Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie... - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » RELACJE Z PRZYJACIÓŁMI, RELACJE W RODZINIE » Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 14 ]

1 Ostatnio edytowany przez Eileen (2015-02-20 14:58:50)

Temat: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Temat z cyklu "chcę się wyżalić, potrzebuję rady, tak bardzo nie wiem, co robić". Pewnie ci, którzy kojarzą moje posty, wiedzą, że moja empatia i wrażliwość zmieściłyby się razem w łyżeczce do herbaty, więc proszę o pomoc osoby o większej inteligencji emocjonalnej niż ja (czyli chyba wszystkich) oraz ewentualnie o solidny opieprz pod pretekstem otworzenia mi oczu. Dziękuję.

Dramat w III aktach.

Bohaterowie:
ja - "zdiagnozowana" przez panią profesor psychologii neurotyczka o sposobie bycia na pierwszy rzut oka wykluczającym posiadanie jakichkolwiek uczuć
on - zamknięty w sobie, duszący wszelkie emocje, niepotrafiący rozmawiać o problemach, nieśmiały (chyba ex-) przyjaciel, obecnie współlokator bohaterki nr 1 i osoba, z którą ona kieruje zespołem.

Akt I

Bohaterowie wynajmują razem mieszkanie, sielanka. Współpraca nadal przyjemna. Coś tylko jest inaczej. On się przestał jej zwierzać, "wypłakiwać", jakby się oddalił. Pojawia się niezgoda w pracy (więcej tutaj http://www.netkobiety.pl/t79000.html - postanowiłam przenieść się do "przyjaciół", bo z samą pracą to już niewiele ma wspólnego). Pierwsza wielka kłótnia, ciche dni, zawiedzione zaufanie, ale bohaterka wybacza, może chciał to załatwić inaczej, zresztą przeprosił ostatecznie i przyznał jej rację. Bohaterka zakłada, że wszystko już jest okej.

Akt II

Bohaterka dowiaduje się o kolejnych manipulacjach w pracy bohatera, o faworyzowaniu itd. Postanawia raz w życiu zachować się dojrzale, przeprowadza rozmowę 4-godzinną, bohater też się wypowiada, dochodzą do zgody. Rozmawiają nie tylko o pracy. Wszystko zakończone jak w komediach romantycznych - bohater mówi, że może tego nie okazuje, ale cieszy się, że współpracuje z bohaterką i nie chce, żeby odchodziła z pracy, cieszy się, że sobie wszystko wyjaśnili. Na koniec wielkie przytulenie. Cudownie oczyszczona atmosfera, bohaterka rozumie motywy bohatera, zakłada, że bohater rozumie jej. Soł słit. Jako że wcześniej bohater zamiast wygarnąć bohaterce, co mu nie pasuje, żalił się wszystkim dookoła, obiecuje, że już będzie mówił jej wprost. Super.

Akt III

Bohaterka znowu dowiaduje się o coraz poważniejszych rzeczach związanych z faworyzowaniem przez bohatera dwójki podwładnych. Bohaterka dostaje szału. Prosi jeszcze spokojnie bohatera, żeby powiedział wszystko, co zrobił w związku z tym. Bohater przyznaje się tylko do jednej rzeczy (jednocześnie przyznając się do wcześniejszego kłamstwa). Emocje bohaterki biorą górę, dziękuje bohaterowi za współpracę, zapowiada odejście po zakończeniu jednej sprawy. W końcu okłamał ją prosto w oczy, nie przyznając się do pozostałych rzeczy. Bohaterce jednak robi się żal i znajomości, i pracy, więc podejmuje ostatnią próbę dogadania się. Nie oskarża, tylko tłumaczy, co wie, co ją boli, dlaczego tak zareagowała. Wysyła to mailem, jako że bohater wyjechał, poza tym bohater ma problemy z mówieniem głośnym o problemach. Bohater do pewnych rzeczy się przyznaje, tych co musi, a w pozostałych kręci. Bohaterkę boli serduszko, ale zdaje sobie sprawę, że też w pewnych sprawach być może szłaby w zaparte. Jednak coś tam kłuje, bo nie w takich - do tych by się przyznała i przeprosiła. Ale jednak bohater napisał, że cieszy się, że porozmawiali i okej. Tyle że nadal żali się wszystkim na bohaterkę. A jednocześnie czasem proponuje jej różne formy spędzania wspólnego czasu, prywatnie jest okej. A żali się nadal. Niemal - obgaduje. I nadal na siłę próbuje przepchnąć swoich podwładnych w górę. Tych dwoje.

