Witajcie, chciałabym opowiedzieć wam moją historię i prosić o poradę, bo sama mam mętlik w głowie i nie wiem co zrobić.
W październiku 2014 r. zaczęłam studia i od razu poznałam pewnego chłopaka; oszczędzę wam szczegółów dotyczących początków znajomości, w każdym razie pod koniec stycznia dość niespodziewanie zostaliśmy parą.
Na początku nie czułam jakichś wielkich gorących uczuć ale te przyszły dość szybko i z dnia na dzień były coraz silniejsze. Zakochałam się do szaleństwa. To był mój pierwszy związek, jego też, nie licząc kilkumiesięcznej znajomości z dziewczyną z którą podobno do niczego poważnego nie doszło, a w dodatku oszukiwała go będąc jednocześnie z innym facetem. Wszystko działo się w szalonym tempie, spędzaliśmy razem każdą możliwą chwilę. Był dla mnie bez wad, w głowie układałam już plany ślubu, dzieci, dużego domu z ogródkiem.
Pierwszy raz coś nie zagrało kiedy zauważyłam, że on nie ma zupełnie żadnych przyjaciół. Miał mnóstwo znajomych, to ten typ człowieka którego każdy zna i który co chwilę wita się z kimś na ulicy, ciągle poznawał nowych ludzi, nigdy jednak nie udawało mu się zawiązać przyjaźni. Opowiadał mi, że jego przyjaciele zawsze po czasie odwracali się od niego w jakichś dziwnych okolicznościach, że czasem te przyjaźnie zmieniały się we wrogość. Wtedy trzymałam jego stronę i byłam pewna, że to z tamtymi ludźmi musiało być coś nie tak, bo przecież On jest taki idealny.
Pierwsze kilka miesięcy było sielankowe, ale jeszcze przed upływem pół roku zaczęliśmy się kłócić. Raz umówiłam się z kolegą na spacer, gdy mu o tym powiedziałam zaczął histeryzować, obraził się, nie odpowiadał na smsy (mieszkamy w innych miastach i głównie tak się kontaktujemy). Oczywiście spacer odwołałam i musiałam go przepraszać za ten pomysł choć czułam, że przegiął a ja nie zrobiłam nic złego. Były wakacje i chcieliśmy wyjechać gdzieś razem, ale nie mogliśmy się dogadać co do warunków. On usilnie namawiał mnie na wyjazd do Egiptu bo to jego ulubione miejsce i był tam wiele razy. Powiedziałam mu jasno, że rodzice mi tego nie sfinansują, z pracą u mnie w mieście cienko, a nawet gdybym jakimś cudem coś znalazła to nie zdążę zarobić tyle żeby było mnie stać. Jego rodzina finansowo stoi trochę lepiej od mojej, w dodatku jest jedynakiem i zawsze miał to czego pragnął, tak więc nie mógł mnie zrozumieć. Twierdził że specjalnie "psuje mu wakacje", "marudzę" i "jeśli nie zgadzam się na jego plan to mam sama zaproponować i zaplanować coś innego". Padło na Bałtyk. Warunki mieszkaniowe na miejscu były naprawdę ok tylko pogoda taka sobie bo był przełom sierpnia/września i słońce już tak nie prażyło, choć ani razu nie padało. Nie był zachwycony. Na plaży byliśmy może ze 2-3 razy w ciągu tygodnia, a i to na chwilę. Nie miał ochoty oglądać ze mną zachodów ani choćby posiedzieć na piasku i popatrzyć na morze. Dużo czasu spędzaliśmy w pokoju przed telewizorem, wyłącznie przez niego. Był trochę zdegustowany wszystkim wokół, jakby wstydził się że tam jest; nie uśmiechnął się chyba ani razu, chodził przygnębiony i drażliwy, na koniec stwierdził że za rok "koniecznie zagranica". Oprócz wyjazdu mieliśmy jeszcze mnóstwo innych powodów do kłótni, głównie jakichś głupot, sądziłam jednak że to ze względu na rozłąkę i kiedy zaczniemy się częściej widywać to minie.
