Przepraszam jeśli zakładam kolejny wątek. Jesteśmy razem ponad rok, znamy się od paru lat, długi czas byliśmy przyjaciółmi, a kiedy ja zrywałam z moim długoletnim partnerem od razu praktycznie weszłam w nowy związek. Przeżywałam bardzo z tego powodu, chodziłam do psychologa, ciężko mi było się podnieść po zerwaniu, a jednocześnie musiałam już spełniać oczekiwania nowego związku.
Praktycznie cały związek jest wielką huśtawką. Zaczęłam się zmieniać, zmieniałam moje wady, które on ciągle widział, nie krzyczałam podczas kłótni ( choć nadal mi się to zdarza), wiele razy wybuchałam takim płaczem ze prawie mdlałam z emocji... Wiele razy kłóciliśmy się o takie błahostki, tylko dlatego, że mu powiedziałam coś, co on odebrał jako atak, nie widział swojej winy, przerabiał to tak, żeby zawsze była w tym również i moja wina jak nie cała... Powiedział mi kiedyś że kiedy zmieniłabym w sobie swoje wady byłoby to dla niego wystarczające. Potrafi być kochany, rozmowny, czarujący, ale potem nagle gdzieś to znika, nie interesuje się co ze mną, jest jakiś cichy, nie poznaje człowieka... Związałam się z nim, bo dogadywaliśmy się świetnie, mogliśmy spedzac ze sobą czas ciągle, mocna chemia, byłam bardzo zakochana... Bardzo się bałam, ponieważ często flirtował z dziewczynami, bardzo dobrze się z nimi dogaduje, kiedyś był typem amanta, teraz sam twierdzi że już tego nie potrzebuje bo ma mnie, wierze mu, aczkolwiek jeszcze z początku naszego związku wyszła pewna sytuacja z naszą znajomą i nadal we mnie to siedzi, mimo tego, że jeśli chodzi o te sprawy zmienił się bardzo.
Podejrzewam, że ma problemy psychiczne, miał również ciężkie dzieciństwo. Sam potwierdza, że rzadko odczuwa empatię, nie rusza go krzywda drugiej osoby, dąży do swojego celu, chce być szczęśliwy dla siebie. Bardzo często podkreśla ile dla mnie robi, że go nie doceniam, stale prosi ode mnie aprobaty, podkreśla jak się okropnie zmienił. Jemu bardzo, baardzo zależy, żebym ja go przepraszała, chyba nie wiem, jak najwięcej się da. Podczas sprzeczek, że zrobiłam jakąś spinę, albo że powiedziałam złym tonem,a jeśli nie to, to o co innego. I często wysłuchiwałam i faktycznie przyznawałam mu rację przepraszałam i czułam się źle że jestem okropna.
Ostatnia nasza awantura rozegrała się wczoraj, kiedy odprowadzał mnie do mieszkania. Olewał moje pytania, albo mówił ze nie bedzie na nie odpowiadał poki sie nie uspokoje, zaczełam więc mowic spokojnie - nic. Szedł ciągle pare kroków przede mna. Nie wytrzymałam i miałam kolejne załamanie nerwowe, przez to co robił... On po prostu stał i patrzył się aż się uspokoję. W międzyczasie powiedział mi, że kiedy mnie odprowadzi zerwie ze mną... Część ominę, powiedziałam mu tylko, żeby udał się do psychologa, bo zniszczył moją psychikę i chce przynajmniej wiedzieć czy to przez jego charakter, czy problem w psychice. Kiedy wrócił do domu napisał mi tylko, że zle sie czuje, ze brak w naszym zwiazku akceptacji, szacunku i zaufania, ze chyba pojdzie do psychologa, i ze nie wie czemu zerwał.
Pomóżcie... Ktokolwiek wie o czym mówię... Jestem młodą osobą, a moja psychika jest juz zszargana do tego stopnia, ze podejrzewam u siebie nerwice, mam problemy żołądkowe, często płaczę, miałam również chandrę połączoną z myślami samobójczymi. Nie wiem co robić, bo czuję że go potrzebuję, ale tylko tej pierwszej twarzy, która jest dla mnie kochana i w której się zakochałam.. Chcę mu pomóc, ale mimo to już opadłam z sił...
* Już parę chwił po załączeniu posta, poczułam się źle że tak o nim piszę, czuję potrzebę powiedzenia, że mimo tego jest dobrym chłopakiem, bardzo mnie wspiera i sam wyprowadzał mnie z moich dołków. Czuję, że muszę o tym napisać.