Wnioski?

Bohaterka sądzi, że:
a) bohater ma bohaterkę w d... i na co dzień jest miły tylko po to, by mieć święty spokój. A jednak poprosił bohaterkę, żeby pojechała z nim w niedzielę na spotkanie ze znajomą, czego robić absolutnie nie musiał.
b) bohater silnie przeżywa atmosferę w mieszkaniu (podczas sprzeczki rodziców wychodził z domu na kilkugodzinny spacer...), żali się wszystkim pod wpływem emocji, nie potrafi ostatecznie porozmawiać, wylać swoich żali do bohaterki a nie do innych, jednak prywatnie nadal ją lubi i chce z nią spędzać czas.

Bohaterka bohatera uwielbia na przekór wszystkiemu, tylko ma żal o to wszystko. Chętnie by to sobie wyjaśniła, ale jest zdania, że z bohaterem się nie da. Jeżeli opcja a), to po ptakach. Jeżeli b), to co bohaterka ma zrobić i jak ma dotrzeć do bohatera, żeby to jakoś naprawić? Bohater bohaterce chyba przestał ufać przez to wszystko, mimo że nigdy nie zawiodła jego zaufania i to ona ma powody to nieufania jemu. Bohater inaczej interpretuje rzeczywistość, nie robi tego złośliwie, po prostu nie widzi nic złego w swoim zachowaniu w pracy. Skupia się na tym, że "pomaga" dwójce pracowników, nie widzi, że to jest krzywdzące dla pozostałych, nie widzi, że jest nielojalny wobec bohaterki, którą chyba uważa za twarde stworzenie bez serca, której nic nie zrani. Uważa, że to bohaterka czepia się złośliwie jego. Nie wierzy w dobre intencje bohaterki i jej motywy. Wykazuje chęć dogadania się, ale kompletny brak zrozumienia to uniemożliwia.


Co ja mam zrobić? >.<

Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy.
Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez Iceni (2015-02-20 16:35:10)

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Zdecydowac sie czy chce przyjaciela, czy wspolpracownika.
Jezeli nie prowadza wspolnego interesu to awansowac moga tylko kosztem tego drugiego - nie da sie byc milym dla wszystkich jednoczesnie dbajac o swoje interesy w pracy. Dlugo mozna zyc nadzieja, ze swiat jest idealny, ale albo jest sie kumplem, albo szefem.  A juz w sytuacji gdzie do spiec dochodzi pomiedzy osobami na rownorzednym stanowisku nie ma mowy o braku konfliktow tongue Marny to okret, co ma dwoch kapitanow tongue ... a ty jeszcze z wlasnej woli przynosisz to do domu i chcesz (?) w tym trwac.

Innymi slowy jest to watek z rodzaju: Mam wspanialego faceta, tylko czasami bywa dupkiem. Co mam zrobic, zeby sie zmienil? Tylko nie piszcie, ze mam go zostawic, bo on jest taaaki kochany <3<3<3

Spojrz na to, co napisalas z takiej perspektywy, a potem pomysl, co bys poradzila autorce ;P

3

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Kazałabym jej wysłać palanta na drzewo, fakt. Problem w tym, że do końca czerwca jesteśmy na siebie skazani. ;p