W październiku zamieszkaliśmy razem a ja od razu tego pożałowałam. Krytykował wszystko co robiłam w domu. Okazało się że źle myję naczynia, zamiatam, prasuję, myję podłogi, nie umiem robić zakupów - jego zdaniem oczywiście. Nigdy wcześniej nie dopuszczał mnie do gotowania, twierdził że to lubi i chce mi gotować do końca życia; ja nie lubię tego robić więc cieszyłam się że mam gotującego chłopaka. We wspólnym mieszkaniu okazało się, że dla niego to megaważne żebym mu gotowała, zawsze marzył o kobiecie czekającej na niego z obiadkiem, przez żołądek do serca itp. Ok, starałam się coś działać w tej kwestii, ale jego docinki mnie zniechęcały. Wypominał że to czy tamto jest za mało przyprawione, tamto przegotowane albo zimne. Nie chciał mi doradzić co robić żeby było lepiej, zamiast tego czasem czegoś dosypał czy przemieszał i wtedy twierdził, że oto zrobił obiad, mimo iż jego wkład był znikomy.
W ogóle od początku związku lubił mówić o mnie jako o sierotce, którą on się opiekuje. Zawsze podkreślał fakt, ile on dla mnie robi, a mój wkład zupełnie pomijał. Nawet moja mama, która często ma do mnie zastrzeżenia, zwróciła mu kiedyś uwagę uwagę, że niesprawiedliwie mnie ocenia i wcale nie jestem niedorajdą, przeciwnie, umiem wszystko sama zrobić i o wszystko zadbać. Poza wypominaniem nieporadności wyśmiewał się też np z mojego wyglądu czy charakteru. Znajomi pytali mnie, czy nie przeszkadza mi kiedy On mnie ciągle "pojeżdża". Nie przeszkadzało mi, uważałam to za urocze, droczenie się.
Kiedy przestaliśmy się kłócić o techniczne kwestie związane z mieszkaniem ze sobą, zaczęły się wielkie dramaty uczuciowe. Kłócimy się w różnych odstępach czasu, czasem codziennie przez kilka dni, innym razem jest przerwa na kilka tygodni, później znowu. Kiedy zaczynam myśleć, że powinniśmy zerwać, on jest taki słodki, kochany, idealny, że pukam się w głowę i Bogu dziękuję że na kogoś takiego trafiłam.
Studiujemy ten sam, dosyć ciężki kierunek, jednak jemu idzie o wiele lepiej niż mi. Jestem czwórowo-trójową studentką, nie kręci mnie to co robię i myślę o zmianie studiów. On co prawda też jest tu z przypadku, bo na wymarzony kierunek się nie dostał, jednak bardzo przykłada się do nauki. Do najprostszego kolokwium, które wymaga może dwóch trzy nauki, potrafi kuć od rana do nocy przez dwa tygodnie. Po prostu ile by mu nie dać czasu, cały poświęci na naukę i będzie twierdził że to za mało. Wtedy nic innego się nie liczy, nie ma czasu na sprzątanie, rozmowę ze mną, na nic. W dodatku goni mnie do nauki, mówi że jestem leniwa, wypomina każde pięć minut przerwy na zrobienie herbaty.
Zaczęłam się buntować przeciw jego wyśmiewaniu i przytykom. Kiedyś powiedziałam mu że to koniec. Wyszedł w środku nocy z domu, nie odpowiadał na smsy. Martwiłam się, myślałam że coś mu się stało, płakałam. Kiedy wrócił po kilku godzinach byłam tak wykończona psychicznie, że kiedy wziął mnie w ramiona nie protestowałam.
