Mam 22 lata, studiuję. I to tyle co mogę o sobie powiedzieć. Zawsze mówiłam sobie (i osobom w moim otoczeniu), że to, że nie mam nikogo, to żaden problem, widocznie tak musi być, przynajmniej mogę robić co chcę, nikomu się tłumaczyć itp, itd. Niestety, teraz widzę, że takie podejście jest błędne. Widząc znajomych, którzy powoli zaczynają układać sobie życie - biorą śluby, zaręczają się, szukają razem mieszkań, rodzą dzieci itp, zaczynam dostrzegać jak bardzo jestem samotna. Widzę, że kiedyś znajomi mieli czas, żeby codziennie napisać, zadzwonić, pogadać - teraz już każdy myśli o sobie, a nie o tym, co się dzieje u koleżanki (nie chcę przez to powiedzieć, że przyjaciele mają mnie totalnie gdzieś, nie o to mi chodzi, oczywiście spotykamy się, mamy kontakt, ale już nie tak często jak wcześniej). Wiadomo, że taka jest kolej rzeczy, ale kiedy nikt nie pisze, nie dzwoni, tak po prostu, to jest to smutne. Druga rzecz, która mnie dobija, to studia. Bardzo wymagające - sporo zajęć na uczelni, plus częste kolokwia, sprawiają, że nie mogę sobie pozwolić na częste imprezowanie (chociaż w sumie tego nie lubię za bardzo). Oczywiście mogę pogodzić naukę z życiem, ale czasami siedząc w nocy o 1 czy 2 przy książkach, mam wrażenie, że tylko kuję kolejny przedmiot i właściwie nic mnie w życiu więcej nie czeka, oprócz wkuwania. Tylko muszę siedzieć nad książkami. W dodatku ciągle mam wizję siebie w przyszłości, tzn. pani magister przychodząca sfrustrowana po pracy (niestety, moje studia nie są tymi "wymarzonymi", kiedyś tak myślałam, ale teraz już wiem, że nie. Ale po 3 roku, nie będę ich przerywać), do pustego domu, gdzie nikt i nic na nią nie czeka. Co więcej, brak mi siły i motywacji do zmiany czegokolwiek. Zauważyłam też, że zaczynam mieć problem z jedzeniem: słodyczy i fastfoodów, czy jestem zadowolona, czy smutna, hamburger, frytki i cola są super. Pomocy. Co mam zrobić, żeby zmienić swoje życie. Nie chcę być nieszczęśliwa, tak jak teraz. Proszę o motywację, bo w sobie nie umiem jej znaleźć ![]()
Podobne tematy
Lepiej przestań źle się odżywiać... bo zrobi się z ciebie nie atrakcyjna kobieta... i w tedy faktycznie zostaniesz sama jak palec.... no, chyba, że ktoś lubi grube...
Masz 22 lata a podchodzisz jak byś już miała 50...
No i aby zmienić swoje życie zacznij myśleć pozytywnie.... wyobraź sobie jakie ono ma być... bo na razie idziesz nie w tym kierunku...
3 2015-05-12 19:00:55 Ostatnio edytowany przez freloo92 (2015-05-12 19:05:37)
Zawsze mówiłam sobie (i osobom w moim otoczeniu), że to, że nie mam nikogo, to żaden problem, widocznie tak musi być, przynajmniej mogę robić co chcę, nikomu się tłumaczyć itp, itd. Niestety, teraz widzę, że takie podejście jest błędne. Widząc znajomych, którzy powoli zaczynają układać sobie życie - biorą śluby, zaręczają się, szukają razem mieszkań, rodzą dzieci itp, zaczynam dostrzegać jak bardzo jestem samotna.
Miałem identycznie, tak po prawdzie dalej czuję się bardzo samotnie, ale próbuję z tym walczyć. W rzeczywistości prawda leży gdzieś po środku. Błędnie zakładasz, że zostaniesz samotna. Otóż nie musi tak być. Błędem jest również myślenie, że bycie samotnym jest złe. Nie jest, ale myślę, że należy to potraktować jako czas na rozwój. To taka droga okrężna do bycia z kimś. Na wprost jest bagno pełne Twoich żali i smutku, za którym jest Twoje szczęście. Możesz spróbować przez to bagno przejść, co prawdopodobnie się nie uda i utoniesz. Jest natomiast droga okrężna, tuż przy krawędzi bagna, niełatwa, ale za to je ominiesz, tylko musisz uważać, aby do niego z tej drogi nie spaść. Trzeba też dużo cierpliwości niestety, ale tak chyba jest we wszystkim, co chcemy osiągnąć.
Przede wszystkim nie możesz myśleć negatywnie, że zostaniesz sama i koniec. Jeżeli czujesz się przygnębiona samotnością, czy z jakiegokolwiek innego powodu, przepłacz i przeczekaj to, po prostu poczekaj na lepsze dni, kiedy będziesz miała dużo lepszy humor. To dobry początek, żeby zacząć myśleć pozytywnie. Tylko pamiętaj, że nikt nie urodził się zwycięzcą, będzie dużo upadków (tzn. nie raz poczujesz się przygnębiona kolejny raz z powodu samotności), ale trening czyni mistrza. Im więcej razy upadniesz, ale będziesz próbowała wstać, tym łatwiej i szybciej pozbędziesz się kolejnych przygnębień, aż w końcu wcale nie będziesz dopuszczać takich myśli do siebie. I o to chodzi.