Inna sprawa, że to nie chodzi jakby tylko o to, że się nie dogadujemy w pracy. Tzn. ja umiem na to spojrzeć tak, że spoko, mamy inne zdanie, wcześniej też czasem tak bywało, ale zawsze umieliśmy dojść do porozumienia, nigdy nie było kłótni (jakieś 1,5 roku). Problemy pojawiły się w grudniu. On uważa, że ja złośliwie się czepiam, bo on ich lubi. Ja wychodzę z założenia, że może ich nawet kochać, ale nie ma to prawa wpływać na to, co robi w związku z pracą. Do niego to nie dociera. Ja patrzę na całokształt, on - żeby im pomóc. Myśli, że robi dobrze, bo oni omamieni wizją awansu bardziej się przykładają, lepiej pracują. To fakt. Tylko że on nie widzi, że takich osób jest około 20, nie dociera, że to niesprawiedliwe wobec nich. Po prostu on moich uwag nie odbiera czysto zawodowo, tylko jak atak na jego osobę, niezależnie od tego, jak to ubiorę w słowa.

Nie dążę do tego, żeby w ogóle nie było konfliktów na tle zawodowym, zawsze będą. Chciałabym po prostu, żeby dało się je normalnie rozwiązać jak wcześniej - z innymi tematami nie było problemów, natomiast kwestia faworyzowania działa na niego jak płachta na byka. Poza tym od tego momentu on o niczym mi nie mówi, jak coś nie pasuje. Ja wychodzę z jakąś propozycją, on nie zgłasza sprzeciwu, po wprowadzeniu w życie okazuje się, że miał inne zdanie, a się nie odezwał. A wbrew temu, co można sądzić po tym, jak czasem coś napiszę na forum, to dobrze go znam, wiem, że muszę podchodzić łagodnie, spokojnie, bo się wycofa, więc to nie tak, że wpadam do niego do pokoju i przeprowadzam musztrę. O wielu rzeczach, co jest wg niego nie tak, dowiaduję się od innych - słuchaczy żali. Raz spróbowałam to wszystko zbiorczo wyjaśnić, powiedziałam też, żeby zawsze mówił, co sądzi na jakiś temat, przecież jestem w stanie też się do niego dostosować czy iść na kompromis w większości spraw. Jak grochem o ścianę.

Tak czy siak bardziej mi chodzi o wątek "przyjaźni". Chciałabym wrócić do tego, co było wcześniej, ale nie mam bladego pojęcia jak. Na dywanik go nie wezmę, rozmowy o kant d... rozbić. Nie wiem, co nim kieruje, dlaczego tak to bierze do siebie i dlaczego nagle przestał mieć do mnie zaufanie. Generalnie - nie mam bladego pojęcia, jak to rozegrać.

Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy.

4

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Tak czytam te Twoje perypetie z kolegą i normalnie już gościa nie lubię;)

A na poważnie, to według tego, co opisujesz jesteście bardzo różni, zarówno zawodowo jak prywatnie. On ma zupełnie inne spojrzenie na sprawy zawodowe i z pewnościom uważa je za słuszne. Suszysz mu głowę i dlatego nie rozmawia z Tobą wprost - unika kazań. Odnoszę wrażenie, że Twój przyjaciel jest zupełnie inny, niż sobie wyobraziłaś. Popraw mnie, bo być może wyciągam błędne wnioski.

Trudno jest przyjaźnić się z kimś, z kim się pracuje. Relacje zawodowe zawsze przenoszą się na grunt prywatny. Jeżeli dochodzi do tego jakaś rywalizacja, to katastrofa murowana.