Powoli dostrzegam coraz więcej jego wad. Dziś na przykład powiedział mi że wie, dlaczego jestem taka tłusta (BMI 21,5). Jestem świnią szykowaną na ubój:/ Bardzo mnie to zabolało, tym bardziej że od około miesiąca jestem na diecie i nie mogę schudnąć z przyczyn medycznych i on o tym wie. Mówiłam mu, że przegiął tym tekstem (nie pierwszy raz zresztą), że nawet wobec dziewczyny z dystansem do siebie jak ja trzeba znać pewne granice, a on twierdzi że takie ma poczucie humoru, on nie zna granic i się ich nie nauczy. Czasem mówi mi też, że go "wkurwiam", np wtedy gdy chcę się przytulić albo radzę żeby aż tak się nie przejmował studiami. Często strzela fochy, nie odzywa się, ostentacyjnie mnie ignoruje a ja nawet nie wiem dlaczego. Później tradycyjnie następuje kłótnia, w której on wyrzuca mi wiele gorzkich słów. W dodatku potrafi mnie jakoś tak zmanipulować że wierzę, że każda kłótnia to moja wina (choć po chłodnej analizie wiem że to nieprawda).
Rok temu byłam szczęśliwa, pełna energii, z wiecznym uśmiechem na twarzy, spotykałam się z ludźmi. Dziś nie mam nawet z kim porozmawiać, wszystkie znajomości poświęciłam dla tego związku. Kiedy ktoś proponował spotkanie odmawiałam, bo chciałam spędzić czas z moim facetem w tych krótkich chwilach kiedy się nie uczył. Czasami byłam już umówiona, ale musiałam w ostatniej chwili wszystko odwołać bo zaczynał marudzić że jego nikt nie lubi, nie ma towarzystwa itp. Zostawałam z nim, żeby nie czuł się sam. Próbowałam zapoznać go z moimi znajomymi, ale wykręcał się za każdym razem.
Jeszcze jedna rzecz która mnie denerwuje. Kiedy np. dobrze poszedł mi egzamin/kolokwium/cokolwiek, mówi że należy mi się nagroda. "Chodźmy na zakupy, zasłużyłaś na to". Myk polega na tym, że ja sama mam sobie za te zakupy zapłacić. Ja wiem kiedy mogę sobie na coś pozwolić, ale nie mam tyle pieniędzy żeby co miesiąc wymieniać pół garderoby. Zależy mu na tym żebym ładnie wyglądała, często narzeka że mam za mało torebek, butów czy ciuchów, ale nie piśnie słowem że się dorzuci czy zasponsoruje. Często porównuje mnie do swojej matki. "Powinnaś kupić sobie porządne buty, mama kupiła sobie ostatnio w XXX za 800 zł, ty kupujesz z YYY a tam nie ma dobrej jakości". Tłumaczę go że nie mam fetyszu na tanie buty i ciuchy z sieciówki, zwyczajnie na nic lepszego mnie nie stać.
Ostatnio powiedział mi, że nie ma żadnych wspomnień z tego roku przeżytego ze mną, pamięta tylko kłótnie. Mocno mnie to zabolało. Mówi mi też że nie mam pasji, ale to nieprawda, raczej on ich nie ma. Chciałam zawsze podróżować, zazdroszczę ludziom którzy potrafią wyjechać w ciekawe miejsce za grosze, spać w namiocie albo schronisku i tak po kawałku zwiedzać świat jeszcze za swej młodości. Też bym tak chciała - ale z moim chłopakiem to niemożliwe, on nie wyjedzie nigdzie bez oferty all inclusive, a na to nie będę mogła sobie pozwolić pewnie przez najbliższe 10-15 lat.
Czasem myślę sobie, co mogłabym zrobić gdybym była singlem. Zaczęłabym zwiedzać, zapisała się na kilka wymarzonych kursów, poznała nowych ludzi (on twierdzi że wszyscy to dzieci i idioci). Chciałabym tego, byłabym w końcu znowu szczęśliwa. Ale nie mogę tego zrobić, bo bardzo go kocham:( Powiedzcie mi, czy to ze mną jest coś nie tak i wymyślam sobie problemy? Czy mam choć trochę prawo czuć się przytłoczona?