Jesteśmy ze sobą od 4 lat. Nie mieszkamy ze sobą, ale spotykamy się bardzo często. Pracujemy w jednym zawodzie choć w różnych firmach z tą różnicą, że on pracuje w tej branży już od kilku lat, a ja dopiero od kilku miesięcy. Mamy za sobą klika sprzeczek i kłótni, ale za każdym razem w końcu się pogodziliśmy.
Przedwczoraj poprosiłam go o poradę związaną z pracą zawodową, wiedząc że ma on ma większą widzę w tym temacie. Odpowiedź była odmowna, stwierdził,że nie ma czasu. Dodam,że była to już moja kolejna prośba w tym temacie ( wcześniej też nie dostałam żadnej istotnej odpowiedzi, jedynie jakieś pobieżne, zdawkowe stwierdzenia). Zapytałam, kiedy więc będzie miał czas,żeby chwilę o tym porozmawiać. Odpowiedział: "nie wiem". Zrozumiałam,że się wykręca i zarzuciłam mu,że nigdy nie ma czasu gdy ja czegoś potrzebuję. Poprosił, bym wysiadła z jego auta, bo on teraz nie ma dla mnie czasu. Gdy dalej próbowałam nalegać na rozmowę, spojrzał na mnie wściekły i krzyknął: "Wyp******aj !".
Oczywiście wysiadłam z auta bez słowa i odeszłam.
Nie raz się kłóciliśmy, ale on nigdy wcześniej nie użył takiego słowa w stosunku do mnie.
Dzisiaj cały dzień się nie odzywał, nie dzwonił ( zawsze dzwonimy do siebie codziennie).
Nie wiem co mam robić, czy do niego dzwonić, czy milczeć i czekać aż on się pierwszy do mnie odezwie. Ja w sumie nie czuję się niczemu winna. No może tego że czasami jestem trochę marudna i upierdliwa.
Dodam jeszcze,że w kilkanaście minut po całym zajściu wykonałam krótki telefon do niego, mówiąc:"Jak będziesz jednak chciał pogadać, to zadzwoń". Odpowiedział tylko:"zrozumiałem". I nic więcej. Potem zalałam się łzami...
Zależy mi na nim i nie chciałabym go stracić.
Poradźcie co robić...