5

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Inny niż sobie wyobraziłam - może, nie wiem. Chociaż wydaje mi się, że nie. Że po prostu zmienił się jego stosunek do mnie - że to on miał inne wyobrażenie na mój temat i zderzył się z rzeczywistością. Tzn. hm... ja to widzę mniej więcej tak: od zawsze wiedziałam, że jest "ciapą", w sensie wycofany, zamknięty w sobie, nieśmiały, wrażliwy, ale duszący wszystko w sobie, taki no... może bardziej pod tym względem jak baba - nie pójdzie, nie da w mordę i załatwione, tylko będzie wszystko w sobie zbierał... i to nigdy nie wybuchnie, bo - znowu bardziej jak baba - będzie uprawiał "zwierzanie się". Nie żeby komuś obrobić tyłek, tylko żeby się wygadać. Jak psiapsióła psiapsióle. tongue

A ja znowu chyba jestem bardziej "po męsku" - problem, to nie ma co, tylko z marszu załatwić, przegadać, bez fochów, po problemie, atmosfera oczyszczona. Do tego jakby porównać nasze temperamenty to ogień i woda. I o ile, jeśli dotąd konflikty były załatwiane przez telefon czy komunikator, to on miał ten swój święty spokój, można było się dogadać. Teraz on nawet moje naprawdę spokojne pytania traktuje jako afery czy awantury. Raz opowiedziałam mu nawet, jak drugi współlokator zażartował w związku z nim i jedną osobą (słownie i niewinnie) - on też to odebrał jako zrobienie mu awantury. Po prostu na tym punkcie jest strasznie przewrażliwiony - nie na swoim, tylko atmosfery wokół niego. Wszystkie negatywne rzeczy, nawet jeśli są powiedziane w kontekście rozwiązania problemu, stają się atakiem, on się czuje osaczony i... leci się wygadać.

I to nie tak, że się zmienił, bo... wcześniej w sumie było podobnie. Tzn. np. zwierzał mi się z kłótni rodziców czy tego, co ktoś przykrego powiedział/zrobił. Teraz to po prostu ja się stałam  tą zatruwającą mu życie. Wcześniej, tuż po moim awansie, byłam w niego trochę zapatrzona zawodowo, tzn. może nie ślepo wpatrzona, bo umiałam wyrazić odmienne zdanie, ale jednak bardziej bezkrytyczna. To się zmieniło. Jakieś zapędy do faworyzowania czasem miał, ale niewielkie, niewiążące się z konkretnym działaniem, jakby - nie większe niż inni i bardziej mimowolne, typu propozycja do awansu kogoś, kogo znał z dwóch możliwych osób, co jeszcze można było tłumaczyć tym, że wie, czego się po nich spodziewać. A teraz już całkiem ma w nosie jakiekolwiek zasady. I niespodzianka - bo zaczęłam zwracać na to uwagę. A on był przyzwyczajony, że konsultować się z nikim nie musi (zanim ja awansowałam, on był parę miesięcy sam, wcześniej miał jakieś mimozowate dziewoje, które ograniczały się do "prosiłam, żebyś mi mówił, jak coś tam" - i mogły tak w kółko ;p).

No i nie wiem, może ja z nim źle rozmawiałam. Ale raz wydawało mi się okej. Długa rozmowa, bez oskarżeń, ważyłam słowa jak nigdy. Wszystko cicho i spokojnie, on też się udzielał. Potem kolejna - też spokojnie poprosiłam, żeby powiedział o tym, co zrobił do tej pory, żeby dwie osoby awansowały. Przyznał się do jednej. Tu już mój spokój się ulotnił, podziękowałam za współpracę, odmaszerowałam. Następnego dnia przeprosiłam nie za treść, ale za formę. Potem on wyjechał i teoretycznie omówiliśmy to przez komunikator. Trochę prawdy, trochę kłamstewek z jego strony. No i cisza. Zawodowo funkcjonujemy poprawnie, normalnie się komunikujemy, tematy zapalne omijane. Mam wrażenie, że się chce podlizać (albo ja już jestem przewrażliwiona też), bo wczoraj z dwójki chętnych do czegoś zaproponował nie tę faworyzowaną. Z drugiej strony faktycznie miała o wiele lepsze kwalifikacje, więc może przesadzam. W każdym razie przyleciał do mnie mi o tym powiedzieć specjalnie. Prywatnie - wspaniale. Żartujemy, rozmawiamy, siedzimy po nocach, wczoraj byłam z nim na spotkaniu ze znajomą, robimy razem zakupy, sielanka do porzygu.

