny dyplom, czasem siedzę codziennie w domu, nie wychodzę.
Wiem nawet, że moje życie towarzyskie inaczej wyglądałoby po wyprowadzce.
Obecnie nie mam chłopaka, nie potrafię się do kogokolwiek uśmiechnąć. Wszystko mnie drażni.
Kiedy wychodzę i jestem ze znajomymi od razu czuję się lepiej, czuję, że żyję, jestem zaakceptowana przez jakąś grupę.
Nie mam chłopaka od bardzo dawna, pamiętam, że ostatniego miałam kiedy zapisałam się na dodatkowe zajęcia, ale z powodu uczelni musiałam z nich zrezygnować. Związek trwał w miarę długo ale i tak się później rozpadł.
Moje życie obecnie wygląda tak, że pracuję uczę się w domu. Od marca nic innego nie robię oprócz imprezowania, czasem coś zarobię na zlecenie w internecie i piszę ten dyplom.
Nie wiem czy powodem moich frustracji jest samo mieszkanie z rodzicami czy po prostu ten niefortunny czas kiedy jestem skupiona tylko na jednej rzeczy a i tak nie mogę jej skończyć ( praca dyplomowa). Nawet ćwiczę w domu, bo kiedy wychodzę poza niego czuję, że mogłabym coś jeszcze zrobić w pracy... Albo jestem uzależniona od pracy albo jakaś dziwna.
Nie wiem czy powinnam wyprowadzić się z domu, czy poczekać te niecałe 2 miesiące do obrony, załatwić to i iść tutaj do pracy. Nie wiem czym moja frustracja jest uzasadniona. Czy po prostu brakiem pewnego planu ( jak na zajęciach na uczelni lub w pracy- harmonogram godzinny) czy mieszkaniem z rodzicami.
Nawet w domu obecnie w tym momencie nie rozmawiam z tatą, nikt do mnie nie pisze na facebooku. Kiedy przez kilka dni nikt się nie odzywa uważam się za przegraną osobę, bez kontaktów towarzyskich wpadam w depresję i płaczę zamiast siedzieć nad swoimi zadaniami...
Czuję się przez to bardzo rozlazła psychicznie. Czuję, że nawet moje reakcje i moja mowa się przedłużają, dlatego też mam takie jakieś zrywy emocjonalne. Nie jestem spokojnym człowiekiem, od dziecka byłam niby zbutnowana. Potzreba mi przestrzeni i ruchu, endorfin i emocji. A kiedy siędzę w domu po prostu opadam z sił i czuję się nawet nie bezpiecznie i spokojnie ale staro...
Czy ktoś mógłby mi coś doradzić? jak zmienić nastawienie? Bo jeśli nie zmienię nastawienia, ani się nie obronię, ani nie wyjadę tylko wszystko przedłużę w czasie.. A tego nie chcę. Chcę załatwić wszystko w przeciągu następnych kilku tygodni a nie rozwlekać. Nienawidzę rozwlekania.
Najgorsze jest to,że nawet kiedy postawię sobie cel to i ta go nawet dla siebe nie mogę wykonać! Co jest straszne. Nie wiem dlaczego nie dotrzymuję obietnic dla siebie. Tak jakbym siebie okłamywała.
Czuję, że brak mi motywacji do działania mimo, że chcę coś zrobić.