Możesz próbować ukryć swoje humory, żeby nie były widoczne na zewnątrz, według zasady "fake it 'till you make it". ![]()
Tak ja to widzę na dzień dzisiejszy, jeśli np. chodzi o mnie. Nie jestem humanistą, wręcz przeciwnie, ale taka analogia z tym bagnem naszła mnie ostatnio.
Przedmówca ma rację co do odżywania. Nie czuj się osaczona przez nas tutaj, że każdy Ci wtłacza do głowy jakie to fastfoody są złe itp. Po prostu weź to na spokojnie, przemyśl to sobie.
Fajną opcją na początek jest jedzenie tego co normalnie, ale w mniejszej ilości. Taki psychologiczny/iluzjonistyczny trick, ułatwiający to zadanie, polega na używaniu małych talerzy. Połowa tego co na dużym wygląda równie sycąco na małym talerzu. Takie złudzenie. Mózg łatwo oszukać, w tym także na swoją korzyść.
Polecałbym jednak odciąć się od takich typowych fastfoodów i napojów gazowanych. Raz na jakiś czas jest to ok, ale nie codziennie.
Zacznij od małych zmian, bez ciągnięcia wszystkich srok za ogon. Gdy uda Ci się coś małego zmienić w sobie i stało się to pewnego rodzaju nawykiem, możesz próbować z tym samym, ale o stopień trudności wyżej, lub jeżeli uznasz, że jedną rzecz udało Ci się zmienić wystarczająco, możesz próbować z inną. Nie chodzi o to, żeby od razu brać na plecy ciężar 50 kg, tylko aby wziąć ten mały 1 kg, ponieść go trochę, wziąć kolejny 1 kg i tak do momentu, aż będzie Ci się wygodnie niosło te 50 kg (kolejna analogia
).
PS. Jaki kierunek studiujesz? Gdybym miał możliwość, wyciągnąłbym Cię na rower. ![]()
Jestem prawdziwą debiutantką, trochę się tu gubię, ale musiałam spróbować pogadać z kimś o samotności...
Natrafiłam na Twój post i poczułam, jakby było o mnie... Tyle,że ja jestem nieszczęśliwa i niesamowicie samotna, mimo iż nie sama...
Dlaczego do Ciebie piszę? Po pierwsze, dlatego, żeby Cię ostrzec przed taką jak moja pomyłką a po drugie, żeby się wygadać.
Otóź 10 lat temu po kolejnym związku z tzw nieodpowiednim facetem chciałam bardzo stabilizacji, dzieci i ciepła ogniska domowego.Chodziłam na kolejne wesela znajomych, rodziny, przyjaciół... Tęskniłam za dawnymi czasami, kiedy to wszyscy byliśmy singami, super paczką itp
Do tej pory spotykalam mężczyzn, którzy mnie zwodzili i nie myśleli poważnie o życiu. Los sprawił, że poznalam "spokojnego" mężczyznę, przystojnego, nie pijącego domatora, pracowitego, inteligentnego z dobrymi perspektywami zawodowymi. Myślałam, że zawsze będę taka szczęśliwa i że to mi wystarczy. Szybko razem zamieszkaliśmy, potem zaręczyny, ślub i dzieci i miało być tak pięknie... I może by było, gdyby prócz ówczesnej naszej samotności połączyło nas coś jeszcze... Zauroczenie szybko minęło, a prócz domu o jakim marzyliśmy, prócz dzieci które kochamy nad życie, NIC nas nie łączy i znowu jesteśmy samotni!
Ale dlaczego Ci to piszę, otóż na wlasnym przykładzie wiem, że czasem samotność popycha nas w jeszcze większą pustkę. Szukając drugiej połowy zadbać należy przede wszystkim o wspólne zainteresowania, pasje, podobne podejscie do zycia. W moim zwiazku tego nie ma. Mam swojego wymarzonego ojca dla moich dzieci, dobrego czlowieka, ale nie dobrego meża ;( Niestety jesteśmy zupełnie inni, zupełnie inne rzeczy są nam miłe, zupełnie czego innego potrzebujemy więc zupełnie się oddaliliśmy od siebie i myślę, ze oboje jesteśmy strasznie nieszczęśliwi.
Dlatego postaraj się znaleźć nie tylko partnera do życia, do kupna wspolnego domu, do wspolnych wyjsc do znajomych Ale partnera do życia w szczęściu, zrozumieniu, miłości... Czasem lepiej wieść samotne życie,ale w zgodzie z sobą. Naprawdę. Trzymaj się, nie poddawaj w dążeniu do celu ale w rozpaczy samotności bądź mądra.