A jednocześnie mam kolejne podejrzenie, że jednej z tych osób dał dostęp do jednego z adresów mailowych, do których dostęp powinniśmy mieć tylko my i na którym są dość ważne dane. Mam ochotę go zamordować. Ale cierpliwie zbieram dowody. Rozmowa nie ma sensu, w końcu on to zrobił w dobrej wierze i mu ufa. Ja wiem, że on tego nie wykorzysta, znam dobrze tego faworyzowanego. Mam nadzieję, że nasze przełożone albo szef wszystkich szefów mogą sprawdzić IP osób logujących się na tę skrzynkę - ale zanim cokolwiek powiem, o ile cokolwiek, to sama muszę sprawdzić, czy mam rację (typu maile otwarte w godzinach, w których ten mój współlokator na pewno ich nie mógł otworzyć). A z drugiej strony mam sama donosić? Brzydko. Ale tyle razy już rozmawiałam, znowu mam coś powiedzieć i czekać, aż ten przygotuje swoją wersję? >.<

Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy.

6

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Eileen, skoro tak Cię denerwuje Jego wyżalanie się wszystkim dookoła, to Mu o tym powiedz. Postaw sprawę jasno i kategorycznie zaznacz, że nie życzysz sobie gadania za plecami. Że chcesz, aby sprawy były wyjaśniane prosto w oczy. Co masz do stracenia? I tak się między Wami sypie, więc albo wóz, albo przewóz.
Czasami warto walnąć pięścią w stół;)
Co do donoszenia, to nie chcesz skarżyć na przyjaciela - zrozumiałe, ale w imie przyjaźni działasz na szkodę firmy. Ktoś zachowuje się niefachowo, a Ty go kryjesz.

7

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Mówiłam mu o tym. On chyba nie rozumie, o co mi chodzi. Dla niego to nie jest takie no... obgadywanie, tylko zwykłe poinformowanie innych o sytuacji. Nie widzi, że jak mówi w emocjach, to bardzo wszystko wyolbrzymia. Ja się staram, jak np. tu piszę, wczuć się w jego sytuację i przedstawić to z jego strony. On spięcia przeżywa bardziej, więc jego reakcje i opisy są bardziej hmm... no nie histeryczne, ale wyolbrzymione - nie to, że przeinacza fakty, tylko to wyolbrzymienie wychodzi z jego reakcji. Mała uwaga staje się awanturą, mimo że szczerze powie, co ja powiedziałam. Mam nadzieję, że w miarę zrozumiale to napisałam. big_smile

A co do tego, co robi - nie wiem, czy zrobił, wiem, że zamierzał, ale że hm... powód tego nie wypalił, to mam nadzieję, że się powstrzymał. Tak czy siak - nie sprawdzę w tym momencie.

Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy.

8

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Nie wiem, co mam zrobić. On chce odejść. Tzn. dokończy kilka spraw i odejdzie na dniach, może nawet dzisiaj. Dlaczego? Przeze mnie. Może nie tak, że przez moją osobę, tylko dlatego, że ma dość konfliktów i uważa, że się nigdy nie dogadamy i będę się co chwilę czepiać.

Chcę z nim porozmawiać, ale cała rozmowa nie będzie miała sensu, jeśli go nie przekonam do tego, że ja NAPRAWDĘ chcę dojść do porozumienia. Do zgody. I że wcześniej to, co odbierał jako konflikty, było próbą wyjaśnienia ich, a nie tworzeniem. Jak/co mam mówić, żeby mi uwierzył? Że jeśli o mnie chodzi, to zrobiłabym wszystko (frazesy -.-), żeby było jak wcześniej i że nie chowam urazy o nic. Nie wiem, jak to przeprowadzić, bo jeśli on każdą rozmowę odbiera jako "konflikt", to przecież ona z góry jest skazana na porażkę. List mam mu napisać jak dziewczynka, która się boi rozmawiać?

Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy.

9

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Eileen, a może w pewnych sytuacjach najlepiej jest zrozumieć / przyjąć - że czasem nie można już NIC zrobić, ani powiedzieć .... ?
Czasami taka opcja jest właśnie tym mniejszym złem.

The past cannot be changed,
forgotten, edited, or erased.
It can only be accepted.

10 Ostatnio edytowany przez Eileen (2015-03-02 20:41:01)

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Owszem, mogę. Tzn. zazwyczaj szybko takie coś przyjmowałam do wiadomości. I to nawet nie z rozsądku, żeby nie było, że ja taka mądra ;p - po prostu dość szybko staję się znużona/zmęczona "walką" o kogoś. Nagle wstawałam rano i jak poprzedniego dnia miałam uknute milion diabolicznych planów, "jak sprawić, że...", tak odechciewało mi się kompletnie nagle i przestawało mi kompletnie zależeć na czymkolwiek.

Tutaj jest inaczej, ale nie wiem dlaczego. Może dlatego, że razem mieszkamy i będziemy mieszkać do czerwca przynajmniej? Więc trochę tak, że "mogę popróbować te parę miesięcy, a potem z głowy"? A może raczej dlatego, że jestem w 99% pewna, że to nie tak, że on nagle "przestał mnie lubić" jakkolwiek idiotycznie to  brzmi, tylko zakłada, że to ja przestałam, bo źle odbiera jakieś moje zachowania. Czyli nie muszę mu fundować prania mózgu pod kątem zmiany uczuć, tylko jakoś wytłumaczyć, że to sobie ubzdurał. No i chyba też chciałabym, żeby w odwrotnej sytuacji, jakbym ja sobie coś przywidziała, on tak samo starał się dotrzeć do mnie.

Tak czy siak, na razie się udało. Stwierdziłam, że już i tak nie mam nic do stracenia, więc napisałam ten cholerny list. Miała być krótka kartka. Zrobiła się druga, trzecia... Stanęło na 4,5 stronach zapisanych drobnym maczkiem. Do innego faceta bym tak nie pisała, ale na tego trzeba brać poprawkę. Na ile go znałam, wiedziałam, że spokojnie przeczyta. I cóż... że muszę przestać grać pozbawioną uczuć s**ę, więc co mi tam. Gorzej w końcu nie mogło być. Wylałam wszystkie emocje, ba, nawet wspomniałam, kiedy przez niego beczałam, żeby w końcu ogarnął, że przeżywam to nie mniej niż on, mimo że tego nie pokazuję i że też to na mnie wpływa jakoś. Wnioski chyba wyciągnął dobre, bo jak wróciłam do domu, to się dowiedziałam od przełożonej, że on zostaje.

Teraz daję popis swojej dojrzałości. big_smile Wchodząc do domu, rozmawiałam przez telefon, żeby przypadkiem do mnie nie wyszedł, bo bałam się reakcji. Potem rozmowa z przełożoną i z nim na komunikatorze. Teraz siedzę zamknięta w pokoju i jestem na etapie "nigdy więcej nie pokażę mu się na oczy, skoro tak się otworzyłam". tongue On coś nieśmiało krzyknął, czy chcę kawę, równie nieśmiało na wszelki wypadek odkrzyknęłam, że nie. Serio, ja nie wiem, jakim cudem ten projekt z nami jeszcze żyje. Albo raczej - jakim cudem potrafimy go chyba dobrze prowadzić, skoro jednocześnie takie z nas emocjonalne kaleki. tongue A rozmowa nie zając, nie ucieknie, wystarczająco dzisiaj robiłam za dojrzałą istotę, pisząc ten list (a to, że kilka razy go podrzucałam mu do pokoju i zabierałam z powrotem, to o niczym nie świadczy). big_smile

Eileen chwilowo taka zadowolona. big_smile

Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy.

11

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Jestem pod wielkim wrażeniem.
Dzielna z Ciebie kobieta.

The past cannot be changed,
forgotten, edited, or erased.
It can only be accepted.