Hej
Doskonale wiem co czujesz
Skończyłam studia techniczne, nie było lekko. Męczyłam się z nadzieją, że będzie po tym praca. No niestety było inaczej
Ale wciąż nie tracę nadziei
Kończę studia podyplomowe, może w końcu coś się ruszy. Co najgorsze musiałam wrócić do rodzinnej miejscowości, nie ma sensu opłacać mieszkania w dużym mieście, skoro nie mam tam pracy. A wiecie jak to jest po 6 latach... nie mam tu już praktycznie żadnych znajomych, nie mam nawet z kim wyjść na głupią kawę, czy spacer. No oszaleję chyba. Z obawy przed samotnością (tak teraz myślę) wpakowałam się w związek, który nie ma przyszłości- więc na prawdę nie warto szukać na siłę. Czasem siedzę i użalam się nad sobą ale to nic dobrego nie przynosi. Mija mi tylko dzień za dniem. Mam 25 lat i też czuję się staro jak patrzę na fejsa i ciągłe śluby, zaręczyny, dzieci znajomych
Trzeba zacząć żyć! Ja postanowiłam, że będę biegać (chociaż jakoś nigdy mi to nie wychodziło-ale teraz musi się udać). Jedzenie fast foodow nic dobrego nie przyniesie,a tak to spojrzysz na siebie i jak zobaczysz w lustrze super laskę to i samopoczucie się poprawi ![]()
Jestem prawdziwą debiutantką, trochę się tu gubię, ale musiałam spróbować pogadać z kimś o samotności...
Natrafiłam na Twój post i poczułam, jakby było o mnie... Tyle,że ja jestem nieszczęśliwa i niesamowicie samotna, mimo iż nie sama...
Dlaczego do Ciebie piszę? Po pierwsze, dlatego, żeby Cię ostrzec przed taką jak moja pomyłką a po drugie, żeby się wygadać.
Otóź 10 lat temu po kolejnym związku z tzw nieodpowiednim facetem chciałam bardzo stabilizacji, dzieci i ciepła ogniska domowego.Chodziłam na kolejne wesela znajomych, rodziny, przyjaciół... Tęskniłam za dawnymi czasami, kiedy to wszyscy byliśmy singami, super paczką itp
Do tej pory spotykalam mężczyzn, którzy mnie zwodzili i nie myśleli poważnie o życiu. Los sprawił, że poznalam "spokojnego" mężczyznę, przystojnego, nie pijącego domatora, pracowitego, inteligentnego z dobrymi perspektywami zawodowymi. Myślałam, że zawsze będę taka szczęśliwa i że to mi wystarczy. Szybko razem zamieszkaliśmy, potem zaręczyny, ślub i dzieci i miało być tak pięknie... I może by było, gdyby prócz ówczesnej naszej samotności połączyło nas coś jeszcze... Zauroczenie szybko minęło, a prócz domu o jakim marzyliśmy, prócz dzieci które kochamy nad życie, NIC nas nie łączy i znowu jesteśmy samotni!
Ale dlaczego Ci to piszę, otóż na wlasnym przykładzie wiem, że czasem samotność popycha nas w jeszcze większą pustkę. Szukając drugiej połowy zadbać należy przede wszystkim o wspólne zainteresowania, pasje, podobne podejscie do zycia. W moim zwiazku tego nie ma. Mam swojego wymarzonego ojca dla moich dzieci, dobrego czlowieka, ale nie dobrego meża ;( Niestety jesteśmy zupełnie inni, zupełnie inne rzeczy są nam miłe, zupełnie czego innego potrzebujemy więc zupełnie się oddaliliśmy od siebie i myślę, ze oboje jesteśmy strasznie nieszczęśliwi.
Dlatego postaraj się znaleźć nie tylko partnera do życia, do kupna wspolnego domu, do wspolnych wyjsc do znajomych Ale partnera do życia w szczęściu, zrozumieniu, miłości... Czasem lepiej wieść samotne życie,ale w zgodzie z sobą. Naprawdę. Trzymaj się, nie poddawaj w dążeniu do celu ale w rozpaczy samotności bądź mądra.
Bardzo mądre słowa ! Do autorki postu i wszystkich tych dziewczyn, które rozpaczliwie poszukują faceta- wydrukować i powiesić nad łóżkiem, by o tym nie zapomnieć.
7 2015-05-26 15:05:27 Ostatnio edytowany przez informatyczka (2015-05-26 15:06:57)
czesc, jestem tu nowa i tak jak Ty kosoglos czuje sie strasznie samotna. Odkad przyszlam na studia, nie zbyt zgralam sie z ludzmi z roku. Poza tym na moim kierunku nie ma za duzo dziewczyn a chlopaki jak to chlopaki wola trzymac sie w swoim gronie... Po ostatnim nieudanym zwiazku zaczelam myslec ze zawsze bede sama, bo nie za bardzo chlopacy zwracaj na mnie uwage. Lubia mnie jako kolezanke ale nikogo wiecej... nie wiem co robic zeby nie czuc sie samotna, nie mam motywacji do nauki i wgl do zycia.