12

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

No to mnie rozbroiłaś Eileen ostatnim postem w temacie;) Cieszę się, że spróbowałaś oczyścić atmosferę, to ważne. Jednak nie trzymaj nas w niepewności i napisz chociaż słówko, jak się potoczyły sprawy dalej. Mądra z Ciebie dziewczyna i wierzę, że już wyszliście na prostą.

13

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

A hm... na razie chyba dobrze. Jakoś tak źle się z tym czułam, że wszystko z siebie wywaliłam (czyt. otworzyłam się), więc trochę go unikałam. Może nie unikałam, ale nie robiłam nic, żeby z nim spędzać czas. To sam zaczął do mnie przychodzić, zagadywać, nagle zapałał miłością do mojego kota i się z nim bawił, takie tam. ^^ Przyłaził, siedział, oglądał taaaki zainteresowany, jak grałam w gry nawet. xD I robił mi kawę (nienawidzę robić sobie kawy, zawsze któryś ze współlokatorów mi robi). No a ja mu podrzucałam coś do jedzenia czasem. :s I prezent mu kupiłam na urodziny, więc trzeba było przytulić Eileen. tongue Tak ogólnie jest okej.

W zespole też jest okej. Na 2 dni trochę chłodniej, musieliśmy awansować jedną osobę, więc on proponował swojego protegowanego oczywiście. Oczywiście ja propozycję miałam inną. Oczywiście mimo moich argumentów nie dotarło. Oczywiście on miał jeden argument "uważam, że on będzie dobry" (czyli zero konkretów). tongue Potem się wkopał dodatkowo, bo żeby jego kandydat wyglądał trochę lepiej (mojej kandydatce nie można było zarzucić ani jednej rzeczy, więc miał ciężkie zadanie ;p), zaproponował zmianę dotychczasowych zadań w zespole pomiędzy tymi osobami (bo trzeba było obsadzić stanowisko powiedzmy X, a jego kandydat pasowałby bardziej do Y, które już było obsadzone). Wtedy już bez skrupułów go wyśmiałam, bo tydzień wcześniej to ja prosiłam o zmianę między dwiema osobami, bo one same chciały i byłoby to uzasadnione, patrząc po ich wiedzy i dotychczasowym doświadczeniu, a on... uparł się, że nie, bo nie, bo oni mają umieć wszystko i że tak sobie poradzą. A tu bum! Możliwość awansowania jego protegowanego i nagle zmiana. To ja też stanęłam okoniem i nie ma opcji. O rozstrzygnięcie poprosiliśmy przełożoną, przełożona, jakże mądra istota, przyznała mi racje. No to przez 2 dni był jakby troszkę chłodniejszy. A jego protegowany - widocznie niezadowolony. A ja - wprost przeciwnie. big_smile

No, a teraz jest dobrze i tu, i tu. big_smile

Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy.

14 Ostatnio edytowany przez Eileen (2015-04-30 11:53:17)

Odp: Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Ee, bo wiecie, ja bym go sobie poderwała, nie? big_smile Służbowo jest już w miarę okej, to znaczy dalej się mijamy w planach, ale się nie żremy, a w domu jest milutko. :] Poza tym się zawiódł na jednym ze swoich protegowanych (ochhhh, jakże mi przykro ;]) i mi się wyspowiadał, twierdząc, że może jednak z tym miałam rację. Wspięłam się na wyżyny swych uczuć wyższych i nie wrzasnęłam triumfalnie "a nie mówiłam!", tylko starałam się tamtego tłumaczyć. Przebiegła ja.

No i... ja w sumie byłam przekonana, że nic już po tym wszystkim, ale ostatnio taka sytuacja: przychodzi i mówi coś o plaży, ja na to z miejsca "to jedźmy nad Wisłę!", i on, że okej, że jutro jedziemy, jak wróci z pracy. Wrócił i mówi, że ten z akapitu wyżej, co to go zawiódł, nazwijmy go B., zadzwonił i oznajmił, że przyjedzie, ale przestał się odzywać, więc jedziemy. Zanosiło się na deszcz, więc wspomniałam o tym, a on, że z cukru nie jesteśmy. No okej. Z godzinę później mamy się już właściwie szykować, on się przebiera, słyszę telefon. *****. Oczywiście B., że będzie za 20 min i żeby zejść po niego. I ta KROWA ani be, ani me, ani kukuryku, tylko do mnie przyszedł powiedzieć, że tamten jednak przyjedzie. Ja nic, tylko "okej" głosem przy którym ciekły azot wydaje się cieplutki. Ja rozumiem, że B. go przeprosił i że temu zależało, żeby jednak dać szansę i się pogodzić (B. odszedł z projektu po tym, jak nie dostał awansu), widziałam, że mu było baaardzo przykro, znaczy, temu "mojemu", że się zawiódł i chciał po prostu, żeby tamten się zrehabilitował. Rozumiem, ale nic mnie to nie obchodzi. >.<
B. przyjechał, pogadali, pojechał może po godzinie - dwóch, w każdym razie ciemno już, wieczór. A współlokator przyszedł do mnie, ja leżałam na łóżku przed laptopem, usiadł koło mnie, tak jakoś dziwnie patrzył mi w oczy i dialog przeraźliwie ambitny się wywiązał:
- Jesteś wkurzona?
- Nie. (azot, pamiętajcie o azocie)
- Widzę, że jesteś zła.
- Nie jestem.
- Widzę, że jesteś.
(...) - jakieś 20x to samo.
- Nie jestem wkurzona, ale jak Ci to pomoże, to możesz tak mówić.
Wstał, poszedł, zatrzymał się w drzwiach.
- A hmm... pewnie nie masz już ochoty jechać nad rzekę?
- Bo B. już poszedł, to masz dla mnie chwilę? Nie, dzięki.

Jezu. Znaczy, strzeliłam pierwszego chyba w życiu, profesjonalnego, w pełni kobiecego Focha przez duże F. Tak, wiem, że żałosne. Ale po poprzednich perypetiach z nim wiem, że moja dotychczasowa kawa na ławę odbierana była jako atak. Więc uznałam, że nie zaszkodzi spróbować. big_smile Najgorsze, że to zadziałało... chyba. W sumie tam jeszcze była przewidziana wersja "czy wkurzenie wg Ciebie jest jedyną emocją, jaką mogę odczuwać? Nie może być mi przykro, że coś mi mówisz, a potem pojawia się B. na horyzoncie i masz to gdzieś? sad((((" - ale to już mi nie przeszło przez gardło. Bleah.

Zagadywał mnie potem nieśmiało, chcąc chyba sprawdzić, na jakim etapie jest moje wkurzenie. Jak w końcu sama przyszłam i coś powiedziałam, to się tak entuzjastycznie rozgadał, że nie wiedziałam, co się dzieje.

No i wczoraj (znaczy, dzień po planowanym spacerku) pytam, czy pójdzie ze mną do sklepu (bo tam jest wyyysoka półka, do której nie sięgam, a na niej są energetyki big_smile). On:
- Tak, za pół godziny, bo chcę jeszcze jechać nad tę rzekę, taka ładna pogoda, szkoda siedzieć w domu.
Oho! Czyżby chciał, żebym wyraziła chęć towarzyszenia mu? Niedoczekanie... ;]
- Okej.

Poszliśmy do sklepu. Wróciliśmy. Temat rzeki nie wrócił. On nigdzie nie pojechał. SERIO, on czekał, aż oznajmię, że chcę jechać, faceci też się bawią w takie rzeczy, czy ja nadinterpretuję? tongue Co robić dalej? big_smile

Tysiąc razy mówiłam ludziom, że jestem miła. Krzyczałam, groziłam, biłam... Bez skutku. Nikt mi nie wierzy.

Posty [ 14 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » RELACJE Z PRZYJACIÓŁMI, RELACJE W RODZINIE » Przyjaciel - współlokator - współpracownik - i wszystko się sypie...

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018